Popierać „długie ramię Moskwy” - bo ten tytuł książki prof. Cenckiewicza doskonale oddaje charakter WSI - to kompromitować się i stawać w miejscu, które powinno zainteresować dobrze działające służby państwa mówił Jarosław Kaczyński w audycji „Rozmowy Niedokończone” na antenie Telewizji Trwam, odnosząc się do słów Bronisława Komorowskiego o „hańbie i zdradzie” jako likwidacji WSI.

CZYTAJ WIĘCEJ: Komorowski odsłania karty u Olejnik: „Zniszczenie WSI to hańba!” I atakuje Dudę: „Zarabia w euro, to mu nie przeszkadza…”

Prezes Prawa i Sprawiedliwości był pytany o podział na „Polskę radykalną” i „Polskę racjonalną”, co zaproponował w ampanii Bronisław Komorowski.

To jest bardzo niedobry zabieg, bo nawiązuje do 2005 roku i podziału na Polskę liberalną i solidarną. Ale to były pewne koncepcje społeczne - tu natomiast ten podział ma inny charakter. Określenie „radykalny” ma w Polsce charakter negatywny. (…) To nawiązanie do „moherowych beretów”, gdy Donald Tusk stwierdził, że opozycja nie ma w gruncie rzeczy praw, bo ich wyborcy to „moherowe berety”. Od tej chwili próby podziałów na dwie kategorie: lepszą i gorszą wypełniają polskie życie publiczne. To główny sens socjotechniki, antydemokratycznej i podważającej fundament demokracji -mówił Kaczyński.

Jego zdaniem kwestionowane jest przekonanie, że opozycja może przejąć władzę.

Polacy mają prawo liczyć na to, że ich kandydaci osiągną sukces. Dziś takim kandydatem jest Andrzej Duda i popierający go to nie radykałowie, ale osoby o innych poglądach. To zwykłe polityczne starcie różnych koncepcji i ocen sytuacji w Polsce — ocenił Kaczyński.

Przekonywał, że ocena Bronisława Komorowskiego dzisiejszej Polski jako „złotych czasów” jest błędna i wskazują na to także dane, jakie prezentuje Główny Urząd Statystyczny.

Dziś właściwy podział jest na tych, którzy nie chcą zmian, którzy chcą, by socjotechnika, którą stosuje Platforma, była dalej obecna i na tych, którzy chcą, by Polska się zmieniła, a te metody zostały odrzucone — mówił.

Dopytywany, dlaczego PiS wybrało Andrzeja Dudę jako kandydata na urząd prezydenta RP.

Andrzej Duda wygrał cichą, wewnętrzna konkurencję w partii. Ja nie startowałem w tej konkurencji, uznałem, że nie ma sensu, bym kandydował. Było kilkoro kandydatów w partii - w tym jedna pani - i okazało się, że Andrzej Duda ma najwięcej atutów, najwięcej zalet. Andrzej Duda może pokazać Polakom perspektywę dobrej zmiany, jakiej potrzebuje Polska. To nie zmiana radykalna, ale dobra — zaznaczył.

I dodawał, że Duda jest przedstawicielem obozu zmian:

Najważniejsze, że dysponujemy projektem znany opinii publicznej, ciągle uzupełnianym projektem, tego, co robić w Polsce, by te wszystkie mankamenty naszego życia były likwidowane. (…) To jest opinia także menadżerów zachodnich pracujących w Polsce - Polska mogłaby się rozwijać o wiele szybciej, być liderem Europy, gdyby nie różnego rodzaju przeszkody, które wynikają ze sposobu rządzenia. Jeżeli ktoś chciał najogólniej zapytać, z czego to wynika, to radzę przeczytać to, co znalazło się na taśmach i zobaczyć, kim są ludzie, którzy Polską rządzą, jakie reguły są stosowane — tłumaczył.

W jego ocenie „reguła, że nie ma sprawy, która ma służyć celowi społecznemu, ale rozwiązaniu dylematu: kto ma na tym zarobić” blokuje wyraźnie polską gospodarkę.

To nieekwiwalentna wymiana na rzecz uprzywilejowanych w Polsce. (…) Forbes wyliczył ostatnio, że przy budowie autostrad wyprowadzono 26 mld złotych — stwierdził.

Zapewnił, że w czerwcu PiS przeprowadzi konferencję, która pokaże, że jego partia jest przygotowana „w sposób personalny”.

To nie będzie gabinet cieni, ale zespół ludzi, którzy mają być ministrami i wiceministrami. Pokażemy, że tacy ludzie są - że jesteśmy zdolni do tego, by obsadzić stanowiska ministrów i wiceministrów w rządzie — deklarował.

Pytany o potencjalnych koalicjantów, Kaczyński zaznaczył, że ciężko znaleźć mu taką partię w dzisiejszym parlamencie.

Czy z nimi można zmieniać Polskę? Ja nie widzę takiej możliwości. Zmiana w Polsce pociągnie za sobą ujawnienie pewnych spraw - tu nie chodzi o zemstę, ale nie możemy zgodzić się na Polskę, gdzie takie dowody są, a odpowiednie działania nie są podejmowane. (…) Nie mamy nic przeciwko koalicji, ale ona nie może być celem samym w sobie. Dla nas władza nie jest celem samym w sobie, ale dla nas celem jest zmiana w Polsce! — tłumaczył.

Kaczyński mówił też o potencjalnej współpracy z prezydentem Komorowskim.

To byłaby współpraca bardzo trudna. Mam nadzieję, że po tym wszystkim, co widzi społeczeństwo, że pan prezydent nie będzie dalej prezydentem. (…) Chcielibyśmy tutaj zmiany, bo mamy do czynienia z osobą, która nie powinna być prezydentem - choćby ze względu na, powiedzmy sobie, ogólny poziom, tak bym to określił… — uśmiechał się szef PiS.

Zaznaczył przy tym, że „Bronisław Komorowski jest kandydatem tak obywatelskim, jak obywatelska jest Platforma”.

W rozmowie pojawiła się też sprawa kontaktów Komorowskiego z ludźmi wokół SKOK Wołomin i oficerami Wojskowych Służb Informacyjnych. Prowadzący wywiad ojciec redemptorysta mówił o próbach oskarżeń ze strony Platformy wobec PiS ws. SKOK.

Gdy to słyszę, to przypominam sobie poemat „Towarzysz Szmaciak” - tam jest fragment o Moczarze, który popadł w taki zapał w walce z aferami, że się za własną rękę złapał. Jeśli mowa o jakiejś aferze, to w Wołominie - tamtejszy SKOK nie był powiązany z innymi. (…) To jest pytanie, które - w kontekście wiedzy, że w jednej z firm związanych z Wołominem pracował syn prezydenta Komorowskiego - należy zadać w zdecydowany sposób prezydentowi. Była afera marszałkowska… Prezydent korzysta tutaj z dużych przywilejów — mówił Kaczyński, przypominając, że żadna z dużych telewizji nie transmitowała przesłuchania Komorowskiego.

Przywoływał też moment, gdy sam występował w sądzie jako premier - i wówczas media były o wiele bardziej zainteresowane sprawą.

To sprawa do wyjaśnienia, jeśli chodzi o związki prezydenta z WSI. To organizacja związana bezpośrednio z Moskwą, a dziś to kwestia dotyczy bezpieczeństwa państwa — podkreślił.

Kaczyński mówił też, że brak publikacji raportu WSI ze strony Lecha Kaczyńskiego. Przekonywał, że to efekt orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego.

Co nie oznacza, że mój brat nie miał pewnych zastrzeżeń. Ale przy takim pośpiechu, to wszystko musiało być załatwiane bardzo szybko, pewne niedoróbki być mogły. Ale przypisywanie poglądów pana Komorowskiego mojemu bratu to haniebne nadużycie

— zaznaczył, dodając, że sam nie czytał aneksu do raportu z WSI.

Szef PiS przypomniał też kwestię słów Bronisława Komorowskiego o „ślepym snajperze” po wizycie Lecha Kaczyńskiego w Gruzji.

Gdyby w Polsce normalnie funkcjonowała demokracja, to nikt nie mógłby zostać głową państwa w przypadku takich okoliczności i powiązań z WSI. (…) Nikt nie zaprzeczy, że związki z tego rodzaju służbami są w sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa państwa czymś szczególnie niebezpiecznym dla kraju — ocenił.

Pytany o częstą obecność w mediach Marka Dukaczewskiego i b. oficerów peerelowskiego wywiadu, Kaczyński odparł, że to fragment obecności postkomunizmu w Polsce.

Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca, to skandaliczna sytuacja. A to, że ci ludzie angażują się w kampanię Komorowskiego jest dowodem na to, że życiorys Komorowskiego i jego związki powinny być bardzo dokładnie zbadane. Opinia publiczna powinna wiedzieć - w demokracji prawem obywatela jest wiedzieć, kto nim rządzi — stwierdził.

Odpowiadając na wrzutkę Marka Dukaczewskiego, sugerującą, że Piotr P. miał bliższe relacje z Lechem Kaczyńskim, szef PiS podkreślił, że to absurdalne tezy.

Może przypomnę fragment życiorysu mojego śp. brata. Był w 1991 ministrem ds. bezpieczeństwa przy Lechu Wałęsie. Gdy został ministrem, w jego przedpokojach kłębili się oficerowie służb specjalnych, przychodząc z różnego rodzaju informacjami. (…) Były tam dziesiątki ludzi, ale były to z reguły pułkownicy i generałowie. Jeśli chodzi o pana P., to był on zapewne wtedy oficerem niskiego stopnia, choć nie mogę wykluczyć, że w tym tłumie nie było także jego, ale z tego absolutnie nic nie wynika — zapewnił.

Kaczyński tłumaczył, że ówczesne ministerstwo stanu ds. bezpieczeństwa przy prezydencie było niedookreślone, jeśli chodzi o kompetencje.

Brat od samego początku, zwłaszcza gdy się z tym zetknął, był w gruncie rzeczy zwolennikiem tzw. opcji zerowej, która sprowadzała się do tego, by służby rozwiązać. Przeciwnikiem był Wałęsa, myśmy do tego wrzucili w 1996-1997 roku, ale ta sprawa trafiła na opór i nie została zrealizowana

— opowiadał.

Szef PiS ocenił, że Bronisław Komorowski jest skompromitowany swoimi powiązaniami z wojskowymi służbami specjalnymi.

Popierać „długie ramię Moskwy” - bo ten tytuł książki prof. Cenckiewicza doskonale oddaje charakter WSI - to kompromitować się i stawać w miejscu, które powinno zainteresować dobrze działające służby państwa — stwierdził.

W wywiadzie pojawił się też wątek polityki zagranicznej i zmian, jakie PiS chce wprowadzić w tej kwestii - zwłaszcza w perspektywie zagrożenia ze strony Rosji.

Bezwzględnie konieczna jest zmiana planów, jeśli chodzi o zbrojenia. Trzeba by było opracować (i nad tym pracujemy) projekt, który w ramach naszych możliwości zmieniłby bardzo dużo — stwierdził szef PiS, wyliczając przykłady niechlujstwa i chaosu w działaniach Ministerstwa Obrony Narodowej.

Kaczyński podkreślał konieczność dozbrojenia Polski na większą skalę.

Trzeba mieć zoptymalizowany plan stworzenia obrony polskich granic, byśmy nie byli bezbronni i liczyć na pomoc sojuszników. To, co jest w tej chwili robione, zadziwia. Plan zakupienia 24 pocisków Tomahawk - to bardzo groźna broń, ale Amerykanie mają tego wiele, wiele tysięcy. W samej wojnie przeciw Serbii użytego tego ok. tysiąca - trzeba było miesięcy, by skłonić Serbię do kapitulacji. Co można zdziałać przy pomocy 24 pocisków? Nie wiem… (…) Wiele posunięć jest niezmiernie trudnych do wyjaśnienia — uciął.

I dodawał:

Rzecz jest w tym, że Polska - przy odrzuceniu porozumień wiedeńskich - powinna dążyć, by mieć armię choć na średnim poziomie i duże zaplecze, jeśli chodzi o broń terytorialną. To duży wysiłek, który musi służyć rozwojowi gospodarki i tworzeniu nowych miejsc pracy, odbudowie polskiego przemysłu — mówił Kaczyński.

Podkreślił, że „musimy umieć się bronić, bo wraca agresja i zagrożenie militarne”.

To nie jest zagrożenie bezpośrednie, ale wykluczyć go nie można, a wszystkie plany zabezpieczenia państwa są z natury rzeczy nastawione na czarne scenariusze. Sprawa bezpieczeństwa staje wtedy, gdy jest realizowany czarny scenariusz. Nie możemy go dziś wykluczać, choć ci, którzy sądzą, że Rosjanie stoją dziś u bram Polski, mylą się — zaznaczył.

Kaczyński roześmiał się też na zarzut, że nie przychodzi na posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Przywoływał przy tym RBN po katastrofie smoleńskiej.

Na RBN pokazano nam pierwszą wersję tłumaczenia taśm, niesłychanie zafałszowaną i niekorzystną. (…) Po takich doświadczeniach ja tam chodzić nie chciałem. Gdy po latach powstało zagrożenie, to dwa czy trzy razy zostałem zaproszony - mimo że nie byłem członkiem RBN - i poszedłem, a następnie ogłoszono nowy skład tej Rady, ogłaszano, że mnie usunięto. Chciano mnie propagandowo uwierzyć - to pokazuje, jak niepoważny jest stosunek Komorowskiego i jego otoczenia do spraw bezpieczeństwa państwa. Mała, mizerna gra wokół spraw bardzo ważnych. Nie jestem zapraszany, bo nie jestem członkiem RBN — mówił.

Nawiązując do epizodu prezydenta Komorowskiego w Japonii i nazwania gen. Kozieja „szogunem”, szef PiS żartował, że w Kraju Kwitnącej Wiśni szoguni są chociaż groźni i waleczni.

Ten szogun nie jest bardzo groźny… (śmiech) On jest współodpowiedzialny za taką przebudowę armii do wielkości jednego stadionu. Szogun był bardzo pozytywnie nastawiony do Moskwy, przecież niedawno koncepcja bezpieczeństwa opracowana przez Pałac Prezydencki zakładała, że gwarantem bezpieczeństwa jest Rosja — tłumaczył.

Słuchacze dopytywali też o próbę odbudowy opinii i wizerunku samego Kaczyńskiego, jak i całego PiS w oczach opinii publicznej.

To problem przeprowadzania kampanii wyborczej. Jestem konsekwentnie atakowany przez media od dwudziestu paru lat i jeśli spojrzeć na moje wyniki wyborcze w Warszawie, to nie są one takie złe - lepsze miał tylko Donald Tusk i to dopiero w ostatnich latach. (…) Uzyskanie ostatecznego zwycięstwa - może poza takimi ludźmi, którzy nie są w stanie zmienić opinii - to kwestia, gdy wygramy, będziemy rządzić i pokażemy: nie przez dwa lata, ale dużo więcej, że Polskę można zmieniać. Lata 2006-2007 to oceniając obiektywnie najlepsze lata po 1989 roku — mówił.Kaczyński.

Było się czym pochwalić, a ludziom wmówiono, że to był straszny czas. Rzecz polega w tym, że ludzie widzą rzeczywistość głównie poprzez media. Donald Tusk czasem miał rację - miał rację, gdy mówił, że najważniejsze jest to, co dzieje się między 19 a 20 w telewizji. Jeżeli w latach 2006-2007 ludzie dowiadywali się - także z TVP - że wszystko jest strasznie źle, a każda akcja przeciw ludziom winnym korupcji to zbrodnia, że dzieją się straszne rzeczy, to ludzie oceniali ten czas niezgodnie z faktami. Gdy dojdziemy do władzy, to musimy zadbać o to, by choć część mediów oceniała obiektywnie to, co dzieje się w Polsce — dodawał.

Kaczyński zapewnił, że będzie dążył do pełnej jawności, jeśli chodzi o sprawy publiczne i wówczas zmieni się także nastawienie opinii publicznej.

Jedna ze słuchaczek poruszyła wątek przypilnowania uczciwości wyborów.

Rzeczywiście trzeba pilnować wyborów, bo mamy to doświadczenie z wyborów samorządowych. Będą biura kontroli wyborów w każdym okręgu wyborczym, będą reprezentanci szerszego ruchu kontroli w komisjach wyborczych, będą instrukcje co robić w różnych sytuacjach — zapewnił.

Zaapelował też o udział w uroczystościach rocznicowych związanych z katastrofą smoleńską.

Mamy przed sobą 10 kwietnia - piątą rocznicę tragedii, chciałbym przypomnieć o uroczystościach. Rano będzie uroczysta msza, a następnie obchody, apel poległych pod Pałacem Prezydenckim, a później kolejne wystąpienia, będą wyświetlane filmy. Będziemy składali kwiaty na grobach wszystkich, którzy zginęli, a którzy są pochowani w Warszawie. (…) Zapraszam wszystkich na te uroczystości - one nie będą miały charakteru politycznego, ale wspomnienia tych, którzy zginęli w tej katastrofie — mówił.

Jak tłumaczył, „ta sprawa musi doczekać się rozwiązania zgodnego z regułami przejrzystości i prawa międzynarodowego”.

Musimy doprowadzić do tego, by prawda o tragedii została ogłoszona przez wymiar sprawiedliwości polskiego państwa — stwierdził szef PiS.

Mówił też o konieczności wyjaśnienia okoliczności awantur pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu.

Tekst ukazał się na portalu: wPolityce 26 marca 2015r