Wystarczy oglądać "całą prawdę całą dobę", żeby się dowiedzieć, że już się nieformalnie zaczęła. Chodzi rzecz jasna o kampanię prezydencką i wybory prezydenckie 2020. Jazgot już się zaczyna , bo "totalniacy" ... wróć - cały antypis poczuł krew i doskonale zdaje sobie sprawę ze stawki tych wyborów. Jest się o co bić, bo jeżeli te wybory były "najważniejsze od 1989 r",  to wobec zaprzepaszczenia przez PiS ( albo ich wyborców) szansy na przytłaczającą większość w Sejmie ( przynajmniej umożliwiającą odrzucenie prezydenckiego weta) i remisu w Senacie, to nadchodzące wybory prezydenckie nabierają jeszcze większej wagi, niż te już zakończone. Istna "bitwa bękartów" - jeżeli ktoś oglądał "Grę o Tron".

Opozycja wie już, że wybory prezydenckie to "ostatnia nadzieja białych" , czyli powrót do tego, żeby było tak jak było. Jeżeli lokatorem Pałacu Prezydenckiego nadal będzie człowiek nominowany przez PiS, to "pisowskie" reformy naprawy państwa będą praktycznie nieodwracalne, a PiS będzie sprawować rządy długie lata. Po drugiej stronie rzeki również jest świadomość, iż porażka oznacza zablokowanie reform i w najlepszym przypadku trzyletnie administrowanie państwem - w najgorszym podjęcie ryzyka przedterminowych wyborów parlamentarnych i być może całkowitą utratę władzy. Widać zatem, że maju 2020 obie strony muszą zagrać va banque - bierze się wszystko, albo nic.

Taka jest konsekwencja nie do końca udanych ( chociaż zwycięskich) dla PiS wyborów 2019. Gdyby partia Jarosława Kaczyńskiego posiadała większość zdolną do odrzucenia prezydenckiego weta, ( nie mówiąc już o większości konstytucyjnej) wybory prezydenckie można by potraktować wyłącznie prestiżowo i nie specjalnie przejmować się kim będzie następny "strażnik żyrandola". Ale tej większości nie ma i utrzymanie w Pałacu Prezydenckim "swojego" człowieka staje się absolutnie kluczowe -  nawet w kontekście dalszego istnienia partii. Przegrana sprawi, że cztery lata rządów PiS co najwyżej zapisze się tylko w podręcznikach historii. Prawo i Sprawiedliwość nie posiada bowiem zdolności i wystarczającej siły, żeby walczyć na trzech przynajmniej frontach: antypisowskiego Senatu, antypisowskiego prezydenta i antypisowskiej opozycji w Sejmie. Żeby zabrzmiało to jeszcze gorzej, nie da się pominąć kasty sędziowskiej i "zaprzyjaźnionego" z kastą unijnego TSUE & Company. Krótko pisząc: siła złego na jednego. Wynik łatwy do przewidzenia.

Zajmijmy się oceną szans w jedną i  drugą stronę, oraz  przyjrzyjmy się aktualnej scenie politycznej pod kątem wyborów prezydenckich. Zacznijmy od Prawa i Sprawiedliwości.

PiS nie ma już innej opcji niż bardzo mocne poparcie dla Andrzeja Dudy. Jest to konsekwencja nowego układu parlamentarnego i rozkładu sił. Każdy inny kandydat, nawet gdyby był dziesięć razy lepszy od Dudy, oznaczałby oddanie sporego handicapu startowego, wynoszącego cirka okolo 60 procent poparcia. Nikt przy zdrowych zmysłach takiej zaliczki za darmo nie odda. Poza tym jakakolwiek, nawet niewinna sugestia o innym kandydacie byłaby wysłaniem  komunikatu, że z Dudą coś jest nie "teges". Innymi słowy byłby to klasyczny strzał w stopę i w kolano, czyli praktycznie wyborcza kapitulacja. Napiszę więcej : cały PiS MUSI stanąć murem za obecnym prezydentem i zaopatrzyć go we wszystko, co będzie mu potrzebne do wygrania drugiej kadencji. By zapewnić reelekcję obecnego prezydenta, PiS będzie musiał uruchomić całą machinę państwa, w tym zmodyfikowany aparat medialny. Koniec i kropka, nie ma innego tematu. Tym samym wciąż  najbardziej realnym scenariuszem jest zwycięstwo Dudy, ale... nie jest tak pewne jak było jeszcze do niedzieli.

Opozycja rozumiana jako jeden blok przeciwny PiS, uważa, że ma szanse wygrać wybory prezydenckie, bo więcej Polaków zagłosowało na opozycję. Oczywiście jest to rozumowanie zupełnie błędne - wręcz o baśniowym zabarwieniu. Zwykle tak właśnie jest i nie licząc systemów totalitarnych, w każdych wyborach demokratycznych partia zwycięska procentowo ulega całej reszcie rozumianej jako blok. Osobiście nie wierzę w to, by opozycja ustaliła wspólnego kandydata na prezydenta. Na przeszkodzie stoją ambicje trzech głównych sił politycznych, które będą chciały umocnić swoją pozycję. Ale załóżmy, że się uda - kto w takim razie mógłby być wspólnym kandydatem? Na pewno ktoś, kto byłby zdolny pogodzić stonowaną antypisowską retorykę -  czego oczekują  wyborcy centrowi - z tym, by nie zrazić do siebie elektoratu licznych "lemingradów" i wyznawców religii TVN,  które oczekują dorżnięcia pisowskiej watahy. Czy ktoś taki w ogóle istnieje? Wątpię, chyba, że opozycja wyciągnie kogoś z drugiego szeregu, dokładnie tak, jak PiS uczyniło z Dudą w 2015 r. W grę wchodziłby ewentualnie Tusk, ale on wchodzi tylko w pewne interesy i raczej nie zaryzykuje ewentualnego upokorzenia. Kimś takim nie jest ani Kidawa-Błońska, ani Kosiniak-Kamysz,  a na horyzoncie absolutnie nie widać polskiego Macrona, którego opozycja "kupiłaby" w ciemno. Chyba, że takowy zostanie wykreowany.

Bardziej prawdopodobny jest wariant, w którym każde ugrupowanie wystawi swojego kandydata. W POKO może to być Kidawa-Błońska, ale ona poza plastikowym uśmiechem nie ma nic do zaoferowania. Trzaskowski utopił się w ściekach, Dulkiewicz to nie ten rozmiar kapelusza i to byłoby na tyle. PSL wystawi Kosiniaka-Kamysza, który właściwie plastikowy jest cały -  w odróżnieniu od Kidawy. Nie wykluczyłbym snu Pawła Kukiza pod tytułem "Kukiz 15 reaktywacja", a to oznaczałoby koniec miłości z Kosiniakiem i co najmniej "ciche dni" w tym związku. W lewicy jest tenorów trzech i każdy chętnie będzie kandydował. Biedroń? Bądźmy poważni - był tak fatalnym prezydentem Słupska, że trudno byłoby mu powierzyć kiosk ruchu, a co dopiero całe państwo. Poza tym u Biedronia widać coraz bardziej cwaniactwo, ukierunkowane wyłącznie na prywatne korzyści natury materialnej. Chyba już mało kto da się nabrać na Biedronia - pomijając zupełnie jego preferencje seksualne. W Konfederacji także trudno będzie wskazać jednego kandydata i nie zdziwię się, jeżeli w szranki stanie i Braun i Winnicki i - rzecz jasna - "dyżurny" kandydat, czyli Korwin-Mikke.

Co z tych rozważań wynika? Ano to, że im więcej kandydatów wystawi opozycja, tym większe są szanse Andrzeja Dudy na wygranie wyborów już w pierwszej turze. Ale jeżeli dojdzie do drugiej tury, nic już nie będzie oczywiste -  w niej wyborcy kandydatów opozycyjnych, którzy odpadną, przeniosą swoje poparcie na tego rywala Andrzeja Dudy, który zostanie w wyścigu. Jest tylko jeden warunek: już na początku kampanii wyborczej kandydaci opozycji muszą publicznie zobowiązać się do tego, że nie będą się atakować, a także, że jeśli nie wejdą do drugiej tury, oddadzą poparcie dotychczasowemu konkurentowi z opozycji. Przy mega mobilizacji antypisowskiego elektoratu - co jest drugim niezbędnym warunkiem - ten wariant jest bardzo możliwy i dosyć realny, chociaż bardzo trudny. Dodatkowo minusem ( dla opozycji) jest fakt, iż nie można liczyć na to, że wszyscy zwolennicy polityka, który odpadnie z wyścigu o fotel prezydenta, oddadzą głos w II turze na innego opozycjonistę. Część wyborców, którzy przywiązali się do swojego kandydata, podczas II tury wyborów po prostu zostanie w domu, czyli wygrywa Duda.

Tak czy owak Andrzeja Dudę i cały PiS czeka bardzo poważne wyzwanie. To musi być inna kampania, niż kampania dopiero co zakończona. Przede wszystkim szefem kampanii prezydenckiej musi zostać ktoś naprawdę fachowy, o nieprzeciętnej charyzmie i kreatywności. Pamiętajmy, że praktycznie cztery lata temu, wybór Dudy "załatwiła" Beata Szydło i kogoś takiego potrzebuje Duda teraz. Oprócz tego potrzebne są zmiany w TVP - Komorowski przegrał wybory m.in dzięki topornemu waleniu w kontrkandydatów i lukrowaniu jego osoby. Trzeba wyciągnąć wnioski z tamtych czasów, a także z nieudanej kampanii medialnej Kurskiego w kampanii do wyborów parlamentarnych - tych dopiero co zakończonych. Wiadomo, że opozycja zaatakuje Dudę w płaszczyźnie rzekomo złamanej Konstytucji, bycia "notariuszem" Jarosława Kaczyńskiego i nie do końca spełnionych obietnic - w tym położenia kresu wojnie polsko-polskiej. Jeżeli zna się zamiary przeciwnika, to łatwo się przygotować, ale nie wolno tego zaniedbać. Andrzej Duda jest sprawnym mówcą, potrafi błysnąć ripostą i o niego jestem spokojny. Niestety, już o samą kampanię i pomysły Jacka Kurskiego znacznie mniej. Ale to już temat na inne notki.

Na dziś znów aktualności nabiera hashtag: #AndrzejMusisz. I to naprawdę znacznie mocniej niż w 2015 roku.

Tekst ukazał się na Salon24.pl w dniu 18 października 2019r

Pin It