Na całym świecie – jako zjawisko globalne – rozprzestrzenia się epidemia.
Skutki mamy i będziemy mieli różnorakie. Medyczne czyli zdrowotne, ekonomiczne, społeczne i jeszcze Pan Bóg jeden wie jakie. W każdym razie nie byle jakie, zapewne trwałe i to w każdej dziedzinie.
Taka submikroskopowa bzdzinka – wirusik - a takie skutki.

Z wielu skutków proponuję zatrzymać się tylko nad jednym. Dziś nie jest on rozważany – i nic dziwnego. Są dziś inne palące, życiowe problemy - a ten o którym chcę mówić – nie `dotyczy wprost samych funkcji życiowych. Jednak w dalszej perspektywie jest fundamentalny będąc zjawiskiem wymagającym już dziś jakiś refleksji i reakcji. Jego zaniedbanie może przynieść tragiczne skutki społeczne.
Myślę tu o totalnej izolacji społecznej. Ta dziś jest stanem interwencyjnym i koniecznym. Jego działanie długofalowe jest lekceważone, w końcu skoro ma charakter interwencyjny to ma przeminąć.
Warto jednak się zastanowić – czy nie pogłębi pewnej już występującej dysfunkcji społecznej.
Cóż takiego można w ten sposób postrzegać.
Myślę o stanie izolacji w kontaktach nie tylko ogólnie – społecznych ale i nawet rodzinnych Ochrona przez epidemią wymusza tą izolację, jednak już wcześniej i od lat – podobną, może łagodniejszą w formach nazywa się to zmianami społecznymi, modelu rodziny. Rozbicie więzów społecznych przez warunki życiowe – ma być wyjaśnieniem. Izolacja postępowała latami. Dziś poszła ona dalej – do wyprowadzenia wiernych z kościołów. Intencja i motywacja słuszna – dziś trudno je przecież negować. Jednak stan tej izolacji – gdy zagrożenie epidemią – co daj Boże – minie,, to zastaniemy nowy rodzaj relacji pomiędzy wiernymi a pasterzami, wiarą i Kościołem. Zbliżymy się chyba do podejścia tzw Kościołów Reformowanych. Luz, kontakt (albo nie) osoba – Pan Bóg, Pasterz Ofiara Spowiedź Sakramenty – mogą już być inne. Inne podejście wiernych. To komuniści marzyli o wyprowadzeniu wiernych nie tylko z kościołów ale i z wiary – do ich wiary. Już latami wytłumaczono i wtłoczono do akceptacji jako coś niby oczywistego w demokracji, wykluczenie sfery dokonywania ocen moralnych działań politycznych. Poważna opinia – teraz jest demokracja, rządzi demos – lud i to on wyznacza co jest moralne – padła nie od polityka a od naukowca – uważającego się za humanistę z postawy. Mówienie o tych sprawach nazywa się polityką w kościele – choć i tu mamy dyskryminujący brak równowagi. Dziś przecież nie wiadomo czy ks Sowa jest księdzem, dziennikarzem, lobbystą fragmentów idei liberalnych czy politykiem. Za to już ksiądz D. Oko – ten dopiero wtrąca się do polityki i ją uprawia bo jakoś Mu się nie podoba postępowość moralna i głośno krytykuje świeckie, lewackie świętości jeśli tak je można nazwać. Zauważmy wprowadza się jako coś normalnego – oddzielenie życia społecznego od jego form w obrębie Kościoła. To jedno czysto przykładowe pole. Drugie to ogólnie społeczność lokalna i rodzina. Więzi sąsiedzkie? Co to takiego? Więzi a relacje – to nie to samo. Konflikt i jatka – jako norma ustalania i – co gorsza – poszerzania granic swojego terytorium wpływów i uzależnienia sposobu działania współmieszkańców do życzeń jednego uporczywie nieznośnego sąsiada – to znów nie związki a znaczenie terytorium. Rodzina też nie jest od tego wolna. Dziś – który to wnuk widzi Babcię lub Dziadka nie od święta – zdając sobie tylko sprawę, że to jest co najwyżej instytucją zbliżoną do bankomatu. Kto był przed nami? Któż to wie – zupełnie zerwane więzi.
Zauważam i przestrzegam byśmy po zakończeniu izolacji sanitarnej jej nie przedłużyli wspomożeniem już wcześniej rozprzestrzeniającej się poprzednio izolacji społecznej.
W tej sytuacji do rangi symbolu urasta to co napisała jako krótki tekst w gazetce parafialnej na Salwatorze Pani Danuta Rybicka. Pod tytułem „Nasz pierwszy stół” To opowieść, wspomnienie, refleksja osoby, której historia życiowa to nie żadna przygoda podróżnicza czy koleje epokowych odkryć a jednak wspaniałe świadectwo w tym więzi rodzinnych. Ale nie o tym.
Tekst, o którym mowa – jest opowieścią o tym jak to będąc młodym małżeństwem, po ślubie (60-70 lat temu) kupili i postawili na środku pokoju duży, okrągły stół. Łączył on, wręcz spajał życie rodzinne, które toczyło się przez posiłki i inne czynności życiowe. Po przeprowadzce do małego mieszkania – musieli zmienić go na inny – mniejszy, ten – jak mówi – oddając w dobre ręce. Jak widać niby stół – a był dla Nich rodzinnie czymś, był ważny, właśnie dla swej funkcji. Nowy początkowo postawili na boku, przy ścianie. Nie mogąc się przyzwyczaić do zastąpienia starego niby stołe, – ławą pozbawioną roli i sensu spajającej – przemeblowali pokój, w końcu ten właśnie mały stół postawili na środku pokoju pod lampą. Stół więc w Ich rodzinie, w każdej formie, był cały czas osią spajającą życie domowe, był gwarantem rozmów, nie tylko o sprawach codziennych czyli mających znaczenie wymiany informacji lecz też rozmów – wymiany myśli, łączenia światów każdego członka rodziny. Stół był też ważny nawet i dla innych wspólnych funkcji. Rodzina – dlatego była rodziną, że nigdy nie była tylko zlepkiem właśnie – osób izolowanych w swych światach, choć żyjących w grupie o nazwie rodzina.
W tym leży znaczenie i głęboki sens funkcji stołu, choć tylko mebla ale czegoś co pomaga organizacje, dyscyplinę toku życia i tworzy pole wymiany myśli, opowiadania o swoich indywidualnych sprawach – czyli budowy więzi, spojenia rodziny, szkoły myślenia o drugim i rezygnacji z egoizmu.
Czy ktoś dziś tak widzi – ten niby tylko mebel a nie półkę barową w kuchni używaną dla łyku kawy i przełknięcia kawałka kanapki? Dziś inną formą stołu jest ława pomiędzy kanapą a telewizorem. A stół i wspólne rodzinne siadanie? Któż by na to miał czas. Na gapienie się godzinami w szklany ekran to czas jest.
Mówimy więc o kryzysie myśli, uczuć i umiejętności samodzielnego formułowania i wyrażania opinii.
W którym domu dziś jest stół i wspólny przy nim codzienny czas?
To pokazuje źródło moich obaw.
Mamy okres największego święta chrześcijan. Okolicznościami jest ono wprost storpedowane jako obrządek. Rekolekcje, nabożeństwa Triduum Paschalne stanie się od strony tradycji obchodów czym innym niż wcześniej. Nie znaczy to by święto Wielkiej Nocy - miało zmienić swą istotne znaczenie. W tych specjalnych okolicznościach – w odosobnieniu – też można odprawić własne rekolekcje, nie oglądać Mszy Świętej, - mniej sobie wyobrażam Triduum i Rezurekcję.
Teraz usłyszałem informację o zamiarze Stolicy Apostolskiej przeniesienia Triduum i Wielkiej Nocy na wrzesień.
Były zarazy – ale święta i wiara – trwały walcząc z nimi właśnie modlitwą Uznaję to za wiadomość mało zrozumiałą
A krakowski Emaus – to chyba będzie coś, czego nie było od jego początku – a i Olek Makino to pewnie zapłacze.
Byle owa izolacja się nie rozszerzyła na nas samych i na wiarę oraz nie doprowadziła do odcięcia wiernych od Kościoła
Izolacja jest tym samym co wybór wolności. Wszyscy, którzy przeżyli koszmar więzień totalitaryzmów – powtarzają że wewnętrzna wolność i modlitwa ratowała ich w postawie i nawet fizyczności.
Dziś mamy totalną – tyle, że pandemię i byle się nie poddać skutkom konicznej izolacji.

Feliks Stalony-Dobrzański

Pin It