Notkę przygotowałem przed info, że CBA skierowało zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez Mariana Banasia. Niczego jednak nie zmieniam -  póki co Marian Banaś nie jest jeszcze Marianem B. a poniższa notka nawet lepiej wpisuje się w kontekst tego newsa.

W związku z żądaniem ( życzeniem?) Jarosława Kaczyńskiego wysuniętym wobec Mariana Banasia, żeby ten podał się do dymisji, płonące ognisko rozpalone przez Bertolda Kittela i TVN, dostało nowego paliwa i płonie jak wysuszona stodoła. Pytanie jednak jest takie: na ile podpalacz podpalił to, co naprawdę było do podpalenia, a ile dołożył od siebie?

Żyję już w Polsce na tyle długo i na tyle długo interesuję się polityką, żeby w całej tej sprawie, którą nazwać można "Banaś, odmieniany przez wszystkie przypadki i słowo- klucz opozycji", wyczuć jakiś niepasujący do niczego zapach - czyli coś tu nie gra. Banaś nie jest ani pierwszym i ani ostatnim politykiem, który został "utrącony" na skutek medialnego reportażu śledczego, ale jego przypadek jest zupełnie wyjątkowy. Banaś jest bowiem tym medialnym antybohaterem, wobec którego nic nie wynika z sensie karnym i prokurator - po obejrzeniu i przeczytaniu materiałów dostępnych w mediach - może tylko powiedzieć:nie mam tu nic do roboty. Jakim więc cudem TVN-owi udało się ubrać Banasia w ubranko co najmniej zbrodniarza, który - jak można by wywnioskować po skali medialnej nagonki -   w swojej kamienicy mordował, gwałcił i rabował kogo popadnie?

Żeby sobie na tak postawione pytanie odpowiedzieć, trzeba odtworzyć sekwencję wydarzeń. 27 sierpnia 2019 wygasa kadencja dotychczasowego szefa NIK Krzysztofa Kwiatkowskiego , który poinformował, że chce wystartować w październikowych wyborach parlamentarnych. Z tego powodu postanowił o kilka dni skrócić swoją prezesurę w NIK, żeby - jak wyjaśnił - Izba pozostała apolityczna. 30 sierpnia Izba Wyższa naszego parlamentu poparła powołanie dotychczasowego szefa finansów na prezesa Najwyższej Izby Kontroli. I w tym miejscu wypada zapytać: dlaczego na to to wysokie państwowe stanowisko PiS decyduje się desygnować właśnie Mariana  Banasia? Z dwóch powodów.

Pierwszym jest życiorys Banasia - chlubny życiorys najpierw opozycjonisty w czasach "komuny", później propaństwowego aktywisty i urzędnika, który terminował u Lecha Kaczyńskiego ( od 1992), kiedy ten był prezesem NIK, dalej obejmujący rożne stanowiska w NIK i Ministerstwie Finansów: od 21 listopada 2005 do 2 stycznia 2008 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów, w tym od 28 listopada 2005 także szefem Służby Celnej. 19 listopada 2015 ponownie objął oba te stanowiska. 9 grudnia 2016 powołany na stanowiska sekretarza stanu w Ministerstwie Finansów, a także szefa Krajowej Administracji Skarbowej. Obowiązki w KAS objął z chwilą jej powstania 1 marca 2017 (dzień wcześniej została zlikwidowana Służba Celna, a jej struktury wcielono do Krajowej Administracji Skarbowej). Ten życiorys pokazuje w sposób nad wyraz widoczny, że Marian Banaś nie jest przypadkową "popierdółką" i jak mało kto zna mechanizmy finansowe państwa - także, a może przede wszystkim, w kontekście ich ciemnej strony, której korzenie tkwią głęboko w czasach peerelu i zostały usankcjonowane układem okrągłostołowym.

Wiedza i doświadczenie Mariana Banasia determinuje drugi powód, dla którego zostaje on szefem NIK. Ten drugi powód to misja, jaką Banaś otrzymuje od - najpewniej - Jarosława Kaczyńskiego. Jaka to misja? Nie ulega wątpliwości, że Kaczyńskiemu ( i PiS) w budowie Polski swojej wizji i projektu przeszkadzają dwie fundamentalne formacje postawione przez elity III RP: formacja sądownicza i formacja układów o charakterze mafijnym, czerpiąca nie tylko olbrzymie zyski  z dojenia Polski na różne sposoby, ale mająca realny wpływ na funkcjonowania państwa w ogóle. Rozbicie tych formacji to dla PiS cele absolutnie strategiczne - tyle konieczne dla efektywnego rządzenia, co arcytrudne ze względu na opór materii. W minionej kadencji PiS zabrał się za formację sądowniczą - w miarę z pozytywnym skutkiem, chociaż dalekim jeszcze od pełnego rozbicia, w tej kadencji trzeba było "napocząć" formację mafijną - i taką misję otrzymuje Banaś.

Dla drugiej strony jest to bardzo poważny alarm. Marian Banaś to - jak już napisałem -  nie jest "popierdółka", ale poważny i groźny dla układu przeciwnik, którego za wszelką cenę trzeba utrącić. Śmiem twierdzić, że ostatecznym rozwiązaniem byłby słynny "seryjny samobójca" - ale byłoby to rozwiązanie szalenie ryzykowne, bo tak naprawdę rozwiązujące PiS-owi ręce w kwestii rozwiązań siłowych. Dlatego -  bez wątpienia w pośpiechu i w panice - szukano "czegoś" na Banasia - małej podpałki, którą dałoby  się rozdmuchać do dużego ognia. Zlecenie dostał typowy, bezwzględny i sprawdzony "cyngiel do zadań specjalnych" - Bertold Kittel. O nim napisałem już wcześniej TUTAJ ,zatem nie na sensu niniejszej notki wydłużać, ale muszę dodać, że była współpracownica Kittela, Anna Marszałek, po zakończeniu mało chlubnej kariery dziennikarki śledczej, od 2011 roku pracuje w ... NIK.

Dlaczego napisałem "mało chlubnej"? Ponieważ aż w czterech poważnych materiałach "śledczych" opublikowanych przez Marszałek i Kittela ( w sprawach sędziego Wielkanowskiego, Marka Kempskiego, Piotra Woyciechowskiego i  Romualda Szeremietiewa) sądy w prawomocnych wyrokach nakazały albo wydawcom tych materiałów, albo Marszałek i Kittelowi personalnie do przeprosin w/wymienionych za podanie fałszywych informacji medialnych. Komentować tego raczej nie trzeba - ale rodzi się pytanie: jakich informacji udzieliła Kittelowi Marszałek, od ośmiu lat pracująca w NIK? Bo jakoś nie jestem tak naiwny, żeby wierzyć, iż doświadczona i przeszkolona była dziennikarka śledcza jest pełna fascynacji i lojalności wobec instytucji w której aktualnie pracuje. Kittel nie jest panem Bogiem - musiał mieć wiarygodne informacje o kamienicy i "drugim" życiu Banasia. Nie przesądzam, że otrzymał je od Anny Marszałek, ale... no cóż - wróblami karmiony nie jestem, chociaż nie obronię się przed ewentualnym zarzutem, że to tylko moje spekulacje. Z oczywistych względów pomijam też ewentualny wątek służb specjalnych.

3 września 2019 "Superwizjer" TVN emituje reportaż "Pancerny Marian i pokoje na godziny”. Z materiału wynika, że były minister finansów i nowy szef Najwyższej Izby Kontroli wpisał do oświadczenia majątkowego: dwa domy; grunty rolne i kamienicę. Kamienicę i dwa mniejsze mieszkania wynajmuje – wynika z programu. Według dziennikarzy jedna z nieruchomości to niewielki pensjonat, który oferuje gościom pokoje na godziny. Jak podkreślono w materiale "Superwizjera”, w 2016 r. Marian Banaś zadeklarował, że sprzeda kamienicę, ale nigdy do tego nie doszło. Pokłosiem reportażu "Superwizjera" są i nne dziennikarskie zarzuty wobec Banasia opublikowane kilka dni później w "Rzeczpospolitej", z którą wcześniej był związany Kittel i Anna Marszałek. Rozpoczyna to medialną nagonkę w niespotykanej skali i natężeniu - grillowanie Banasia trwa w TVN 24 godziny na dobę i nie ma godziny, w której nie wymieniono by nazwiska Banasia.

Nie jest trudno zauważyć, że właściwie tylko z zarzutów moralnych i obyczajowych - bo dalekich od poważnych zarzutów prokuratorskich - rozpętano bezprecedensową burzę, która w stu innych wypadkach wygasłaby w sposób naturalny po 2-3 dniach. Na pozór dużo poważniejsza "afera Srebrnej",  po której miało być istne tsunami na polskiej scenie politycznej, żyła swoim życiem kilka dni, żeby nie napisać: kilka godzin. Wcześniej -  nic nie dzieje się premierowi, którego syn etatem uwiarygadnia mafijną piramidę finansową pod nazwą "Amber Gold" i szemrane linie lotnicze OLX. Nic się nie dzieje, kiedy prezydent dużego miasta w Polsce, skazana prawomocnym wyrokiem sądowym za przestępstwo z KK, ponownie zostaje prezydentem, nic się nie dzieje, kiedy senatorem RP zostaje facet z poważnymi zarzutami prokuratorskimi. Przykładów, w których "nic się nie dzieje" przy dużo poważniejszych podejrzeniach, zarzutach i faktach jest bez liku. Przypadek Mariana Banasia jest dokładnie odwrotny: nie ma zarzutów sensie prawnym, a dzieje się dużo. Co prawda prokuratura prawdopodobnie zajmie się jego oświadczeniem majątkowym i zapewne nawet postawi zarzuty, ale znów mam wątpliwości - na ile to efekt medialnej presji, a na ile faktycznych uchybień, o których i tak zdecyduje ewentualnie sąd.

Jedno w tej dziwnej sprawie jest pewne: Marian Banaś jako szef NIK w żadnym wypadku nie powinien dać powodu do podważania jego oświadczenie majątkowego i nie powinien tak bezmyślnie dysponować swoim majątkiem, dając powody do wiązania jego osoby z typami zajmującymi się stręczycielstwem, sutenerstwem i cholera wie czym jeszcze. Mam jednak wątpliwości, czy wobec misji jaką Banaś otrzymał od PiS i oczywistej realizacji zlecenia, które otrzymał Kittel, zasadna jest kapitulacja prezesa Kaczyńskiego, wyrażona zażądaniem dymisji Banasia. Mimo, że w normalnych warunkach normalnego państwa, człowiek obciążony obyczajowo i nieprecyzjny w swoim oświadczeniu majątkowym nie może sprawować ważnej funkcji państwowej, uważam, że żądanie dymisji Banasia to poważny błąd.

Straty wizerunkowe i tak są już ogromne - dymisja Banasia niczego już nie zmieni. Ale jest gorzej - decyzja Kaczyńskiego to kolejne ugięcie się pod presją i przyznanie się wprost, że "jak nas przycisnąć, to wymiękamy jak dzieci", co tylko rozzuchwali zwolenników antypisu i TVN. Kłania się "odwieczna" słabość Kaczyńskiego i PiS. polegająca na starej prawdzie, że na wojnie "osiągnąć sto zwycięstw w stu bitwach nie jest szczytem osiągnięć. Najważniejszym osiągnięciem jest pokonać wroga bez walki. Dlatego sprawą najwyższej wagi w wojnie jest rozbicie strategii wroga" / Sun Tzu, "Sztuka Wojny" /.

Jeżeli się nie mylę co do misji, jaką miał wykonać Banaś ( a na 99% się nie mylę), to jest kardynalnym błędem Kaczyńskiego, że dał się tak dziecinnie podejść i w sprawie Banasia pozwolił się zagonić do decyzyjnej ściany. Atak na Banasia był bowiem oczywisty  i łatwy do spacyfikowania - przy właściwej polityce informacyjnej, której w PiS - poza nachalną propagandą sukcesu - od lat nie ma. Szlag mnie trafia, kiedy uzmysławiam sobie, jak niedołężny w tym zakresie jest prezes i na Nowogrodzkiej nie ma nikogo, kto wziąłby sprawy komunikacji medialnej w swoje ręce i wyszedł dalej niż ograniczające i ograniczone ramy TVP Jacka Kurskiego. To jest tragedia i dramat.
 
 
 
Warto sobie omówić jeszcze jedną ważną rzecz. Taką mianowicie, że gdyby odwrócić role i Marian Banaś był człowiekiem opozycji, to - stawiam dolary przeciwko orzechom - włos by mu z głowy nie spadł. Neumann broniłby Banasia jak niepodległości, a TVN uruchomił olbrzymią machinę obronną - to pewne, co doskonale widać na przykładzie Tomasza Grodzkiego. Idąc dalej, to jestem pewien, że gdyby Kittelowi dać zlecenie na Grodzkiego, to z marszałka Senatu zostałaby mielonka i mokra plama. Takie porównanie doskonale pokazuje na jakim poziomie jako państwo istniejemy. Ale to już temat na inną notkę, na razie jest ciekawe, czy i kiedy Marian Banaś stanie się Marianem B, a Tomasz Grodzki - Tomaszem G. Mimo mojej krytycznej oceny decyzji Kaczyńskiego, to ci dwaj panowie ( z pierwszą tylko literą nazwiska, chociaż niekoniecznie) są punktem wyjścia, jeżeli PIS w tej kadencji chce ugrać więcej, niż administrowanie Polską.

Tekst ukazał się na Salon24.pl w dniu 29 listopada 2019r

Pin It