Do Muzeum Historii Żydów Polskich ściągnęła mnie tym razem międzynarodowa konferencja edukacyjna „Polsko-żydowskie dziedzictwo Rzeczpospolitej”. Chociaż adresowano ją do nauczycieli, przyjęto również moje zgłoszenie. I tak, w czwartek koło południa wszedłem między falujące mury Polin. Architektonicznie ten budynek to czysta magia. Nawet konieczność poddawania się przy wejściu kontroli osobistej nie psuje specyficznego wrażenia „bycia u siebie”. Niestety bramki i ochroniarze szukają tylko niebezpiecznych przedmiotów i materiałów wybuchowych. „Antysemityzm” można póki co wnieść bez przeszkód.

Wszystko jest zorganizowane perfekcyjnie. Uprzejma i kompetentna obsługa kieruje mnie do rejestracji, potem na aulę.

Dzień pierwszy

Na widowni około 200 osób. Kilka krótkich, otwierających wystąpień to głównie laudacje (Polin to światowa atrakcja turystyczna, w okresie letnim odwiedza je więcej gości zagranicznych, niż miejscowych), ale dość szybko pojawia się też charakterystyczne pouczenie, że „otwartość na różnorodność i inność” to po prostu otwartość na innych ludzi. Podkreślona zostaje rola Żydów polskich nie tylko w historii Polski, ale całej żydowskiej diaspory - ten wątek będzie wracał w wykładach. Przykładem umniejszania znaczenia Żydów jest mówienie, że „Muzeum Polin zbudowane zostało na terenie getta”. Zbudowane zostało na terenie istniejącej przez 150 lat dzielnicy żydowskiej!

Inauguracyjny wkład wygłasza profesor Antony Polonsky, pochodzący z RPA brytyjski historyk żydowskiego pochodzenia. Z równą swadą jedne tematy przedstawia (np. zestaw - jego zdaniem - stereotypów, jakimi Polacy ujmują siebie i Żydów), innych unika (choćby postawionej z sali kwestii odmówienia przez amerykańskich Żydów pomocy europejskim pobratymcom). Trudno się oprzeć wrażeniu, że wbrew wplatanym w tok wykładu deklaracjom o rzetelności akademickiego podejścia, także uprawiana prof. Polonsky'ego historia jest jedynie służką polityki.

Dowiadujemy się też, że żydowska populacja na ziemiach polskich od XIII wieku rosła nie dzięki jakiejś specjalnej gościnności, ale dzięki ich własnej prężności demograficznej. Bo Żydzi byli zawsze postrzegani jako gorsi - bo nie mieli swojego kraju, bo nie uznawali Jezusa. Wprawdzie królowie przydzielili im pewne zadania, ale dopiero oświecenie przyniosło gruntowniejszą zmianę wraz z pojawieniem się statusu obywatela. Żydzi siłą rzeczy musieli skorzystać na polityce zaborców, którzy na wszelkie możliwe sposoby podminowywali żywioł polski.

Nie trzeba upiększać historii ani „wybierać między Westerplatte a Jedwabnem” - zapewnia Pan Profesor. W trudnych sytuacjach ludziom zdarza się podejmować złe decyzje. Ci, co powinni przeprosić za Jedwabne albo nie żyją, albo wcale przepraszać nie chcą. Chociaż nadreprezentacja Żydów w aparacie komunistycznym jest faktem, trzeba rozumieć dlaczego do niej doszło. A przede wszystkim ucząc o Żydach, należy im samym oddać głos, szczególnie że kultura żydowska jest tak samo stara i ważna, jak Grecja i Rzym, i bogata jak wielościenny diament.

Kolejny wykładowca otwarcie prostuje nieporozumienie: asymilacja Żydów nie była tym, co pod tym pojęciem rozumiemy. Była natomiast próbą unowocześnienia żydostwa, zatarcia niektórych różnic w celu zachowania żydowskiej tożsamości w nowoczesnym, zmieniającym się świecie.

Po przerwie kawowej czas na panel dyskusyjny. Ponownie pojawia się postulat oddania Żydom należnego im miejsca w (nauczaniu) historii. Przy tym nie należy ograniczać perspektywy dziejowej do holokaustu. Patrzymy na historię, wspólnoty i siebie samych z w sposób zmitologizowany i wyidealizowany. Tymczasem sporo Polaków ma skomplikowaną rodzinną historię, np. dziadków nie w AK, ale w Wehrmachcie i Hitler Jugend - panelista popiera to stwierdzenie własnym przykładem. Pojawia się nawet zwrot „absurdy czystej polskości”.

Chasydyzm jest częścią europejskiego dziedzictwa, zaś antysemityzm - dziedzictwem chrześcijańskim. Tę dobitnie wyrażoną tezę wygłaszająca ją Pani uprawomocnia podkreślając, że „jest teolożką”. (Sprawdzam potem w internecie - rzeczywiście jest. Jest także korespondentką Tygodnika Powszechnego.)

Lekko, choć stale przebija z wypowiedzi niechęć do aktualnej sytuacji politycznej w Polsce. Ale dyskutujący zauważają też okoliczności sprzyjające, np. że „nad edukatorami nie stoi kuratorium”. Jako zaangażowani pedagodzy wspominają również o „przemycaniu treści, których w podstawach programowych nie ma”.
Pada obrazowe sformułowanie, że „polskość jest jak piękna pieśń na głosy”, a „antyteza między pedagogiką dumy i pedagogiką wstydu jest fałszywa - powinna być pedagogika prawdy”. Następnie panelista deklaruje, że chce kształtować swoich uczniów jako „inkluzywnych, otwartych obywateli świata”. Wyrzeka na dominujące etno-nacjonalistyczne, „wykluczające” nauczanie oraz mówienie o Żydach jako „o nich”. Niemal na tym samym oddechu dodaje, że „nie ingeruje w to, jak ktoś zagospodaruje sobie swoją symboliczną tożsamość”, bo ważna jest empatia, zrozumienie drugiego i słuchanie opowieści żydowskich, nawet jeśli się pochodzi z tradycyjnego polskiego domu.

Czas na pytania z sali. Nie mogę się oprzeć i zarzucam takiemu podejściu brak symetrii. Przecież żydowska tożsamość jest niezwykle mocna i nawet jeśli Żyd odrzuci dziedzictwo religijne, historyczne i powiązania rodzinno-środowiskowe, to i tak jego odrębną tożsamość będzie formował cień holokaustu? Panelista odpiera, że Żydzi też mogą się identyfikować jak chcą, na przykład jego żydowskiego pochodzenia uczennice - jako Polki.

Inna wypowiedź z z sali, na swój sposób konsekwentnie logiczna, dotyczy zasadności mówienia o dziejach polsko-żydowskich, skoro polscy Żydzi to też Polacy. A gdy mowa o dialogu, to właściwie kto z kim miałby rozmawiać? Stawiająca tę kwestię Pani ma mieszane pochodzenie - czyli miałaby rozmawiać sama ze sobą?
Mnie zaś świta myśl, że jeśli Żydzi to Polacy, to mamy jakże piękne w swej prostocie „ostateczne rozwiązanie kwestii polskiej”…

Dzień drugi

Na dobry początek wykład o literaturze żydowskiej i retoryczne pytanie, dlaczego poetki tworzące w jidysz nie znajdują się w kanonie literatury polskiej? Żydzi przecież już są: Wittlin, Leśmian, Hemar, Tuwim…

Po wykładzie kolejny panel dyskusyjny, w którym biorą udział razem pedagodzy i młodzi aktywiści. Z wypowiedzi pedagogów rozumiem tyle, że postulowanym przez nich ideałem jest uczeń pozbawiony tożsamości, w najgorszym razie o tożsamości „płynnej”, „procesualnej” (cokolwiek to znaczy. W użyciu jest sporo terminologii kojarzonej zwykle z lewacką nowomową.)
Z kolei młodzi wyrażają pozytywne zaskoczenie, że w swej działalności spotykają się z przychylnymi reakcjami na postulaty w rodzaju „należy szanować każdego człowieka”. Widać, że im jakoś te doświadczenia nie pasują do obowiązującego przekonania o nietolerancyjności, homofobii i antysemickości Tegokraju…

Gdy dyskusja panelowa dobiega końca, pytam o zasadność podważania tożsamości uczniów zamiast jej wzmacniania np. przez odwoływanie się do tradycji Polski jagiellońskiej i inkluzywności chrześcijaństwa. Odpowiedź brzmi, że metodą jest zachęcanie do refleksji i stawiania pytań o tożsamość, a nie jej kwestionowanie.

W przerwie obiadowej dołączam do stolika, przy którym jedna z uczestniczek konferencji z energią opowiada o swojej rodzinie, o tym że dopiero po czterdziestce dowiedziała się od swojej mamy o żydowskich koligacjach i o blokowaniu marszy „tych latających po Warszawie z flagami faszystów”. Prawie dochodzi do mojego kaming ałtu, jednak przeważa ciekawość i tylko słucham, bo to opowieści nader ciekawe są, nawet jeśli traktować je cum grano salis. (Korzystając z okazji, niniejszym oczywiście Panią pozdrawiam. Nie tacy „faszyści” straszni, jak ich malują.)

Po obiedzie - warsztat. Uczestnicy wyjdą z roli biernych słuchaczy. „Wielokulturowość bez egzotyzacji”, czyli wiedza i doświadczanie tożsamości i stereotypów. Prowadzący je Pan z miejsca robi na mnie duże wrażenie. Studiował komunikację międzykulturową i „lubi poszerzanie definicji normalności”. Odnoszę wrażenie, że wymawia słowa równie starannie, jak dobiera fryzjera i barbera. Są obłe i miękkie, ale precyzyjne. Mam ochotę pogłaskać każde z osobna. I jeszcze ten ujmujący ślad akcentu! Pan długo mieszkał we Francji. Napomyka też o krewnych w Austrii i Australii.
Nie wiedzieć czemu przychodzą mi na myśl wiszące kilka pomieszeń dalej, koloryzowane zdjęcia żołnierzy i oficerów. Ich czyściutkie, odprasowane mundury projektu Hugo Bossa. Jasne twarze, śmiałe spojrzenia. Niedbale wsunięte między palce, białe gilzy papierosów. I pagórki ruin w tle, z unoszącymi się tu i tam spiralami dymu.

Sednem warsztatu jest przyjrzenie się własnym tożsamościom i związanym z nimi stereotypom. Ku zakłopotaniu współuczestników ujawniam swoją dominującą obecnie, społeczną tożsamość „faszysty”. Trudność jaką mają z przyjęciem jej do świadomości jest aż zabawna. Niemal rozglądają się, zdezorientowani, w poszukiwaniu krępego, podpitego kibola, wymachującego racą i porykującego zdartym głosem „Polska dla Polaków!”

Drugi etap ćwiczenia to zidentyfikowanie stereotypu/epitetu związanego z wybraną poprzednio, dominującą tożsamością. Mnie nic nie przychodzi do głowy. Co może być gorszego od „faszysty”?! Zwracam się nawet o pomoc do prowadzącego. Ale dopiero po warsztacie uświadamiam sobie, że ta moja najbardziej narzucająca się tożsamość, którą nazwałem zgodnie ze słyszanymi podczas Marszy i zbierania podpisów wyzwiskami „faszystowską”, to po prostu polskość. A „faszysta”, „antysemita”, „homofob” - to właśnie są epitety i stereotypy.

Podczas tego warsztatu przeraźliwie jasno zamanifestował się fakt, który chciałbym tu podkreślić bez dowcipkowania. Żadna z osób nie określiła swojej tożsamości jako Polki/Polaka - a przynajmniej się do tego nie przyznała. Jedynie w końcowej dyskusji ta kwestia wypłynęła jako pewna wątpliwość. Niektórzy wspomnieli o odczuciu skrępowania i zawstydzenia, kiedy rozważali określenie się w ten sposób. Jedna uczestniczka powiedziała o smutku i o tym, że zastanawiała się nad tożsamością „obywatelka Polski”.
Do polskości nie przyznał się nikt.

Dzień trzeci, ostatni


Rozpoczyna go ciekawy, choć już nie tak emocjonujący jak wczorajszy, warsztat. Uczymy się dostrzegania, spoza radykalnych deklaracji, rzeczywistych potrzeb i intencji wygłaszających je osób. Metoda Rosenberga (to psycholog żydowskiego - jakże by inaczej! - pochodzenia) wydaje mi się znajoma.
Prócz ćwiczeń w „komunikacji bez przemocy” warsztat daje okazję do chłonięcia atmosfery i dynamiki grupy nauczycieli. Wcale nie są z jednej sztancy! Ku memu zaskoczeniu, niektórzy nawet wyrażają zastrzeżenia wobec przyciasnych granic tego, co jest, a co nie jest w wypowiadaniu się politycznie poprawne i dozwolone.

O ile ten drugi warsztat jest doświadczeniem raczej przyjemnym, zamykający konferencję wykład to istne tour de force antypolskiej narracji. Przez pierwszą minutę ładuję polemiczne akumulatory, przez drugą powątpiewam w to, że słyszę co słyszę. Potem przychodzi minuta trzecia, czwarta i następne - każda jak batalion czołgów, mających za nic prawdę i przyzwoitość. Zaczynam wierzyć, że holokaust to małe piwo w porównaniu do tego, co by zaszło, gdyby do Polski nie wkroczyli Niemcy… Kiedy wykład dobiega końca, podnoszę rękę, ale tylko po to, by podziękować za perfekcyjny przykład „polityki wobec pamięci” (to taki termin, o którym Wykładowczyni wspomniała na początku). Nie wiem, czy mój sarkazm został odczytany. Sala przyłączyła się do „podziękowań” brawami…

Na wychodnym zamieniam parę słów z uczestniczką, która także wypowiadała się krytycznie wobec podawanych treści. Od lat, systematycznie odwiedza Polin i jej zdaniem jest coraz gorzej zarówno z poziomem wydarzeń, jak i szansami na - tfu! tfu! - dialog.
Pocieszająca informacja jest taka, że kilkoro uczestników kończącej się właśnie konferencji w cztery oczy pogratulowało jej odwagi.

Dlaczego i po co?

Oczywiście ideałem byłoby wykorzystać okoliczności do rozbrajania propagandy i dodawania otuchy innym. Ale nawet gdyby mieć polemiczną dzielność na poziomie Krzysztofa Bosaka, najpierw trzeba mechanizmy i treści tych manipulacyjnych narracji poznać. A więc wysłuchać. I temu, co się usłyszało, spokojnie i uważnie przyjrzeć.

Z Polin wyszedłem z (dosłownie) bólem głowy. Było ciepłe, jesienne popołudnie. Oczy cieszyła purpura i złoto liści, ale gdzieś między bolącym czołem a ściśniętym żołądkiem wzbierał we mnie podziw dla Polin. Wiedzą, co robić, i robią to dobrze! Skutecznie. Przecież nie więcej jak połowę audytorium stanowili Żydzi. A reszta? Nawet jeśli nie przyciągnął nauczycieli oportunizm, tylko przerost idealizmu nad rozsądkiem, efekt będzie ten sam: entuzjastyczny kłus całego pokolenia w stronę manowców, wskazywanych przez arbitrów „postępu i tolerancji”.

Wstyd mi za mój botaniczny (bo przecież już nawet nie zoologiczny) antysemityzm. Wstyd! Ale co na to poradzę, że polityczna poprawność ma w Polsce wyraźne, semickie rysy?


_ _ _
Link do wydarzenia na FB.

Tekst ukazał się na Salon24.pl w dniu 20 listopada 2019r

Pin It