Gdyby wziąć kogoś z zaskoczenia, to znaczy odciąć mu chwilową ciekawskość od zasilającej go w pozory wiedzy internetowej Wikipedii, aby nie mógł grać mędrka, i zapytać o słynnych w historii Belgów, to po dłuższym namyśle odpowie z większym lub mniejszym przekonaniem, że… inspektor Herkules Poirot. Oprócz tego, o ile okaże się bardziej niż przeciętnie łebski, wtedy doda, że Belgia znana jest z Brukseli, a ta z siedzib Unii Europejskiej oraz NATO, z czekolady i słynnych flamandzkich gofrów, a także z wyjątkowo podłej pogody. Natomiast już wyłącznie erudyta dołoży informację, że to kraj urodzonych, sadystycznych bandziorów, którzy popis swojego zwyrodnialstwa objawili w Kongu.

No i że ich król, a raczej z uwagi na wielkość rządzonego państwa zakompleksiony królik pomiędzy europejskimi monarchami, czyli Leopold II, uznany został za jednego z największych zbrodniarzy w historii ludzkości i odpowiada za śmierć skromnie licząc około 8 milionów mieszkańców Afryki. Natomiast jego dodatkowym osiągnięciem, głównie w dziedzinie finansów, za co niestety nie dostał Nobla z ekonomii, stało się wprowadzenie w Kongu, które do roku 1908 było nie belgijską kolonią, ale jego prywatnym folwarkiem, nowej jednostki monetarnej - uciętej maczetą dłoni, oficjalnie przeliczanej na jeden karabinowy nabój. Przy czym fakt, że jego konny posąg wciąż stoi na cokole w Brukseli, wiele mówi o jego rodakach. A wśród nich o lewaku i polakożercy Guy Verhofstadcie, trzykrotnym premierze Belgów, któremu własny bandzior i ludobójca na cokole nie przeszkadza, a rzekomi faszyści i neonaziści z warszawskiego Marszu Niepodległości już tak.

         Czy belgijskie czekoladowe trufle mniej z tego powodu nam smakują? A gdzie tam! Nie obrazimy się na nie, podobnie jak nie mamy nic przeciwko zakupowi volkswagena, byle nie diesla z zakłamaną emisją spalin, czy nuceniu rosyjskich dumek, zwłaszcza w stanie wskazującym. Czas, interesy i niczym nieuzasadnione emocje zabliźniają największe nawet rany i wyciszają uprzedzenia, czego namacalny dowód stanowią doskonałe relacje Izraela z państwem niemieckim, w tym wyrażona przez Żydów zgoda na zamianę nazistów niemieckich na polskich, znanych z wysysania antysemityzmu prosto z matczynego cycka.

         Dobrze, przejdźmy jednak do współczesności. Oto belgijski system ubezpieczeń zdrowotnych wchodzi w etap poważnych trudności finansowych, co wcześniej czy później, a w zasadzie wcześniej, skłoni go do przyjęcia istotnych reform. Jakich? Wiadomo, nieprzyjemnych, bo bolesnych, opartych na znalezieniu koniecznych oszczędności. Odkąd marksistowska przeciwwaga ustrojowa przeminęła na chwilę z wiatrem historii, demonstrując wszem wobec i każdemu z osobna swoją niesłuszność, masom nie trzeba już nadskakiwać i zabiegać o ich względy. A zatem nadszedł czas wycofywania się z kosztownych mrzonek socjalnego państwa prawnego, przejadającego od lat część nadwyżek elit pieniądza i podobnych im grup pasożytniczych. Ale że to mają być reformy na żywym organizmie, zatem mimo wszystko trzeba działać ostrożnie.

        Jak poinformował brukselski Le Soir, trzy placówki o porażająco poważnych i wzbudzających respekt nazwach: Federalne Centrum Wiedzy o Opiece Zdrowotnej, Fundacja Króla Baudouina i Narodowy Instytut Chorób i Niepełnosprawności przeprowadziły sondaże i badania, które wykazały, jak daleko skłonni są posunąć się Belgowie w oszczędnościach na leczeniu. A mówiąc wprost, gdzie kończy się ich empatia wyrażana wobec chorych. I okazało się, że 69% obywateli za uzasadnione uznaje wydanie 50 tys. euro na leczenie pacjenta. Jednak jeśli ten ma 85 lat lub więcej, wtedy aż 40% odmówiłoby mu prawa do jakichkolwiek zabiegów ratujących jego życie.

         No i mamy problem, Houston. Oto dotychczas jedną z miar cywilizacji, postępu i bogactwa państw była rosnąca długość życia. Jeśli ta jest wysoka, mamy do czynienia z państwem zamożnego Zachodu, jeśli krótka – to z efektem wegetacji w tak zwanych shithole countries, jakby z emfazą powiedział Donald Trump. No a przecież Belgia zalicza się do tych pierwszych. Znaczy co, po to przedłużaliśmy życie, aplikując ludziom lepsze warunki bytowe, w tym szerszy dostęp do nowoczesnej medycyny, by teraz postawić mu granicę, której nie powinno przekraczać dla własnego komfortu? A dlaczego 85 lat, a nie 75? Co, że za wcześnie na takie pytania? Rozumiem. Trzeba od czegoś zacząć, by później, nagłaśniając kolejne trudności budżetu lecznictwa, schodzić rok po roku w dół. Gdzie jednak zostanie wyznaczona granica?

        Na to pytanie odpowiedź znaleziono w sąsiedniej Holandii. Otóż policzono, że połowę kosztów służby zdrowia pochłaniają wydatki na leczenie osób powyżej 65. roku życia. Bingo! Oto i granica, pi razy drzwi odmierzona przejściem w wiek emerytalny, zakładająca, że poprodukcyjne, matuzalemowe darmozjady powinny jak najszybciej odejść. Gdzie? No jak to gdzie? Do piachu. Ba, nie wątpię, że z pomocą mediów zaszczepi się motłochowi nawet nowe normy ,,moralne”, w myśl których instynktowna walka o utrzymanie się przy życiu powszechnie uznana zostanie za postawę naganną, egoistyczną i dalece antyspołeczną. No a skoro i to skojarzyliśmy, to należy się nam podwójne bingo za myślenie.

 Oczywiście wszystko to nie nastąpi dziś, zaraz i nie jutro nawet, podobnie jak nie od razu przestanie się leczyć w Belgii starców. To tylko teoretyczne przymiarki, polegające na zastraszeniu społeczeństwa możliwymi skutkami niedoinwestowania lecznictwa oraz badaniu jego reakcji, w tym stopnia przyzwolenia na drastyczne posunięcia. No a przecież 40% skorych do przeprowadzenia oszczędnościowych cięć na bliźnich to całkiem niezły efekt dokonanej dehumanizacji społeczeństwa. Podkręci się propagandową śrubę, mocniej zastraszy i znajdzie się więcej jak połowa podobnie myślących, co popchnie w odpowiednim kierunku prace legislacyjne. Jeszcze poczekajmy, jeszcze się nie spieszmy…, jak śpiewała niegdyś Rena Rolska - jeszcze przyjdzie na to czas. Nieubłagany.

        A skoro wspomniałem już o Holandii, to i stamtąd mamy ciekawe informacje. Nic dziwnego zresztą, bo to również kraj różnych nowinek, w tym depenalizacji miękkich narkotyków, eutanazji i małżeństw osób tej samej płci. Oto tamtejsza Zielona Lewica złożyła w parlamencie wniosek w sprawie ograniczenia leczenia pacjentów powyżej 70. roku życia. A ci stanowią 70 % przebywających w szpitalach chorych. Według nowego projektu to nie wola pacjenta miałaby decydować o jego hospitalizacji, tylko opinia geriatry, który oceniałaby ogólny stan zdrowia chorego i sporządzał prognozy na przyszłość, czyli określał jakość jego życia. Jeśli ta wypadłaby kiepsko, szpital mógłby odmówić przyjęcia starucha, który musiałby poprzestać na umieraniu w cieple rodzinnego ogniska, leczony co najwyżej domowymi sposobami, w tym posilany mlekiem z miodem na przemian z czosnkiem, przepłukiwany z dołu lewatywą, a z góry wodą z solą lub rumiankiem i faszerowany przeciwbólowymi proszkami.

        Ciekawe, że pomysł lewackich bandziorów został poparty przez holenderskich geriatrów, którzy widzą w nim szansę wybawienia pacjenta z przemęczających go skomplikowanych procedur medycznych. Ha, nic tylko przyklasnąć! Zresztą trudno byłoby nie przyznać racji tamtejszym specjalistom, że odmawiając leczenia ludzi starszych, wychodzą naprzeciw hippokratesowej zasadzie primum non nocere, bo czy taki lekarz nie może zaszkodzić? No i wszystko jakże pięknie złożyło się do kupy - notabene przekonującej jedynie siłą frazesów i podstępnie stosowanej statystyki. A i fetor zezwierzęcenia obyczajów jest ten sam - jak to w kupie.

        Rzecz jasna idee Belgów i Hollendrów nie wzięły się znikąd. Oba kraje przeżywają kryzys demograficzny, ograniczający budżety ich służby zdrowia. Jednak nikt nie pyta gawiedzi, czy ta nie zachciałaby się bardziej opodatkować, oczywiście w wymiarze proporcjonalnym do zarobków, by skalę kryzysu zażegnać. Lewakom nic takiego do łba nie przyjdzie, bo już dawno odcięli się od lewicowych korzeni, robiąc po większej części za zblatowaną z kapitałem polityczną przystawkę. Natomiast samo ogłupione społeczeństwo reaguje alergicznie na każdą wieść o zwyżce podatków, w związku z czym wyborczy los pomysłodawców nie byłby do pozazdroszczenia.

        Oczywiste jest i to, że tego typu koncepcje pojawiły się właśnie w obu krajach Beneluxu nie bez przyczyny. To one stały się doświadczalnymi poligonami idei śmierci na życzenie, czyli poligonami zaprogramowanej dehumanizacji powszechnie stosowaną eutanazją. A skoro można było z powodzeniem wprowadzić ten ostatni pomysł, to i wcześniej czy później będzie tam łatwiej niż w innych państwach uznać starość za społeczny balast i tak w medycznej praktyce ją traktować. A za Beneluxem pójdą inni. Trzeba tylko dać się ludziom z tą myślą oswoić, by zaraz potem zbydlęcenie sięgnęło zenitu.

        Ale czy dzieje się to tylko tam? Spójrzmy w lustro, rodacy. Bo mamy już takie narodowe schorzenie, by rżeć do rozpuku z młodego Jankesa, który zapytany w szkole o czekoladowe mleko twierdził, że to pochodzi od brązowej krowy, ale bylibyśmy święcie oburzeni, gdyby za oceanem pękano ze śmiechu, oglądając sondę z najprostszej wiedzy ogólnej, przeprowadzoną  na najlepszej naszej uczelni, Uniwersytecie Warszawskim. Ale do rzeczy. Oto mojemu ojcu, który był w swych późnych siedemdziesiątych, nasze polskie konowały odmówiły wykonania operacji przepukliny, twierdząc, że jest na nią za stary, a w ramach pomocy zapisali mu… pas rupturowy. Gdy niedługo potem przyjechał do Stanów i miał z tym problem, lekarze miejscowego szpitala nie mogli się nadziwić podobnemu podejściu ich ,,uczonych kolegów” z Europy Środkowej i godzinę później ojciec był już po zabiegu. A tylko ze względu na wiek ,,aż” po dwóch dniach szpitalnej obserwacji - w domu. Przy czym dobrze wiemy, że nie jest to jedyne schorzenie, którego leczenia operacyjnego z uwagi na starość odmawiają polscy lekarze.

        Tak więc to - a mam na myśli postępującą dehumanizację stosunków społecznych – czemu w innych państwach nada się formę norm prawnych, regulujących status osób w podeszłym wieku, w Polsce już dawno przypełzło w stosowanej na co dzień szpitalnej praktyce lekarskiej. I tylko jedna uwaga. Czy tu, czy tam, ktoś, kto będzie miał pieniądze, wykupi sobie niezbędną usługę poza systemem ubezpieczeniowym, dowodząc tym samym starej prawdy, że nie istnieje demokracja, gdy status materialny decyduje o jakości egzystencji, w tym głównie o jakości życia i jakości umierania. Zatem w ogóle nie istnieje.

        I na koniec jeszcze drobna refleksja. Dawno, dawno temu oglądałem amerykański film ,,Soylent Green” z Charltonem Hestonem w roli głównej, w Polsce wyświetlany pod tytułem ,,Zielona pożywka”. Futurologiczna wizja przyszłości nie była zachęcająca. Totalne przeludnienie, skutki efektu cieplarnianego, powszechność eutanazji, przerabianie ciał martwych ludzi na pożywkę, głód i nędza otaczająca wyspę bogactwa – to wszystko na pewno nie napawa optymizmem.

        - No ale to tylko takie tam science-fiction, które niby ma się wydarzyć jutro, nic więcej – powie ktoś z uśmiechem. 

        Na pewno, na pewno, trudno byłoby odmówić racji takiej tezie. Tyle iż coś mi podpowiada, że jednak za sprawą Holendrów i Belgów powoli przymierzamy wyjątkowo niewygodne dla humanizmu buty. Bo jak kiedyś wspomniałem, jutro to tak trochę już dziś, tylko chwilę później. I żeby to zauważyć, potrzeba jedynie odrobiny spostrzegawczości.

Tekst ukazał się na Salon24.pl w dniu 15 kwietnia 2019r

  •  
  •  
Pin It