Po wyborach zaczęła się prawdziwa walka o stołki, a raczej fotele w senacie, toczy się ona na różnych polach: obok prób zwerbowania już wybranych senatorów – elektów /mówi się też o próbach „przekupienia”/, usiłuje się też zrewidować wynik wyborczy przez ponowne przeliczenie głosów. Te próby wywołały całą lawinę domagań się zmian wyników wyborów, a nawet ich unieważnienia. Mimo nagłego wzrostu frekwencji 13 października można jednak stwierdzić że w zestawieniu z poziomem europejskim ciągle jeszcze wybory nie cieszą się w Polsce powszechnym uznaniem.

Jest to niewątpliwie częściowo spadek po PRL kiedy ludzi goniono do urn tylko po to żeby wykazać jak najwyższą frekwencję bo stuprocentowe zwycięstwo „frontu jedności narodu” było zapewnione na długo przed wyborami. 

Wprawdzie odpowiedzialny w swoim czasie za wybory urzędujący w KC PZPR niejaki Marzec skarżył się że „wybory” to najtrudniejszy problem polityczny w PRL, gdyż przy układaniu listy posłów trzeba uwzględnić mnóstwo kryteriów, przede wszystkim szefostwo partii i w stosownej proporcji kierownictwo stronnictw sprzymierzonych / praktycznie satelickich/, przedstawicieli związków zawodowych i organizacji społecznych, udział kobiet, młodzieży i kombatantów, wojska i bezpieki itd.

Pozostałości z takiego organizowania wyborów pozostały wraz z zawodowym aparatem PKW, tak jakby wybory w Polsce odbywały się nieprzerwanie.

Już sama forma organizacji wyborów nasuwa poważne zastrzeżenia, ale to tylko ramy sprzyjające właściwemu „ustawianiu” rezultatów wyborczych. Za PRL komisje wyborcze odpowiadały za poziom frekwencji i należyty odsetek głosów na listę partyjną / zwaną FJN, -front jedności narodu/ bez skreśleń, najlepiej gdy było to ponad 99%. W prawdzie wzór Moskwy za czasów życia Stalina wskazywał na możliwość przekroczenia 100 % z tej racji że do „stalinowskiego” okręgu wyborczego przepisywali się najgorliwsi w wykazaniu się oddania „wodzowi postępowej ludzkości”, ale w Polsce wystarczyło i tyle.

Dobre szkoły „robienia” wyborów przetrwały z PRL i funkcjonują po dziś w „III RP” podobnie jak ona sama stanowiąc jej kontynuację.

Rozpoczęło się od wyborów „kontraktowych” których zadaniem było utrzymanie władzy peerelowskiej jeżeli nie formalnie to z pewnością faktycznej.

Nielegalne jeszcze wówczas Stronnictwo Pracy nie mogło w nich startować pod własną firmą, uważałem jednak że w ogóle nie godzi się Polakom branie udziału w tej farsie i należy ją zbojkotować domagając się ogłoszenia wolnych wyborów zgodnie z obowiązującą konstytucją z 23 kwietnia 1935 roku.

Paradoksalnie, ale w tych wyborach miałem stuprocentową szansę na wybór z listy OKP gdyż któryś z biskupów stanowczo oprotestował kandydaturę „Solidarności” i zaoferowano mi to miejsce, natomiast pominięto Władysława Siła – Nowickiego, który wystartował z wolnej listy przegrywając wprawdzie z Kuroniem, ale i tak osiągając najwyższy wynik wśród kandydatów niezależnych.

W konsekwencji byłem świadkiem rozmowy Siła – Nowickiego z Wałęsą, który uznał za stosowne wyjaśnić dlaczego nie uwzględniono go na solidarnościowej liście wyborczej. Stwierdził „przyszli do mnie twierdząc że mają uzgodnione wszystko z władzami PRL i poparcie „zachodu” oferując mi restytucję „Solidarności” w zamian za akceptacje ich listy. Kiedy zwróciłem uwagę że nie ma na niej Siły – odpowiedzieli że jest to warunek. Nie miałem zatem wyboru”.

Już na początku została utworzona „lista proskrypcyjna” wykluczająca z udziału w tworzeniu „III RP”, ta lista funkcjonuje w szczątkowym zakresie nawet i dziś.

Nie ulega wątpliwości że ciągle na niej figuruję na co miałem kilkakrotnie dowody chociażby w postaci wyników wyborczych.

Pierwszy raz w roku 1991 kiedy zostałem zgłoszony jako wiceprezes ChDSP i wybrany jako poseł, niejaki „profesor od konstytucjonologii” i przewodniczący PKW Zoll wymyślił że mój wybór był niezgodny z prawem wobec braku związku okręgowego komitetu wyborczego z krajowym na skutek nie posiadania przedstawiciela na liście krajowej.

Siła – Nowicki jako adwokat uznał taką ocenę jako bezprawną i zgłosił sprzeciw do Sądu Najwyższego, który w składzie dziewięcioosobowym potwierdził werdyktem stanowisko Siły.

Konstytucja jaka by ona nie była stwierdza że orzeczenia Sądu Najwyższego nie mogą być podważane przez inne organa władzy, mimo to jednak „znawca” Zoll uprawomocnił sejm, a właściwie jego komisję regulaminowa do rozstrzygnięcia sprawy.

Ordynarne bezprawie zostało usankcjonowane i można stwierdzić że „sejm sam się wybrał” tylko po to żeby zapewnić UW pierwsze miejsce / o jeden stołek/ w sejmie.

W 2001 roku PiS wystawił moją kandydaturę jako prezesa stronnictwa sojuszniczego w Koninie. Przewidywano że z pierwszego miejsca na liście jest pewny mandat, więcej raczej PiS’owi się nie uda.

Wprawdzie człowiek zorientowany w okręgu powiedział mi że sprawa wyborów w nim jest już przesądzona i PiS nie ma szans na przełamanie tego, jednak w dniu wyborów około godz. 22 –ej podano komunikat że jeden mandat dlań jest. Wówczas delegatka pisowskiego komitetu wyborczego opuściła lokal okręgowej komisji wyborczej uznając swoją rolę za zakończoną.

Kiedy w następnym komunikacie okazało się że mandatu nie ma, bowiem nie odnotowano przyrostu głosów na PiS, usiłowała ponownie dostać się do lokalu jednak jej już nie wpuszczono. W efekcie okazało się że odnotowano niebywały wzrost głosów nieważnych ostatecznie przekraczając dwukrotnie średnią krajową.

Protesty na nic się nie zdały sąd bowiem standardowo uznał że nie miało to wpływu na wynik wyborów.

Takich orzeczeń sądów w Polsce można mnożyć na tysiące i zawsze dotyczą one tylko wybranych opcji politycznych.

Poza masowym „produkowaniem” głosów nieważnych istnieje wiele innych ciągle kontynuowanych sposobów i tak np. mój wnuk, który prowadząc leśną szkołę w „głuchej puszczy” z reguły nie bierze udziału w wyborach, - ostatnio jednak będąc przypadkiem w Warszawie próbował oddać głos, ale mu wyjaśniono że już zagłosował.

Ktoś kto wiedział że nie uczestniczy w wyborach „wyręczył” go. Musiał być to ktoś dobrze zorientowany, a równocześnie mający dostęp do list wyborczych, czyli najpewniej członek komisji.

Komisje wyborcze począwszy od PKW są wzorem PRL opanowane przez „zawodowców” potrafiących „zrobić” wybory na stosowne zlecenie. Mam na to wiele dowodów, jak choćby różnice w ilości głosów oddanych i dostarczonych do okręgowych komisji.

Na temat składu komisji i sposobu urzędowania wiele mogą powiedzieć delegaci komitetów wyborczych z ich relacji wynika że są to latami ci sami ludzie, doskonale ze sobą zgrani. 

Stosowany w Polsce system „krzyżykowy” głosowania aż się prosi o dopisywanie bez cienia ryzyka. Można temu zapobiec zmieniając system lub uznając ważność głosów z wieloma krzyżykami zaliczając tylko pierwszy.

    

Cały ten system wymaga gruntownej zmiany, przede wszystkim przez likwidacje PKW jako stałej instytucji i powoływanie przy każdej okazji nowej komisji. Ponadto sposób oddawania głosów nie może ułatwiać oszustw wyborczych.

Zapewne całkowicie nie da się je wyeliminować, ale warto przynajmniej zminimalizować.

Opisując moje zetknięcia z praktykowanym w „III RP” systemem wyborczym mogę mieć tylko pretensje do siebie za to że dałem się na to oszustwo nabrać.

Omawiając sprawę wiarygodności wyborów w Polsce trzeba zwrócić uwagę że jest to, niezależnie od skutków, tylko fragment tego wszystkiego z czym mamy do czynienia w przypadku „III RP”.

Zaczynając od początku musi się zacząć od genezy tego tworu państwowego, który stanowi kontynuację PRL, a który celowo dla oderwania od polskiej historii nosi nazwę „III RP”. Wyjaśniałem wielokrotnie że nazwa jest fałszywką gdyż nigdy „II RP” nie było, jestem już jednym z nielicznych świadków tego faktu.    

Pytanie zasadnicze brzmi: kto i dlaczego wymyślił taką formę polskiej państwowości.

Wydawało się logiczne że jeżeli obalamy bezprawny twór sowieckiej okupacji Polski to jedynym rozwiązaniem jest powrót jedynego legalnego i jeszcze istniejącego przedstawicielstwa polskiego państwa niepodległego, którego reprezentantem zgodnie z obowiązującą konstytucja jest prezydent RP.

Tylko że wówczas trzeba byłoby wyciągnąć konsekwencje w stosunku do PRL włącznie z odpowiedzialnością karną.

Na takie rozwiązanie nie mogli zgodzić się ci którzy mieli jeszcze w ręku elementy wykonawcze . Zwycięzca „stanu wojennego” czyli wojny wypowiedzianej otwarcie narodowi polskiemu / pod przykrywką istniała ona od czasów wojny/ - Jaruzelski szykował najwyraźniej nowe oblicze PRL „pod siebie” i dlatego powołał Radę Konsultacyjną wprowadzając do niej kilka osób o nastawieniu narodowo chrześcijańskim. Wydawało się niektórym że polityczną bazą nowego rozwiązania będzie sojusz pozostałości peerelowskich z umiarkowanymi i ugodowymi środowiskami narodowymi i zgromadzonymi wokół episkopatu.

Okazało się jednak że Jaruzelski wybrał na partnerów własnych dysydentów partyjnych o zabarwieniu „trockistowskim” i to na własną zgubę. 

Mógł się chyba zorientować czym mu to grozi, a jednak najwyraźniej został zmuszony do takiej decyzji i to przez tych którym najwierniej służył, a którzy przeszli do obozu przeciwnika.

„Is fecit cui prodest” – dziś możemy śmiało powiedzieć że głównym beneficjentem tego rozwiązania są Niemcy, którzy w efekcie uzyskali włączenie do swojej „mitteleuropy” całej środkowej Europy z krajami bałtyckimi i potężne wpływy w Rosji. Zaczęła się do nich przybliżać też i Ukraina, ale się zreflektowali i zostawili ją na łup Rosji 

Wzorem prusko rosyjskich doświadczeń z XVIII wieku forsuje się w Polsce posłuszne sobie rządy i obyczajowość rozkładającą państwo od wewnątrz, redukcja potencjału gospodarczego i stanu zaludnienia to najnowsze zdobycze tych wpływów.

Nie należy się temu dziwić, jest to skuteczna metoda działań imperialnych.

Na przykładzie Ukrainy możemy tylko stwierdzić że Rosja w swojej strefie wpływów działa znacznie ostrzej.

W wyniku tych wspólnych działań powstała strefa całkowicie uzależniona od woli mocodawców. Organizacja wyborów jest tylko jednym z jej fragmentów.

Objawy walki o samodzielność ukazały się najpierw w Polsce, a później też i na Ukrainie i przez ćwierć wieku po rozpadzie Sowietów kończyły się niepowodzeniem.

Dopiero w roku 2015 udało się po raz pierwszy na przeciąg całej kadencji utrzymać w Polsce rząd usiłujący uniezależnić się przynajmniej częściowo od tego układu.

Grożąca kontynuacja po wyborach październikowych mobilizuje wszystkie dyspozycyjne siły, niezależnie od zabiegów o „oswojenie” obecnego rządu. 

Z uwagi na niedostateczną większość sejmową zwycięskiego obozu do skutecznego zablokowania jego działań wystarczy wygrać przeciwko niemu wybory prezydenckie.

I dlatego wybory prezydenckie będą decydujące o tym kto faktycznie będzie w Polsce rządził. Mocodawcy obecnej opozycji „totalnej” zdają sobie z tego sprawę i to oni zadecydują kto w imieniu tej opozycji wystąpi w wyborach.

Można sobie snuć różne propozycje, nie mają one jednak większej wartości wobec stawki o którą się gra.

Również mechanizm wyborczy będzie z pewnością w pełni wykorzystany, czego przedsmak mamy w odrzuceniu ryczałtem protestów wyborczych nie zastanawiając się nad przyczyną niezwykle wysokiego udziału głosów nieważnych w wielu okręgach.

   

Dla mnie nikła wygrana w wyborach do sejmu i nawet przegrana w senackich PiS jest oczywistym dowodem na brak właściwej kontroli nad przebiegiem głosowań, niezależnie od skutków błędów kampanii wyborczej która praktycznie została zrzucona na barki jednego człowieka, reszta z dobrej zmiany ograniczyła się głównie do kibicowania. Zabrakło powszechnej mobilizacji i przedstawienia rzeczywistego stanu zagrożenia.

Dramatyczny charakter polskiego położenia musi być uwypuklony w wyborach prezydenckich, inaczej całe zwycięstwo sejmowe nie będzie warte „skórki za wyprawkę”. 

Tekst ukazał się na Salon24.pl w dniu 25 października 2019r

Pin It