Nic mnie w tym tygodniu tak nie rozśmieszyło, jak zmartwienie ekonomistki dr Małgorzaty o dwuczłonowym nazwisku – przepraszam, ale nie postarałem się, by je zapamiętać. Specjalistka od sensownego wydawania pieniędzy, oczywiście cudzych, postanowiła podzielić się troską, czy aby wydatki rodzin objętych programem 500+ mają coś wspólnego z inwestowaniem w dzieci. Skąd wątpliwości ekspertki? Dotarła do najnowszych danych statystycznych, które pokazały, że program PiS-u ruszył, ale że pieniądze zostają przeznaczone na wymianę mebli, sprzętu agd oraz rtv.

No i samochodów. O zgrozo (przestrach wyczytałem między zdaniami), w branży tekstyliów i obuwia wzrost nastąpił aż o 19 proc. Podobno rzeka pieniędzy popłynęła do znanego właściciela sieci tanich sklepów obuwniczych. To przerażające. Ekonomistka wyraziła nadzieję, że w sierpniu nastąpi wzrost sprzedaży książek.
A jak nie, to co, pani Małgorzato? Może jakiś limit? Talony? Może część pięćsetki będzie wypłacana w bonach książkowych? Przecież ci dzieciaci, niedojrzali do programu 500+ i wydawania pieniędzy, kupują dziecięce mebelki. To okropne, Czytelniku, taka wymiana mebli, gdy stare jeszcze mogłyby posłużyć parę lat. Nowe biurko, na nim lśniąca nowością lampka, krzesło czy fotel na kółkach za 150 złotych, osobna półka na podręczniki i zeszyty dla każdego dziecka, łóżka do spania? No i nowe buty. Z taniego sklepu obuwniczego.
Lud się mebluje, matki postanowiły obuć i odziać dzieci nie w szmateksie, a w normalnym sklepie. Potworność, takie mało umotywowane inwestowanie w dzieci.
Jeszcze nie tak dawno straszyli, że starzy przepiją i przekąszą, a teraz ich przeraża informacja, że czerwiec okazał się najbogatszym miesiącem w historii polskiego giganta branży odzieżowej. Czytelniku, klienci ku przerażeniu elit zostawili u tego potentata o ponad 20 proc. więcej pieniędzy niż przed rokiem. Wzrostu takiego nie dało się ani przemilczeć ani wytłumaczyć typowym wzrostem sezonowym. Dlatego obrzydzają dziecięce zakupy i wyszydzają.
Jakże elity nie znają prozy życia na prowincji. Jakże się oderwali od codziennego życia w Polsce. Czekają, aż rodzice zaczną wydawać pieniądze na książki, na to, aby wydatki ich naprawdę miały charakter inwestycji w dzieci.
Samopoczucie dziecka, czyli lepsze/nowe buty i nieużywane spodnie, biurko i własny komputer to nie inwestycja w przyszłość dziecka, ekonomistko? W jego rozwój? Jazda konna? Lekcje tenisa?
Zaglądam do pracy Głowy hydry (2004) nieodżałowanej pamięci socjolog prof. Anny Pawełczyńskiej, przebiegam wzrokiem rozdział zatytułowany Bieda-szyby. Wiele lat temu zastanawiała się, czy uda się zahamować rabunkowy system zarządzania i zawłaszczania majątku narodowego przez lumpenelity. Tak nazwała elity III RP, które po ostatnich wyborach (ani słowa o obronie koryta – cicho sza) z konieczności (program wyborczy PiS-u tą koniecznością) muszą ustąpić miejsca peryferiom, muszą zejść ze sceny ci, którzy wzywają do wojny, zacytuję kodziarkę Agnieszkę Holland: Kochani, walczymy o to, żeby było tak jak było.
Prof. Pawełczyńska ostrzegała, że myślenie skoncentrowane na prywatnych interesach usuwa z pola widzenia warunki życia społeczeństwa, alarmowała, że po roku 1989 zwiększyła się w Polsce liczba ludzi biednych, znajdujących się na skraju ubóstwa. Uświadamiała, że prawie połowa społeczeństwa ma poczucie opuszczenia przez państwo. Kto usłyszał? Socjolog Jadwiga Staniszkis zapewne tak, ale zapomniała. A może jej zwrot ku łże-elitom jest spowodowany jakąś mroczną tajemnicą (zastosowałem poetykę pani profesor)?
Pawełczyńska, analizując zachłanność „nominowanych do bogactwa elit”, pisała o braku racjonalnego wyjaśnienia i moralnego usprawiedliwienia dla tego, aby podobni pod względem kwalifikacji ludzie z racji przynależności do określonych „dynastii” lub koterii byli nominowani do nędzy lub bogactwa.
Dwa miesiące temu red. Michnik wrócił z Ameryki, śliną pomieszaną z żółcią strzyknął na Kaczyńskiego, jak ma to w zwyczaju, ale ślipka mu się trochę otworzyły, dotarło, że wiatr historii zmienił kierunek. Przyznał, że wina spoczywa na klasie politycznej, gdyż nie umiała zbudować projektu dla tej części społeczeństwa, która się czuła sfrustrowana, wykluczona, przegrana.
Chłopie! Oni nie czuli się wykluczeni, oni zostali wykluczeni. A gdy byli wykluczani, ekonomicznie poniżani, ekonomicznie poniewierani, gdy klepali biedę, to parasol nad najmądrzejszymi i najlepszymi, wykluczającymi i poniżającymi, nad twierdzącymi, że społeczeństwo nie dojrzało do demokracji, kto trzymał? Jaka gazeta? Czyja?
Na pytanie o wymianę elit w związku z niesprawiedliwą redystrybucją majątku, a także godności Michnik mówi: Z tym się mogę zgodzić i gotów jestem uznać to za historyczny błąd formacji reformatorskiej. Za mało było wrażliwości i rozmowy z ludźmi na ten temat, bo jeśli jakieś grupy czuły się wykluczone, to nie można tego lekceważyć, nawet jeśli uważamy, że to odczucia przesadzone. Natomiast jeśli mówi się o wymianie elit, to proszę bardzo, ale na jakie?
Łaskawca. Może uznać historyczny błąd reformatorów. Szkodnika Balcerowicza? Jacka od darmowych Zupek z Kotła Kuronia? Bronisława Demokratę Geremka? Ale troskę o wymianę elit, o nowe elity Michnik niech zostawi innym.
W Demokracji peryferii (2005) prof. Zdzisław Krasnodębski pisał o pierwszym roku transformacji tak: (…) polityka i gospodarka otoczone były moralnymi znaczeniami. Rządzić mieli najlepsi i najmądrzejsi, bogacić się najinteligentniejsi i najmniej zsowietyzowani – i to dla dobra wszystkich. Siłą rzeczy, przeciwnicy polityczni i ci, którzy pozostali biedni, musieli nabrać cech zgoła odmiennych – zainfekowani wirusem sowietyzmu, nacjonalizmu, fundamentalizmu, ciemni i niezaradni nadawali się – uwaga – raczej na salę szpitalną.
Dopiero taśmy Michnika, tzw. afera Rywina pokazała prawdziwe oblicze rządzącego Polską „towarzystwa”, pokazała uwikłanie części środowisk postsolidarnościowych w nowy system władzy, w którym prawo stało się narzędziem w rękach grup interesu, w system, w którym brak było kompetencji, odpowiedzialności, działania na rzecz dobra wspólnego.
Czy Michnik czytał swoją gazetę? To na jej łamach w artykule Mój rok osiemdziesiąty dziewiąty lewicowy ekonomista prof. Tadeusz Kowalik 15 lat temu pisał, że Polska po 12 latach radykalnych przemian wyróżnia się jednym z najbardziej niesprawiedliwych ustrojów społecznych, jakie znała historia Europy drugiej połowy XX w. Przegrali robotnicy, rzemieślnicy, chłopi, pielęgniarki i nauczyciele – miliony ludzi. Wygrani są ci, którzy grali znaczonymi kartami.
A Jadwiga Staniszkis przecież to wszystko wie, czytała i Krasnodębskiego, i Pawełczyńską, sama stawiała podobne diagnozy, a dzisiaj mówi, że jest przerażona, gdyż obserwuje masowe tworzenie nowej klasy politycznej z wykorzystywaniem złych instynktów.
Ta mieszanka jest dla niej porażająca. A ten straszny Kaczyński ma koncepcję, aby połączyć rozwój ze sprawiedliwością, a przecież – twierdzi pani profesor – jest to niesamowicie archaiczne, bo Kaczyński nie rozumie, czym jest władza i że hierarchia nigdy nie opanuje sieci, Polska nigdy nie wyjdzie z sieciowych układów.
Staniszkis straszy, że społeczeństwo jest dopasowywane do systemu władzy, a PiS, obiecując nową elitę i awans, wykorzystuje resentymenty wobec tych, którzy są wyżej.
Jest czas najwyższy na wymianę elit, czas na demokrację peryferii. Nie towarzystwo, nie koterie, nie dynastie, nie resortowe dzieci, a wolny rynek. Prof. Anna Pawełczyńska pytała retorycznie, dlaczego ludzie postawieni na świecznikach przez PRL jeszcze tam tkwią? Staniszkis zna odpowiedź. Niech rozejrzy się wokół siebie.

Tekst ukazał się w Warszawskiej Gazecie 16 lipca 2016r

Pin It