Dobry trener, ale z jedną wadą – nie ma wyników. Autor: Kazimierz Górski

Śp. Kazimierz Górski, najwybitniejszy trener piłkarski w historii naszego kraju, nie dożył czasów, w których mógłby poznać warsztat szkoleniowy trenerów klubów Ekstraklasy XXI wieku. Wśród znawców tematu krąży mityczne, legendarne już pojęcie "polskiej myśli szkoleniowej", której korzenie sięgają czasów Ryszarda Koncewicza, selekcjonera polskiej reprezentacji w latach 50-tych, 60-tych ( z przerwami) aż do roku 1970.

Koncewicz był także członkiem Zarządu i szefem Rady Trenerów (1951–1953), szefem Rady Trenerów, szefem szkolenia, szefem sekcji trenerskiej (1954–1956 i 1961–1971) oraz wiceprezesem PZPN ds. szkolenia (1979–1980). To z jego trenerskiej szkoły "urodził " się Kazimierz Górski, Jacek Gmoch czy Andrzej Strejlau. Charakterystyczne, że cała ta trójka oprócz sukcesów w prowadzeniu reprezentacji Polski, odniosła sukcesy na poziomie klubowym: Górski prowadził kluby w Grecji, m.in. Panathinaikos AO i Olympiakos SFP – z obydwoma wywalczył mistrzostwo kraju. Jacek Gmoch - w 1979 prowadził norweski Skeid Oslo. Później przez wiele lat trenował (z sukcesami) drużyny greckie i cypryjskie: PAS Janina (1979–1981) – uratowany od spadku i 5. miejsce, Apollon Ateny (1981–1982), AE Larisa (1982–1983 - wicemistrzostwo Grecji 1983 – pierwszy w historii sukces drużyny prowincjonalnej), Panathinaikos AO (1983–1985) - mistrzostwo Grecji 1984, wicemistrzostwo 1985, 1/2 finału Pucharu Mistrzów (błąd sędziego przy stanie 0:0 nie uznał bramki koniczynek i porażka z Liverpoolem), Pucharu Grecji 1984, AEK Ateny (1985–1986) wicemistrzostwo, ponownie Larisa (1986–1988. Mistrzostwo Grecji 1988 to sukces tym większy, że po raz pierwszy i jak dotąd ostatni, drużyna spoza „wielkiej czwórki” w Grecji zdobyła to trofeum), Olympiakos SFP (1988–1989) - wicemistrzostwo Grecji 1989), Aris FC (1990–1991), APOEL Nikozja (1991–1993) – mistrzostwo kraju i gra w Lidze Mistrzów w sezonie 1992–1993[4]; superpuchar, znów Larisa (1993), Athinaikos AS (1994–1995), Ethnikos Pireus (1995), APOEL Nikozja (1996–1997) – awans do Pucharu UEFA[5], AO Ionikos (1997–1998), FC Kalamata (1998–1999) – mistrzostwo w II i awans do I ligi, Panionios GSS (1999), FC Kalamata (2001), ponownie Ionikos Pireus (2002–2003), który uratował przed spadkiem. W lutym 2010 wybrany w Grecji jednym z pięciu najlepszych trenerów w historii greckiej ligi piłkarskiej (plebiscyt z okazji pięćdziesięciolecia profesjonalnej ligi piłki nożnej w Grecji). W głosowaniu uznany został najlepszym trenerem lat 80. 15 listopada 2010 ponownie został mianowany tymczasowym trenerem Panathinaikosu. Najmniej utytułowany jest Andrzej Strejlau: prowadził   Legię Warszawa (1975–1979), Zagłębie Sosnowiec (1979–1980), islandzki Knattspyrnufélagio Fram (1982–1983), grecką Larisę (1984–1986), ponownie Legię Warszawa (1988–1989) – w sezonie 1988/89 zdobywca Pucharu Polski z tym zespołem, Zagłębie Lubin (1995–1996) oraz chińskie Shanghai Shenhua (1997–1998), z którym wywalczył wicemistrzostwo kraju.

Przepraszam za ten przydługi wstęp i nudną wyliczankę. Ale owa wyliczanka jasno pokazuje, że od "pradawnych" dziejów tej trójki wybitnych przedstawicieli "polskiej myśli szkoleniowej", żaden polski trener nawet nie zbliżył się do podobnych osiągnięć, które same w sobie też nie są czymś wiekopomnym, bo osiągniętym w dosyć słabej lidze greckiej czy zupełnie egzotycznej dla nas, bo chińskiej. Pomijam Piotra Nowaka, który zaistniał jako trener w dołączonym do MLS klubie Philadelphia Union. Ale został tam zwolniony w atmosferze skandalu, po tym, jak pozwał klub domagając się odszkodowania, a w odwecie został oskarżony o rzekome bicie i znęcanie się nad piłkarzami. Coś tam za granicą próbował Probierz, ale wrócił z podkulonym ogonem, coś tam Skorża w Arabii Saudyjskiej i to byłoby na tyle. A Polska? O, tu oczywiście na ogół dominują Polacy, ale... warto zadać pytanie: Ile procent mistrzowskich tytułów w najbardziej utytułowanych zespołach w historii Ekstraklasy odnosili trenerzy obcokrajowcy? 10%, 20%? Raczej niewielu z nas podałoby większy wynik. W końcu wszyscy słyszeliśmy o legendarnej tradycji polskiej myśli szkoleniowej, ale wystarczy rzut oka na statystyki…

14 TYTUŁÓW MISTRZOWSKICH RUCHU CHORZÓW-7 pod wodzą trenera z zagranicy (50%)
14 TYTUŁÓW MISTRZOWSKICH GÓRNIKA ZABRZE-5 pod wodzą trenera z zagranicy (35%)
13 TYTUŁÓW MISTRZOWSKICH WISŁY KRAKÓW-6 pod wodzą trenera z zagranicy (46%)
12 TYTUŁÓW MISTRZOWSKICH LEGII WARSZAWA-5 pod wodzą trenera z zagranicy (41%)

Prawda jest taka, że do 1975 roku to zagraniczni trenerzy dominowali w polskim futbolu. Dopiero po sukcesach reprezentacji Kazimierza Górskiego na kolejne 30 lat to Polscy trenerzy sięgali po tytuły. Na przestrzeni ostatnich 15 lat, 5 mistrzostw zdobyli obcokrajowcy (Okuka, Liczka, Maaskant, Berg, Cherchesow). Nie doświadczyliśmy żadnej wybitnej gwiazdy trenerskiego świata, a wyniki polskich trenerów zagranicą lepiej pozostawić bez komentarza (no chyba że chcemy wychwalać Marka Zuba za jego sukcesy w amatorskiej lidze litewskiej). Niewielu trenerów w Polsce ma cojones, żeby postawić się minimalistycznym rządom prezesów klubów, drużyny często są słabo przygotowane fizycznie do sezonu, taktyka to "oni chuja grają, jedziemy z nimi do zera".

  •  
  • Zatem "polska myśl szkoleniowa" już dawno nie żyje, a jeżeli w ogóle istniała, to jest tak stara jak piramidy egipskie. Dlaczego? Przecieź jako Polacy jesteśmy kreatywni, sprytni. odpowiedzialni, charyzmatyczni i pilni - zatem posiadamy cechy jakimi charakteryzują się najlepsi trenerzy piłkarscy w Europie. Bogate i stojące na najwyższym poziomie ligi Europy powinny błyszczeć polskimi trenerami, a polska Ekstraklasa już dawno powinna mieć ze dwa miejsca w Lidze Mistrzów, że o Lidze Europejskiej nie wspomnę. Dlaczego tak nie jest?
  • Przyczyn jest wiele i są one złożone. Jedną z nich jest system licencji trenerskich w Polsce. który jawi się jako swoisty skansen, tkwiący korzeniami w głębokiej komunie. Droga po UEFA Pro, trenerski Mount Everest, pozwalający wskoczyć na karuzelę trenerską polskich klubów w Ekstraklasie, pierwszej i drugiej lidze,  jest kręta, skomplikowana i rodzi patologiczne sytuacje. Trzeba wiedzieć, że w Polsce licencję - a zatem prawo do karuzeli - ma około 180 trenerów. Polska piłka klubowa obraca się zatem w wąskim kręgu tych samych osób, które kisi się we własnym gronie "polskiej myśli szkoleniowej". Dla porównania -  w Hiszpanii jest to grono liczące prawie osiem tysięcy i każdy licencję UEFA Pro może zrobić w swoim regionie, nie musi - tak jak w w Polsce -  robić jej tylko na kursie organizowanym przez PZPN. Dostanie się na taki kurs w Polsce, graniczy z wygraną w totolotka, bo PZPN ma  niejasne, "komunistyczne" wciąż kryteria naboru, które wywołują liczne kontrowersje i spory. Pisząc wprost, jest to system korupcjogenny balansujący na granicy prawa i przestępczych układów. Wielu młodych trenerów odstrzeliwuje się  z miejsca, choć spełniają formalne wymagania określone w regulaminie. Pytanie: gdzie mają oni zdobywać trenerskie szlify, skoro nie mogą pracować w trzech najwyższych klasach rozgrywkowych? Pytanie drugie: jakie doświadczenie miał Pep Guardiola, zanim zdobył historyczne sześć trofeów w jednym sezonie z Barceloną? Przez rok prowadził rezerwy klubu...
  • Po co to wszystko? Jeśli chcesz zostać piekarzem, musisz być sumienny, punktualny, gotowy na pracę w godzinach nocnych i dobrze, żebyś miał doświadczenie w zawodzie. Ale jeśli nie – spokojnie, nauczysz się. Bez żadnej papierologii, biurokracji, pozwoleń, zezwoleń, licencji. Natomiast ktoś – nawet będący kilkanaście lat piłkarzem, kilkanaście lat trenerem i całe życie przesiąknięty futbolem – nie może trenować w Polsce klubu na trzecim poziomie rozgrywkowym. Prawda jest taka, że jeśli właściciel klubu chciałby zatrudnić sprzątaczkę do zarządzania zespołem – powinien mieć taką możliwość. Jego cyrk, jego małpy. Pewnie jej nie pójdzie zbyt dobrze, ale jej pracę zweryfikuje boisko. Dla wielu ludzi z dalszych zakątków kraju zdobycie licencji to  ogromne koszty ( kurs kosztuje 14 tysięcy złotych, do tego dochodzą noclegi i transport na regularne zjazdy z Białej Podlaskiej, na których wymagana obecność jest stuprocentowa), a trenerzy młodzieży nie zarabiają kokosów, robią to z pasji, społecznie. Jak mają oni spełnić wymogi bycia asystentem czy stażu w pierwszej lub drugiej lidze? Takie osoby trzeba wspierać i pomagać, a nie piętrzyć trudności. Niestety, PZPN zabetonował trenerską scenę, a brak dopływu świeżej krwi powoduje nieustanny regres i rosnącą przepaść dzielącą polskie kluby od klubów zachodnich.
  • W tej elitarnej grupie 180 wybrańców "polskiej myśli szkoleniowej" jest lekarz, piekarz, hydraulik i kilkunastu ludzi zupełnie nie związanych z piłką. Kobieta nawet jest. Oczywiście posiadają oni tylko papier, niczego w polską piłkę nie wnoszą i nie kręcą się na trenerskiej karuzeli, przez co mocno zawężają pole wyboru prezesów klubów. Ogranicza to w oczywisty sposób wolność i swobodę zatrudnienia. A przecież trenera musi weryfikować rynek - i tak się dzieje w tych krajach, gdzie za futbol klubowy wstydzić się nie muszą. Tymczasem u nas ukiszona we własnym sosie "elita" w swoich CV ma zaliczone kilka ( niekiedy kilkanaście) klubów. To o nich mówi się "dobry trener, ale nie ma wyników". Bo ich rzeczywiście nie ma - z klubem A spadł, z klubem B awansował, ale go zwolnili, z C się utrzymał, ale drużyna nie robiła postępów. I tak dalej, w kółko Macieju. Tam zwolnią, tu zatrudnią. Obłęd.

  • Prezesi klubów szukają zatem trenerów za granicą. Problem w tym, że zatrudnienie średniej klasy trenera zagranicznego, który coś tam osiągnął, to wydatek przekraczający możliwości polskich klubów. Sprowadza się zatem tych, których poważniejsze ligi wypluły -  czyli rynek zweryfikował ich negatywnie. Wyjątki takie jak Okuka, Liczka, Maaskant, Berg, Cherchesow i może jeszcze Bjelica czy Latal, tylko potwierdzają regułę. I w tym miejscu dochodzimy do podstawowej przyczyny słabości polskiej piłki klubowej: nie mamy praktycznie własnego, rodzimego rynku szkoleniowego, a dostęp do rynku zagranicznego jest ograniczony ze względu na finanse. Dodatkowo obraz zaciemniają nieco tacy trenerzy jak: Stokowiec, Probierz, Brosz czy Fornalik, którzy może nie mają spektakularnych sukcesów, ale przynajmniej widać ich dobrą robotę, jaką w klubach wykonują. Do tego grona zbliża się Papszun, którego na fali sukcesów Rakowa Częstochowa dziś zatrudniłby każdy prezes klubu piłkarskiego w Polsce. Na ich tle widać jednak, że większość karuzelowej "elity' powinna już dawno zmienić zawód. Jacek Zieliński, Jan Urban czy nawet Adam Nawałka prochu już na nowo nie wymyślą.
  • Kończąc powyższe rozważania nasuwa się jeden zasadniczy wniosek - bez radykalnej reformy szkolenia trenerów i przyznawania licencji regres polskich klubów piłkarskich będzie się pogłębiał. Rzecz jasna drugą stroną tego samego medalu jest szkolenie młodzieży. Ale kto ma ich szkolić? Garstka zapaleńców i "elita" mitycznej "polskiej myśli szkoleniowej"? To jest przecież samobójstwo i zarzynanie polskiego futbolu. Środowisko trenerskie trzeba przewietrzyć i to już i teraz. Zbyt dużo mamy już tych, o których można powiedzieć - dobry trener, ale nie ma wyników. Jest też zbyt chyba wielu byłych piłkarzy, którym uzbzdurało się, że będąc dobrym piłkarzem, posiedli patent na bycie znakomitym trenerem. To tak nie działa, profesja trenera w dzisiejszych czasach to ścisła specjalizacja z wielu dziedzin życia i sportu, a więc wymaga wszechstronnego wykształcenia. Kiedy zapytano twórcę wielkiego Milanu z przełomu lat 80-tych i 90-tych - Arrigo Sacchiego -  czy w pracy szkoleniowej nie przeszkadza mu fakt, że nigdy nie był profesjonalnym piłkarzem, ten odpowiedział: "Nie wiedziałem, że dżokej wcześniej musi być koniem”.

    No właśnie - trzeba dać wreszcie szansę "dżokejom". 
  • Tekst ukazał się na Salon24.pl w dniu 13 kwietnia 2019r
Pin It