Z dużym rozbawieniem obserwuję wielką medialną aferę pt. „taśmy Neumanna”. Z rozbawieniem, bo będąc wyborcą z okręgu w którym się ta historia dzieje, rodem z Kociewia i mający liczne oraz bieżące kontakty z Tczewem, obserwuję, jak afera, która bez większego echa przeszła przez Tczew ponad rok temu, nagle, podana  w odpowiedniej chwili przez odpowiednie media pretenduje do miana trzęsienia ziemi. Bladego pojęcia nie mam, jakie efekty przyniesie ta akcja. Podejrzewam jednak, że o wiele większe w skali kraju, niż w skali Tczewa czy Kociewia.

I jak coś kiepsko świadczy o dziennikarzach, to w właśnie to, jak bezproduktywnie, czy wręcz bezmyślnie wzięli się za analizowanie tego materiału. Pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że żurnaliści obu opcji komentują to tak sztampowo, że czasami się zastanawiam, czy oni się wsłuchali w to co im przedstawiono? Taśmy te nagrano z powodu głębokiego konfliktu w lokalnej, pomorskiej PO, a precyzyjniej jego tczewskiej odsłony. Konfliktu spowodowanego kiepskim poziomem kadr tej partii, fatalnym jej zarządzaniem, i żenującymi wręcz brakami organizacyjnymi samego Sławomira Neumanna.


Jakby jakiś dziennikarz, krytyczny wobec „Partii Miłości”, chciał pokazać na gołych faktach, jaki poziom prezentują działacze PO, jak sprawdzają się jako pracujący u podstaw samorządowcy, jakie standardy demokratyczne w tej obywatelskiej ponoć partii panują, to by wziął pojechał do Tczewa, pogadał z ludźmi i pokazał tę historię. Byłaby ona o wiele bardziej szkodliwa dla PO od rzewnych opowieści, jak to niby Neumann nie boi się sądów i prokuratury. Jakby jakiś dziennikarz krytyczny wobec strony rządowej, chciałby pokazać brudną kampanię w wykonaniu TVP, to również w Tczewie dopytał się, jak to jest, że nagle ktoś świetnie znaną lokalnie, przebrzmiałą historię (która otarła się o sąd), sprzedaje na cały kraj, wyraźnie zresztą na szybko i bez głębszej refleksji. W czyim interesie i dlaczego?


Zacznijmy od tego, że z PO w Tczewie jest fatalnie od lat. Tak naprawdę partia, jako podmiot polityczny w mieście i powiecie przestałą się liczyć w kadencji 2010-2014. Miastem od 1990 roku rządzi lokalne, konserwatywno-prawicowe ugrupowanie Porozumienie na Plus. Niezwykle pragmatyczne. Jego prezydent (do 2014 roku), Zenon Odya był politykiem lubianym, praktycznie nie wzbudzającym kontrowersji. Jego następca Mirosław Pobłocki już prezentuje się tu gorzej. Doczekał się grona ostrych krytyków, acz kolejne wybory dają mu i jego ugrupowaniu bezapelacyjne zwycięstwo w mieście i znaczącą pozycję w powiecie. A ów krytycyzm w dużej mierze spowodowały właśnie dość agresywne działania monopolistyczne tczewskiego włodarza. A precyzyjnej wycinania lokalnej konkurencji. Lewica przestałą istnieć jeszcze w pierwszej dekadzie XXI wieku i jej najaktywniejsze niedobitki wchłonęła ekipa prezydenta. PiS w 2010 roku zdemolował poseł Andrzej Jaworski. Poseł bowiem wyrzucił z partii większość jej tczewskich członków, mimo sukcesów jakie mieli w rządach w powiecie i w mieście (w powiecie praktycznie samodzielnie, w mieście jako koalicjanci). Późniejszy poseł Kazimierz Smoliński pozbierał ekipę na tyle, że w powiecie w 2014 udało się nawet wygrać i objąć władzę, w mieście było jednak ledwo paru radnych. Nawet  w ostatnich wyborach ławka kadrowa tej partii byłą szalenie krótka, co mimo niezłych wyników ogółem, dało mniej mandatów niż wcześniej na obu szczeblach samorządu.


No i Platforma, która z wielkim bólem odbudowuje się od 2014 roku. Do dziś z trzy razy wymieniając cały garnitur działaczy. W końcu ostatniej kadencji trzech radnych PO było niby w kolacji z ekipą prezydenta, ale byli dosłownym kwiatkiem do kożucha. Szefem koła został młody, wybrany pierwszy raz, radny Bartosz Paprot. Szybko popadł w konflikt z równie świeżym nabytkiem PO, dawnym działaczem SLD niejakim Dominikowskim. Między panami miało dojść do rękoczynów w dość tajemniczych okolicznościach (bić miał Dominikowski, na progu własnego mieszkania,do którego wtargnąć miał chcieć Paprot). Młody radny twierdził, że cała sprawa miała być ustawką, która zablokowała mu karierę jako szefowi struktur powiatowych. W tym samym czasie lider PO z wcześniejszego rozdania, oskarżony o ustawianie wyborów w kołach zaczął udzielać się w Nowoczesnej i tczewianie dostali swoista kumulację wewnątrzpartyjnych brudów. Liderzy i byli liderzy partii publicznie oskarżali się  o najgorsze rzeczy, biegali po lokalnych mediach z ciężkimi oskarżeniami na kolegów. Tak po prawdzie nikogo, ale to nikogo nie zdziwiło, że władze wojewódzkie, czytaj Sławomir Neumann, wysłały ich wszystkich na zieloną trawkę kompletując na wybory w ubiegłym roku całkiem nowy zaciąg kandydatów.


Stary lis Dominikowski położył uszy po sobie i znów został radnym. Młody, rozgoryczony Paprot zaczął wtedy relacjonować jak go potraktowały władze partyjne i sam Neumann. Z tego co mi mówiono już wtedy w eter poszły słynne dziś taśmy. Sęk w tym, że mało kogo na lokalnym podwórku obeszły. PO totalnie się nie liczyło, Paporota wkrótce karnie wydalono z partii, a miasto żyło tym, czy prezydencka ekipa dogada się z PiSem w sprawie wspólnych rządów w powiecie i mieście czy nie. Ostatecznie do koalicji nie doszło, ale wielkiej opozycji też tu nie ma. Prezydent absolutorium dostał jednogłośnie, nagradzając przy różnych okazjach pisowskich notabli. Jednocześnie ma oficjalnie koalicję z paroma radnymi PO, którzy jednak trochę wyglądają jak Stronnictwo Ludowe po 1947 roku. Reglamentowany koalicjant, lojalniejszy wobec szefa sojuszniczego ugrupowania niż własnych idei i władz. Biznes jednak w tym włodarz Tczewa ma taki, że przychylniej patrzą na niego władze powiatowe. I tak. Posła Smolińskiego z PiS robi się Tczewianinem Roku, a mentor ugrupowania Zenon Odya jest radnym sejmikowym z listy PO (wcześniej PSL). A do rządów w mieście nikt mu się nie miesza.


No i przechodzimy do najciekawszej sprawy. Jak to się stało, że lokalna awanturka, która wszystkich mało obeszła nagle trafiła na ekran TVP? Wszystko przez wojnę. Tę ostatnią. Druga światową. Jak każdy tczewianin wie zaczęła się ona właśnie tam, gdy Niemcy z zaskoczenia tuż po czwartej 1 września rozpoczęli „Aktion Zug” mającą na celu opanowanie mostów przez Wisłę w Tczewie. O 4.34 zbombardowano miasto by sparaliżować obronę, ale nasi się nie dali. Obronili przyczółek od strony Prus Wschodnich, a potem na rozkaz oba mosty wysadzili. Ten kolejowy potem Niemcy odbudowali, ale drogowy całą wojnę przetrwał jako trzyprzęsłowy kikut. Tyle zostało z pierwszego stałego, stalowego mostu wiślanego. Niemcy parę kilometrów na południe zbudowali bowiem całkiem nową przeprawę w ciągu dzisiejszej drogi krajowej nr 22. Gdy wojna się skończyła podjęto jednak próbę odbudowy mostu. Pierwsza skończyła się spektakularną katastrofą, gdy nowe przęsła przewróciła kra. Dopiero w 1958 roku, budując nowy most kolejowy, przesunięto na sąsiedni drogowy dwa wojenne, poangielskie przęsła ESTB, udrożniając tczewską przeprawę. I w tym stanie most przetrzymał 60 lat. Nieremontowany w progu XXI wieku zaczął się sypać. Pogrążył go fakt, że w 1999 roku był jedynym tej wielkości mostem w kraju, który otrzymał powiat. I to w stanie do generalnego remontu. Ekspertyza sprzed paru lat byłą jednoznaczna. Najstarsze, zabytkowe przęsła z 1857 roku są w niezłym stanie, ale do remontu. Uratować też można spróbować przedłużenie mostu z 1912 roku od strony Malborka. Ale dwa wojenne przęsła ESTB, nad nurtem rzeki się sypią i są nie do uratowania. Most zamknięto i rozpoczęto batalię o jego odbudowę. Był rok 2012.

Historia jest ciekawa, ale w skrócie. Starostwo chciało początkowo zachować tylko trzy najstarsze przęsła, a resztę odbudować po kosztach. Byle była przeprawa. Wywołało to silny opór społeczny. Powstała medialna akcja odbudowy mostu sprzed 1939 roku, która w najbliższych wyborach zmiotła dotychczasowe władze powiatu. Będący twarzą mostowej akcji wicestarosta nie dostał się nawet do rady powiatu, a władzę przejęło PiS budujący kampanię na popieraniu społeczników i „odbudowy wariantu historycznego”. Już wcześniej rozpoczęto remont najstarszej zabytkowej części, ale koszty całej inwestycji przekraczały roczny budżet powiatu tczewskiego. Tak jak w 2014, rok później lokalni kandydaci PiS, z posłem Smolińskim na czele, szli do władzy pod hasłem zdobycia środków na odbudowę mostu. Gdy Kazimierz Smoliński został wiceministrem infrastruktury wydawało się, że tczewianie wygrali los na loterii. Stało się jednak inaczej, Obiektywnie kontynuowano jedynie działania, zainicjowane jeszcze przez ministra Nowaka z PO, wspierania dotacjami remontu kolejnych części mostu. Sęk w tym, że potrzebny był wkład własny, na który biedny powiat nie było stać. I tak na dziś realizowany jest dopiero etap rozbiórki dwóch przęseł nurtowych. Bo na zapłacenie budowy nowych już kasy zabrakło. A most jest zamknięty od 2012 roku...


Bez dwóch zdań sprawa mostu miała swoją wagę w ostatnich wyborach samorządowych i utracie władzy przez PiS w powiecie. Ale kolejny zwrot był miesiąc temu. Pod wpływem hucznych obchodów 80l-ecia wybuchu wojny (z hasłem „wojna zaczęła się w Tczewie), grupa lokalnych dziennikarzy i społeczników, wpadła na genialny pomysł, że przecież nasz most można potraktować identycznie jak Westerplatte: jako zabytek techniki oraz miejsce historycznego, symbolicznego miejsca, gdzie padły pierwsze strzały wojny, specjalną ustawą przejąć go powinien Skarb Państwa i własnym sumptem dokończyć remont. W odbudowanych kazamatach i wieżach urządzając potem oddział Muzeum II Wojny Światowej. Przecież nasz poseł Smoliński pilotował ustawę w sprawie Westerplatte, to tym bardziej poprowadzi naszą tczewską...

No akcja była w punkt. Momentalnie było pełne poparcie samorządowców wszelkich szczebli, lokalnych i nielokalnych celebrytów (nawet Daukszewicza ktoś namówił by w Szkle Kontaktowym zaagitował za akcją). To, że poparli sprawę posłowie opozycji było jasne. Ale co ciekawsze poparli też kandydaci z listy PiS, ale ci bez większych szans na elekcję. Tak poseł Smoliński (numer 6 na liście PiS, jak i politycznie odpowiedzialny za ewentualną specustawę wiceminister Sellin (jedynka z tego okręgu!) mocno się jednak zdystansowali, co wyraźnie zrobiło im pod górkę w kampanii. Nie potrafili zbyt wyjaśnić dlaczego nie są za, a samą akcję trudno było jakoś ubrać w polityczne szaty (skoro popierali ją prominentni członkowie ich własnego ugrupowania).


I gdy coraz głośniej mówić się zaczęło, że Kazimierz Smoliński przez most straci mandat, nagle deus ex machina  w zeszły poniedziałek do akcji włączył się wojewódzki konserwator zabytków. W momencie gdy, zgodnie z wszelkimi zgodami i ustaleniami konserwatorskimi rozebrano już 2/3 długości przęseł ESTB, ogłosił on, że są one zabytkiem na skalę europejską i ich rozbiórka to przestępstwo. Zaś swoją spóźnioną interwencję tłumaczył tym, że dopiero teraz zwrócił mu na to uwagę pewien konserwator z Gdańska...  Tłumaczenia tej wolty o 180 stopni i argumentacja były tak żenujące (m.in. wedle konserwatora to te dwa przęsła, wstawione  w 1958 roku, a wyprodukowane pod koniec wojny, są świadkami bohaterskiej obrony mostu z 1939 roku), że stało się oczywiste, że konserwator wykonał tu polityczne zlecenie zwierzchników. Zwłaszcza, że rzeczony poseł Smoliński już następnego dnia bohatersko w Warszawie podjął rozmowy z generalnym konserwatorem, które naturalnie „dobrze rokowały”. Samorządowcy się wściekli pytając go zapłaci kary za przestój rozbiórki, firma jej dokonująca straszyła, że resztki przęsła wisi na prowizorycznej podporze, która wytrzyma  maksymalnie do grudnia, zaś dziennikarze mieli używanie z bezradnych „twarzy” owej decyzji, konserwatora i rzeczonego inicjatora wstrzymania rozbiórki z Gdańska (który miał niby interweniować u samego ministra Glińskiego). Krótko mówiąc zamiast ratunku kolejny strzał w stopę...


I gdy akcje naszych lokalnych posłów PiS, zamieszanych w tczewski most sięgnęły dna, nagle usłyszeliśmy głos radnego Bartka (no chyba, że ktoś się perfidnie pod niego podszył) rozmawiającego z Sławomirem Neumanem. Miało zaboleć, a znów wyszło nie najlepiej. Ktoś bowiem przedobrzył. W nagraniu pojawił się nowiem wątek sprzedaży działki na ulicy Rokickiej przez władze miasta, którą to transakcją zainteresowało się CBA. W zeszłorocznej kampanii miejskiej była to jedna z kluczowych spraw, jednak mimo prężenia muskułów przez oponentów nikt tam się przestępstwa nie doszukał i sprawy nie pociągnięto i ją umorzono. A w piątek wieczorem prokuratura w Gdańsku ogłosiła, że owe nagrania dostarczają nowych dowodów i sprawę trzeba wznowić. Jest tylko mały problem. Słuchamy i słuchamy, i nic więcej tam nie ma poza stwierdzeniem tczewskiego radnego, że prezydent Pobłocki ma kłopoty, bo CBA bada sprawę działki na Rokickiej. Więc jakie tu nowe dowody? Samo przypomnienie głośnego śledztwa po prawie dwóch latach? Od razu to połączono z groźbami konserwatora, że za rozbiórkę przęseł ESTB (dokonaną za zgodą jego urzędu), władze starostwa powinny odpowiadać karnie. Na mile pachnie próbą postraszenia lokalsów i odwrócenia uwagi opinii publicznej od pisowskich „macherów” od mostu. „Internety” bezlitośnie to jednak wychwyciły.


No i mamy nagle karierę tych tczewskich spraw na forum całego kraju. Czym to się skończy? Nie wiem. Czy na krajowym podwórku coś to wiele zmieni, raczej wątpię. Na lokalnym, PO dostanie pewnie trochę „po uszach”, ale ile zyska tu PiS? A dokładniej lokalny tczewski poseł Smoliński?  Jak już cała sprawa pomoże senatorowi Szymańskiemu (PiS) w reelekcji. Poseł Smoliński zaś walczy o przeżycie, a wydawało się, że ma spokojny mandat. Neumana i tak w Tczewie nikt nie lubił (bo z konkurencyjnego Starogardu), a lista PO jest tak słaba, że co najwyżej zyskają energiczni kandydaci PiS z teoretycznie mniejszymi szansami jak aktywni tutaj Rabenda czy Arwid Żebrowski. Paradoksalnie jakiś odsetek wkurzonych wyborców Platformy może dać głosy na taki PSL, gdzie Tczew reprezentuje dawny lider PO, wygryziony z partii przez ekipę radnego Paprota...


A most i po wyborach będzie gorącym kartoflem. Potrzeba ponad sto milionów na zabytek, który miał szczęście w nieszczęściu odegrania niezwykle istotnej roli w wydarzeniach z 1 września 1939 roku. I nikt, nawet z środowisk bliskich PiS nie będzie po tej akcji miał skrupułów, by obijać tę partię jak pałką przykładem sepcustawy Westerplatte. I kto wie, czy chcąc nie chcąc mostu ostatecznie nie weźmie Skarb Państwa i Muzeum II Wojny... Zobaczymy...

Tekst ukazał się na Salon24.pl w dniu 7 października 2019r

Pin It