PiS ogólnie rzecz ujmując się skończył-jako siła wprowadzająca zmiany w Polsce. Tu pisałem o momencie kiedy „wyczerpali paliwo”. Było to aż 3 lata temu. Być może z poziomu bieżączki tak się nie wydawało, ale z punktu widzenia strategii tak właśnie było. PiS miał 3-4 pomysły które zrealizował szybko w pierwszej kadencji, potem ugrzązł w bataliach z opozycją i w detalach. Fakt, że w późniejszych hasłach ograniczył się tylko do powielania tego, co zrobił w pierwszym rzucie - tylko potwierdza tezę. Wrzuty takie jak trzynasta czy czternasta emerytura to nie są pomysły - to desperacja by zapewnić sobie głosy.

W tym wszystkim brak szerszej koncepcji, planu. Wygląda to tak, jakby planem PiS była „Polska”. Stwierdzenie „Polska jest ważna”- oznacza że wszystko jest ważne, a jak wszystko jest ważne to nie ma priorytetów. Tak szerokie pojęcie że nic nie znaczy. Skoro nic nie znaczy nie można na nim opierać konkretnych działań. Brakuje tu pryncypiów, a kiedy ich brakuje to wtedy nie wie się, co ma się robić, bo nic nie ustala priorytetów właśnie. Każdy ma swój własny pomysł i potrafi go uzasadnić-ale gdy nie ma myśli przewodniej tedy nic tego nie spaja. Następuje wojna buldogów różnych kół, specjalistów i liderów- każdy ma swój genialny plan, ale tam gdzie kucharek sześć tam nie ma co jeść. Tymczasem gdyby PiS miał jakieś pryncypia to byłby wstanie sypać rozwiązaniami i planami jak z rękawa. Tak nie jest. Nikogo nie ratuje to, że ten chaos jest często chaosem eksperckim.

To, co zaproponowano jako plan rządu to wynik tego bezhołowia; najważniejsze jest wygranie wyborów prezydenckich więc nie należy oczekiwać żadnych większych planów; wszystko pójdzie na reelekcję Dudy. Bez prezydenta i senatu niemożliwe będzie sprawne rządzenie - nie w sytuacji gdy jest wojna totalna między PiS a resztą. Sytuacja „wóz albo przewóz” jednak nie ma wpływu na fakt, że PiS wygląda jakby nie miał koncepcji co dalej robić z władzą. Wygląda to wypisz wymaluj jak moment gdy PO wygrało wybory w 2011 roku; nie mieli pojęcia po co im władza. Myśleli że wszystko już jest zrobione i to teraz „to taka wykończeniówka”. Utrzymywanie pionu, ciepła woda w kranie... Nie mieli pomysłów, koncepcji. „Coś tam się wymyśli”. I efekty były marne przez mizerne. Tak samo to wygląda tutaj. 

No bo czym niby są pomysły badań dla 40tolatków-to są jakieś głupoty. Mały ZUS i CIT estoński-fajnie, ale to jest dla bardzo niewielu ludzi i w gąszczu innych utrudnień nie zmienia to nic. Kosmetyka. W jaki sposób to ma naprawić naszą polską rzeczywistość? Polska to marazm od ponad 30 lat; a ci co żyją dłużej niż to wiedzą, że to stała funkcja naszej rzeczywistości. Wszystko jest głupie, wszystko jest byle jakie, wszystko działa „tylko teoretycznie”. Gdzie widać, że trend jest by się tego pozbyć? Nie ma, jest wręcz na odwrót. Patrząc na biurokratyczne absurdy i kretynizm kolejnych przepisów raczej należy powiedzieć że nic się nie zmieniło. Żadne pięćset plus tego nie zmieni - nie odbywa się żadna jakościowa zmiana naszej rzeczywistości. Jest to, co było. Jedyną karta obronną PiS jest stwierdzenie że ”mogło być gorzej jakby tamci rządzili”. Chyba jedynym tak naprawdę sukcesem tego rządu jest eliminacja deficytu budżetowego, jako „fiskalnego zwyczaju” Polski. Co jest marna pociechą bo po PO zostały autostrady których Polska za nic nie mogła przez 20 lat wybudować-wtedy jednak ten imposybilizm przełamano (i fakt że za drogo i z machlojami nie zmienia tego faktu tak jak to ze jednorazowymi wpływami i przesunięciami księgowymi PiS osiągnął brak deficytu. Fakt jest przełomowy). To chyba będzie jedyne, co po nich zostanie. Reszta-nic. Bo jakby nie patrzyć to jeden dobry pomysł jest zaraz przykrywany kilkoma fatalnymi. Trend jest więc taki, jaki był zawsze. W dół. Poprawa odbywa się wbrew działaniom Państwa, które jakby usilnie starało się zniszczyć swoich własnych obywateli. Sektorowo tu i tam są eleganckie promyczki nadziei, ale nie zmienia to faktu że dzień jest pochmurny i pada, a prognoza jest taka sama.

Ale zawsze da się wszystko zmienić. Zawsze. Każda trudność jest okazją. Każdy brak planu to plan czekający na ziszczenie.

Premier zapowiedział w związku z upadkiem pomysłu zniesienia 30krotności ZUS i brakiem 7 miliardów złotych w budżecie wywołanym tą zmianą – że trzeba znaleźć inne źródła dochodów. Ponad 3 miliardy będą pochodzić z „przeglądu resortów” czyli oszczędności w biurokracji. Doskonale. Tym się zajmijcie. Ale na poważnie.

Jakość życia w Polsce jest funkcją dysfunkcji naszego państwa. Gdziekolwiek by nie spojrzeć-winne jest ono. Wszystko źle robi, za późno albo za wcześnie, za słabo albo za mocno. Dzieje się tak, bo jest źle skonstruowane. Jest źle skonstruowane i „istnieje tylko teoretycznie” przez to, bo nikt nad tym bardakiem nie panuje. Nie ma osoby w Polsce która by naprawdę rozumiała, co jest prerogatywą państwa a co nie jest. Nikt nie wie, jak ten system działa i co on potrafi, nikt nie potrafi go skoordynować i nad nim zapanować. Dzieje się tak, bo nigdy go nie zaplanowano.

Efekty? Idziemy do urzędu i jest koszmar papierologii. Kretyńskie decyzje administracyjne. Ministrowie, którzy przejmują stołki i przez całą kadencję nic nie robią. No bo niby jak? Nie mają nawet pojęcia co jest w ich władztwie i jakie otrzymują narzędzia. Polegają na doradcach, a skąd doradca ma wiedzieć, co w głowie piszczy takiemu ministrowi. To jest tak jakbyśmy mieli usiąść za kółkiem samochodu ale nie wiedzieli jak się go prowadzi i musieli mieć za pasażerów mechaników, kierowców itp. którzy by się przekrzykiwali jeden przez drugiego „Teraz wsteczny! W prawo! Gaz! Nie, w lewo! Kierunkowskaz! Nie wycieraczki, kierunkowskaz!” itd. Masakra, jak to niby miałoby działać? No i co w tym dziwnego że takie państwo rozjeżdża ludzi na chodniku i rozwala się co chwile o jakieś murki i drzewa? Innego efektu być nie może.

Chaotyczna struktura bez sensu jest efektem obowiązków, na jakie państwo narzuca legislatura. Więc od prawa należy zacząć. Ilość przepisów i „genialnych” ustaw jaka jest uchwalana jest głównym powodem dla którego nikt nic nie wie i państwo polskie to czeski film. Można oczywiście zrobić przegląd całego prawa, ale ile to zajmie? To są dziesiątki tysięcy stron przepisów wykonawczych i innego syfu. Tego się ogarnąć nie da. Więc nie ma nawet sensu próbować, to kadencji by nie starczyło a 99% tej pracy nikt by nie zauważył bo samo ogarnięcie burdelu nie oznacza jego posprzątania. Zamiast tego trzeba wbudować stały mechanizm autokorekty, który będzie działał sam bez naszej pomocy. Nie będziemy się musieli na nim znać, już na etapie propozycji i konsultacji będzie działał automatycznie i jako rządzący państwem nie będziemy się musieli nim przejmować.

Tym mechanizmem jest zasada, że wprowadzenie jednego przepisu (normy prawnej) wymaga skasowania dwóch innych przepisów prawnych (norm). W ten sposób automatycznie nastąpi uproszczenie prawa i ograniczenie jego produkcji. Każda „genialna ustawa” będzie wymagała reformy jakiegoś fragmentu prawa i dokonania zmian upraszczających i eliminujących nadprodukcję przepisów. Przyhamuje to tą patologię i jednocześnie wprowadzi Polskę na wieloletnia drogę modernizacji prawa, ograniczając jego ilość i upraszczając funkcjonowanie całego systemu. Samo się będzie działo-prawnicy będą mieli miliony pomysłów na uproszczenia i kasacje, tak samo komisje, biurokraci, zwykli obywatele - więc posłowie, rząd, będą mogli przebierać w tym jak w ulęgałkach. Niepotrzebna będzie znajomość systemu tylko jego maleńkiego fragmentu za każdym razem. Idealnie to pasuje do planów rządu by na spowolnienie gospodarcze zareagować liberalizacją przepisów. Skoro tak to będzie dużo zmian i dużo okazji do eliminacji starych norm.

Drugim mechanizmem jest wprowadzenie zasady „UE+0” czyli zakazu dodawania i komplikowania prawa które jest uchwalane przy okazji wdrażania norm jakich wymaga od nas Unia Europejska. To stary polski zwyczaj by przy okazji uchwalania ustaw niezbędnych by nie łamać prawa unijnego dodatkowo się wszystko komplikuje i proponuje „genialne” rozwiązania. UE nie mówi, że tego robić nie wolno, chce tylko by osiągnięto pewien efekt prawny. Więc skoro przy okazji uchwalania tego efektu doda się trylion innych-to Brukseli to rybka. Ale już nie Polakom rybka, bo efekt tego jest taki, że nam się żyje gorzej. Chaos i niezborność są potęgowane. Same regulacje unijne często są fatalne, to kolejny bardak i głupota; ale w porównaniu z tym, co odwalają polscy legislatorzy-to jednak jest nadal lżejsza opresja. Wprowadzając zasadę „UE plus zero” wprowadzamy normę, która mówi, że kiedy polskie prawo ma być dostosowane do prawa unijnego to dostosowanie to ma osiągnąć tylko to, co Unia od nas chce. I żadnych dodatków, żadnego polepszania, poszerzania, kombinowania i chachmęcenia. Nic, zero null. Ma być VERBATIM to co Unia chce i tyle. Jak Polskim posłom się unijna norma nie podoba to niech walczą w Brukseli o jej zmianę lub zabiegają o jej konkretny kształt.

Uzbrojeni w te dwa mechanizmy przechodzimy do kolejnego punktu programu a jest nim zmiana struktury państwa. Idę o zakład że są setki osób w Polsce: profesorów, biurokratów, prawników itd. którzy mają na ten temat mnóstwo pomysłów, więc jest z czego wybierać. Ale my nie musimy się na tym znać, mu musimy mieć tylko pryncypia. Bazując na prostych zasadach „co chcę mieć” „czego nie chcę mieć” dokonujemy wyboru tych pomysłów.

Zasady te są proste: chcemy mieć ten sam cel wydatków, ale chcemy je skorygować w dół. Chcemy więc, by było taniej. Ale jednocześnie nie chcemy by obywatele to odczuli negatywnie. Chcemy być może zatrudniać mniej osób, ale nie kosztem obowiązków jakie wykonuje państwo. Chcemy by wszystko było prostsze do ogarnięcia przez rząd, ale jednocześnie by nie straciło na swojej skuteczności. Ta najlepiej jakby wzrosła.

Ponieważ struktura administracji zależy od jej obowiązków, to od nich zaczynamy. Przegląd administracji, prawdziwy przegląd - zacząć należy od tego, co się biurokratom robić każe. A to jest związane głównie z prawem (już to uwzględniliśmy powyżej) sferą wydatków. Należy je przejrzeć, połączyć w jeden instrument, uprościć i tym samym uprościć biurokrację obsługującą te procesy. Strata dla obywateli będzie żadna, a samo uproszczenie i koncentracja pozwoli na oszczędności; przy okazji można „ściąć” parę miliardów tu i tam bez jakiegokolwiek żalu. Zasadą, która pozwoli to nam osiągnąć jest koncentracja korzyści w tych samych grupach docelowych. Przykład:

Rząd mówi, że chce zająć się na serio demografią (500 plus więc było widać żartem). Jednak nic w tej materii w istocie nie zrobiono oprócz wrzuty 500 plus; która jest dodatkowym programem wydatków. Tymczasem Polska wydaje około 2 % PKB na pomoc rodzinom – tylko że klasyfikuje to jako pomoc socjalną. Raport NIK w tej kwestii jest miażdżący: wydajemy kupę kasy i nic to nie daje. Wydatki te bowiem wyglądają tak, że temu daje się bułkę, temu bibułkę, temu wiadro a tamtemu śledzia. Jest to kilkaset różnych programów wydających małe i średnie kwoty, adresowane do wszystkich i do nikogo, z mnóstwem obwarowań i obowiązków biurokratycznych które niczemu nie służą. Komu to pomaga? W praktyce nikomu, ale skala beneficjentów jest całkiem spora, tylko że nikt z nich nie otrzymuje benefitów z wszystkich polityk socjalnych państwa kierowanych do rodziny. Rekomendacja ekspertów jest jedna: wziąć kasę która jest przeznaczana na te kilkaset programów anulując je. Stworzyć dzięki tej kasie JEDEN program kierowany do rodzin, który będzie miał funkcję demograficzną a nie socjalną. Przez tyle lat nie osiągnięto nic w kwestii walki z biedą w Polsce więc należy wstawić między bajki że to komuś w czymś pomaga. Nie pomaga. Dane z całego świata po prawie stuleciu polityki socjalnej są dobitne i miażdżące. To tylko konserwuje biedę, zmniejsza jej dotkliwość, ale jej nie eliminuje. Wręcz przeciwnie - zwiększa jej zakres w populacji ponieważ w praktyce bieda jest DOTOWANA. Jeśli się za coś płaci to się otrzymuje tego więcej. W tym wypadku-biedy. Skoro więc programy socjalne biedy nie zwalczają, nie należy ich żałować. A ponieważ kasa ta i tak pójdzie z powrotem do tych samych adresatów-tylko że pod innym kryterium bo ono będzie demograficzne a nie socjalne-tedy nie ma żadnego przeciwwskazania.

Eksperci jakieś 6 lat temu proponowali zbudowanie systemu ulg podatkowych dla rodziców, zależnych od ilości dzieci. Ulga taka wynosiłaby po sto złotych na dziecko (od całości opodatkowania-PIT i składek, obojętnie czy ktoś jest pracobiorcą czy pracodawcą odlicza sobie od czego mu wygodniej). W praktyce system taki działaby jak obniżka podatków co ma tą zaletę że dobrze by się przyjęło w elektoracie wielkomiejskim na którym PiS zależy. Przekaz były prosty „to nie rozdawnictwo, a obniżka podatków, kończymy z rozdawnictwem” a jednocześnie PiS oficjalnie mógłby mówić, że coś „daje” jako wsparcie więc byłoby to zgodne z jego dotychczasową retoryką socjalną. Ci, którzy do tej pory otrzymywali bułkę, otrzymają więcej niż do tej pory. Nikt nie straci, a zamiast wygłupiania się z „polityką socjalną” będziemy mieli porządną politykę demograficzną. Razem z 500 plus będzie to naprawdę konkretne wsparcie dla rodzin. Ze strony nie tylko wydatkowej ale i podatkowej. Plus dodatkowy jest taki, że działałoby to jak stymulacja gospodarcza poprzez wzmocnienie popytu – co wobec spowolnienia gospodarczego przed którym już sam prezes Kaczyński ostrzega byłoby mądrym posunięciem.

Przy okazji tej zmiany zaobserwujemy co następuje: potrzeba mniej papierkowej roboty. Potrzeba więc mniej urzędników do obsługi systemu. Bi nie mamy kilkuset programów, ale jeden. Pomimo, iż kwoty lecące na program z budżetu będą ogromne, to w praktyce mniejsze niż poprzednio – bo koncentrując wydatki w jednym narzędziu można je zmniejszyć i w ten sposób zaoszczędzić na całości; nadal osiągając wzrost wydatków na jednostkowe przypadki. Zamiast wydawać na kilkaset programów 27 miliardów (wg raportu z 2013 roku), będziemy wydawać na jeden np. 25 miliardów. Jako całość budżet będzie wydawał mniej, ale żaden z adresatów na tej zmianie nie ucierpi bo uprzednio nikt nie otrzymywał całości tej puli.

Identycznie należy postąpić z każdą pozycją wydatkową i każdą instytucją (np. może mi ktoś powiedzieć na uj nam „Ochotnicze Hufce Pracy” co to u diabła jest? Komuno wróć?). Każda z nich ma narzucone podobne kretyńskie, powielane bezmyślnie obowiązki i pozycje wydatkowe. To wszystko należy złączyć, uprościć. A niektóre rzeczy polikwidować od razu, od ręki. Sprawi to, że po raz pierwszy od lat ludzie rządzący polskim państwem będą „ogarniać” co się w nim dzieje. To będzie wielkie sprzątanie. A nie-jak PiS sobie kombinuje - myszkowanie oszczędności.

Jak nie wiecie co robić to zróbcie to. Zmodernizujcie administrację i wydatki. To spokojnie robota na 4 lata i będą z tego ogromne profity-polityczne, a jakże. A dla nas, obywateli-będzie normalność.

Tekst ukazał się na Salo24.pl w dniu 2 grudnia 2019r

Pin It