Kilku czołowych blogerów Salonu rozpoczęło ostatnio tyle ciekawą, co niezwykle kontrowersyjną i zaciętą dyskusję o szeroko pojętym problemie relacji polsko - niemieckich. Punktem wyjścia niech będzie notka @Zbyszka, z treścią której głęboko się nie zgadzam, ale doceniam w niej głębię wartości humanistycznych. Tak, pojednanie to piękna rzecz, postrzeganie Niemców jako fajnych, sympatycznych i przyjaznych Polakom ludzi jest zapewne tym, do czego należałoby dążyć w tym zdehumanizowanym świecie - problem w tym tylko, że lukrowanie niesmacznego, niezjadliwego ciastka jest zabiegiem desperackim i ciastko, bez względu na ilość wylanego lukru pozostanie cukierniczym bublem.

Można bowiem Niemcom przebaczyć to, że zabijali Polaków, można przebaczyć to, że chcieli unicestwienia państwa i Narodu polskiego, jednak zapomnieć się tego nie da. Jeżeli dziś wciąż żyją ludzie, którzy na dźwięk niemieckiej mowy dostają dreszczy, to nie jest to wyraz "chorej awersji i czucia się ofiarą Niemiec" - tym ludziom Niemcy złamali psychiczny kręgosłup i nawet kiedy w swojej głęboko humanistycznej wspaniałomyślności swoim oprawcom dawno wybaczyli, to nie są w stanie tego zapomnieć. A my? Synowie i wnuki tych, którzy "dostają dreszczy" ? Mamy zapomnieć i potraktować naszych ojców jako tych, co mieli pecha, bo zetknęli się fizycznie z "nazistami", którzy - wedle lansowanej polityki historycznej - spadli z kosmosu i na moment zawładnęli umysłami tych fajnych i sympatycznych Niemców? Niektórzy już zapomnieli, inni do tego zapomnienia namawiają używając kosmicznej - adekwatnie do "nazistów" - argumentacji nie do przyjęcia dla tych, co pamiętają i ową pamięć troskliwie pielęgnują, uważając ją za ważny element polskiej racji stanu. Jeżeli troska o pamięć i obiektywną prawdę historyczną będziemy nazywać "awersją" to może w ogóle lepiej wyrzec się Polski i polskości - abstrahując już od tego, co "polskość" oznacza.

Nie ma pojednania bez zadośćuczynienia. Ono nie nastąpiło i chyba już nie nastąpi, ponieważ relacje zostały rozmyte i realnie coś takiego jak kontakty polsko-niemieckie, nie istnieją ( poza powiązaniami gospodarczo - biznesowymi) - a jeżeli są, to co do zasady wynikają jako coś pochodnego od relacji mniej lub bardziej oficjalnych. Nasz kraj na ogół kojarzy się Niemcom jako miejsce zakupów tanich wyrobów tytoniowych, benzyny i innych rzeczy, zwłaszcza w strefie przygranicznej. Z tanią siłą roboczą na szparagi i opiekunkami dla starców. Może jeszcze z Lewandowskim, który strzela gole dla Bayernu, ale swoją narodowość eksponuje jak się tylko da. Relacji międzyludzkich właściwie nie ma, a to one z definicji są podstawą relacji międzypaństwowych. Dominująca większość rodzin mieszanych to rodziny, gdzie to Polka wychodzi za Niemca. Odwrócenie relacji jest rzadkością.

Czy w kontekście pojednania roszczenia reparacyjne Polski wobec Niemiec mają podstawy prawne? Zdania są podzielone, ale bezsporne jest, że Niemcy doskonale wiedzieli, iż Sowieci pozbawili Polskę reparacji niemieckich i zmusili rząd komunistyczny do formalnego wyrzeczenia się roszczeń reparacyjnych w 1953 r. W tym tle powoływanie się przez Berlin na ten wymuszony przez sowieckiego hegemona dokument jest zwykłą niegodziwością. Zostawmy jednak kwestie prawne, bo domaganie się od Berlina odszkodowań za II wojnę światową ma jeszcze jedną przyczynę, o której się dzisiaj całkowicie zapomina. Niemcy bowiem to kraj, który wbrew pozorom dorobił się na II wojnie światowej, rabując kraje okupowanej przez siebie Europy. Z kolei Polska była jednym z krajów, najbardziej przez nie obrabowanych! Jedną z zasadniczych elementów prawdy historycznej jest pomijany starannie fakt, że III Rzesza w czasie II wojny światowej zdobyła i zabezpieczyła majątek, który stał się podstawą potęgi gospodarczej powojennych Niemiec. Dlatego tym bardziej powinniśmy domagać się od nich odszkodowań za II wojnę światową.

Gdy w marcu 1938 r. Niemcy zaczynały budowę "tysiącletniej Rzeszy” anektując Austrię, rezerwy złota w niemieckim Reichsbanku, należały do najmniejszych w Europie. Zajęcie Austrii i likwidacja Austriackiego Banku Narodowego radykalnie zmieniły tę sytuację. 78 ton austriackiego złota przejął właśnie niemiecki Reichsbank. W ten sposób jego rezerwy złota wzrosły prawie trzykrotnie. W ręce niemieckie wpadło również złoto innych europejskich krajów, ( Czechosłowacja, Dania, Holandia, Norwegia, Belgia, Francja, Grecja, Jugosławia, Albania) podbitych przez III Rzeszę. Polacy jako jedyni z ofiar III Rzeszy zdołali w ostatniej chwili uratować 75 ton złota z rezerw Banku Polskiego, wywożąc je za granicę. Potem doszło złoto ofiar Holocaustu i zwykłych obywateli okupowanych przez Niemcy krajów Europy. W przypadku Polski bank emisyjny na terenie Generalnej Guberni musiał natychmiast przekazywać każdy gram złota do niemieckiego Reichsbanku. Tak naprawdę wartości zrabowanego złota nie da się nawet oszacować. W efekcie tej grabieży rezerwy niemieckiego złota już na początku 1943 r. stały się kilkadziesiąt razy większe, niż na początku wojny.

Grabież finansowa krajów okupowanych przez hitlerowskie Niemcy miała wiele innych form, równie destrukcyjnych dla ich gospodarek, jak kradzież rezerw złota i walut. Wystarczy wspomnieć jedynie o kilku z nich. Pierwsza to zmuszanie banków okupowanych krajów do kredytowania III Rzeszy. Tak było m.in. w przypadku Grecji, której Bank Centralny w latach 1942–1944 udzielał Niemcom kredytów, które nigdy nie zostały spłacone. Nawiasem pisząc, "przeczołganie" Greków w czasie ich kryzysu gospodarczo - finansowego w 2009 r., było niemieckim szczytem bezczelności i hipokryzji.

Druga płaszczyzna polityki Niemiec w okupowanych przez nich krajach Europy, to sprawa rabunku wszelkich dochodów tych krajów. W nomenklaturze III Rzeszy nazywano to po prostu "daniną na rzecz obrony” (niem. Wehrbeitrag), którą kraje okupowane przez III Rzeszę musiały płacić w zamian za rzekomą ochronę militarną. Niemcy wychodzili bowiem z założenia, że nie jest to wcale okupacja, a jedynie poprawa ich bezpieczeństwa, za co oczywiście należało słono zapłacić. Tak było w przypadku Polski, a dokładnie Generalnego Gubernatorstwa, które każdego roku musiało płacić potężną daninę na rzecz III Rzeszy, której wielkość ustalał jej minister finansów Lutz von Krosigk. Niezależnie od tego Niemcy grabiły finansowo okupowane kraje na dziesiątki innych sposobów. Warto wspomnieć o milionie polskich robotników przymusowych, którzy niezależnie od swoich niewolniczych zarobków okradani byli ze swoich składek na fundusz rentowy i ubezpieczenia. Przodowały w tym oczywiście wielkie niemieckie koncerny w rodzaju IG Farben. Niemcy pomnażali swoje bogactwo, rabując w okupowanych krajach wszystko to, co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Były to m.in. fabryki i ich urządzenia, surowce, towary, płody rolne, bydło, a także wszelkie dobra, należące do obywateli krajów.

Szczególną wartość miały dla Niemców dobra kultury, zarówno te będące własnością narodów, jak i zwykłych obywateli. Traktowano je jako szczególnie atrakcyjną polisę na przyszłość. Miało to miejsce przede wszystkim w okupowanej Polsce. Już przed wybuchem II wojny światowej hitlerowskie Niemcy opracowały precyzyjny plan grabieży naszych zbiorów sztuki, zarówno tych z kolekcji państwowych, jak i prywatnych. Plan ten, sam w sobie był naruszeniem ustaleń IV konwencji Haskiej z 1907 r. zakazującej praktyk kradzieży dzieł sztuki w czasie wojny. W końcu 1942 r. gubernator Hans Frank meldował do Berlina o „zabezpieczeniu” 90 proc. polskich zbiorów sztuki i kolekcji. W połowie 1943 r. niemiecki plan kradzieży w swoich głównych założeniach był w zasadzie zrealizowany. Koordynujący jego realizację dr Mühlmann przedstawił Hermanowi Göringowi 80-stronicowy raport wraz z dokumentacją zagrabionych w Polsce dzieł sztuki. Można jedynie próbować sobie wyobrazić, jak wielka była ich wartość rynkowa. Wiele ze skradzionych w Polsce dzieł sztuki zostało później przez Niemców nielegalnie sprzedanych, ale wiele z nich nadal znajduje się w prywatnych niemieckich kolekcjach, należących do spadkobierców tych, którzy byli panami okupowanej Polski.

Gdy jesienią 1944 r. było już jasne, że wojna jest przez Niemicy przegrana, elity III Rzeszy zaczęły myśleć o tym, jak zabezpieczyć, chociaż w części, skradzione w czasie wojny bogactwo. Wprawdzie spora część niemieckich rezerw finansowych i złota została już wcześniej wytransferowana do Szwajcarii i innych krajów, które nie brały udziału w wojnie, ale teraz zaczął liczyć się już czas. Trzeba było podjąć działania, które mogły zadecydować o przyszłości powojennych Niemiec. 10 sierpnia 1944 r. w hotelu Maison Rouge w Strasburgu odbyło się spotkanie niemieckich przedsiębiorców i finansistów z wysokimi funkcjonariuszami SS i Kancelarii III Rzeszy. Konkluzją narady była decyzja, że "od teraz niemiecki przemysł musi podjąć kroki w celu przygotowania się do powojennej kampanii komercyjnej, która ma polegać na tym, że czołowe niemieckie koncerny i firmy przetransferują kapitał, technologie i kluczowe dla produkcji kadry do krajów neutralnych, jak np. Hiszpania i Argentyna oraz wykorzystają do tego celu swoje przedwojenne powiązania finansowe z krajami alianckimi, aby uchronić posiadany majątek do czasu, aż pojawi się dogodny moment do przetransferowania go z powrotem do Niemiec". Skutkiem konferencji w Strasburgu było to, że niemieccy przemysłowcy, finansiści, bankierzy, a także wielu wysokich funkcjonariuszy hitlerowskiego aparatu skoncentrowało swoje działania na tworzeniu za granicą dziesiątek spółek, przez które przepływały miliony dolarów, które następnie były inwestowane w krajach, do których zaczęła się potajemnie niemiecka emigracja. "Naziści" zamienili się cudownie w przedsiębiorców, bankierów, inwestorów, animatorów życia gospodarczego swoich nowych, przybranych ojczyzn. I bardzo często stawała się ich nową elitą, mając istotny wpływ na ich politykę, tak wewnętrzną, jak i zewnętrzną.

Można postawić pytanie, czy alianci wiedzieli o postanowieniach konferencji, która odbyła się w strasburskim hotelu? Wiedzieli doskonale! Raport amerykańskiego wywiadu wojskowego oznaczony jako EW- Pa 128 sporządzony w listopadzie 1944 r. znany dzisiaj jako "Red House Raport”, dość dokładnie relacjonuje konferencję i decyzje, jakie zapadły w jej trakcie. Jasne jest więc, że Amerykanie od początku wiedzieli o planach nazistów przetransferowania skradzionego kapitału. Dlaczego zatem pozwolili Niemcom na zrealizowanie powziętego w strasburskim Maison Rouge zamiaru?

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo złożona. Nie ma prostej odpowiedzi, dlatego nie będę tego wątku rozwijał. Dość napisać, że aliantom bardzo zależało na tym, żeby jak najszybciej zbudować nowe państwo niemieckie, ponieważ w zimnowojennej strategii aliantów Niemcy Zachodnie miały być sprawnym narzędziem, służącym do konfrontacji z komunistycznym blokiem wschodnim. Nie mogły być zatem jakąś kolonialną hybrydą. Aby jednak tak się stało, nowe niemieckie państwo zmuszone było oprzeć się na starych elitach i bez znaczenia było to, że były one uwikłane w narodowy socjalizm i wszystkie zbrodnie hitlerowskiej III Rzeszy. Tylko nazistowskie elity dawały bowiem gwarancję szybkiego zbudowania nowych Niemiec. I właśnie dlatego elity III Rzeszy stały się dość szybko elitami Republiki Federalnej Niemiec. Proces tworzenia nowych, powojennych Niemiec przez dawne nazistowskie elity, stworzył wymarzone warunki do tego, aby wyprowadzony za granicę przed upadkiem III Rzeszy kapitał mógł wrócić do Niemiec, wydatnie przyczyniając się do ich wkroczenia na drogę gospodarczego boomu. Wielu uczestników konferencji w strasburskim hotelu Maison Rouge ( jak np. Herman Josepf Abs, który był członkiem zarządu Reichsbanku) po wojnie pełnili prominentne funkcje w życiu politycznym i gospodarczym RFN, odpowiadając za rekonstrukcję powojennej gospodarki Niemiec. Tak naprawdę to nie powojenny Plan Marshalla, którego Niemcy były beneficjentami, ale powrót wytransferowanego w czasie wojny kapitału, otworzył drzwi do potęgi gospodarczej współczesnych Niemiec, które dzisiaj niepodzielnie żądzą zjednoczoną Europą.

Takie są fakty, o których - niestety - się nie mówi i nie pisze. A przecież jest to clou relacji Niemiec i Niemców pozostałymi państwami Europy i z Polską w szczególności. Bo nikt nie zaprzeczy, że nie sztuką być fajnym, sympatycznym Niemcem, skoro taka aura ma swoje źródło w dobrobycie i gospodarczej pozycji Niemiec. Tyle, że ów dobrobyt w znacznej mierze wynika z usankcjonowanego złodziejstwa. Miło, że Niemcy oficjalnie przyznają się do wojennych zbrodni, popełnionych na skalę wcześniej w historii świata nieznaną, ale byłoby milej, gdyby wprost przyznali: " ograbiliśmy was ze wszystkiego i zniszczyliśmy was jako rozwijające się państwo. Chcemy to naprawić, siadajmy do stołu i zastanówmy się jak to zrekompensować". Niestety, brzmi to jak political fiction, a realnie otrzymujemy komunikat: "rozliczyliśmy się i nie jesteśmy już nic winni".

To budzi złość i dlatego trudno postrzegać Niemca jako sympatycznego przyjaciela Polski. Jeszcze raz trzeba tu powtórzyć, że bez zadośćuczynienia nie ma prawdziwego pojednania. Jasne - spoglądanie na każdego Niemca, którego spotykamy na ulicy, w knajpie czy w biurze, jako na wnuka oprawcy mojego dziadka i potomka grabieżcy jest absurdem, ale ów "absurd" nie jest wynikiem chorej awersji, ale wynika z a) historycznej prawdy, b) polityki niemieckiego rządu, która zwłaszcza wobec Europy środkowo-wschodniej ma swoje cele. Warto w tym miejscu przypomnieć, że początkach 1990 r. kanclerz Kohl zamierzał uzależnić uznanie przez zjednoczone Niemcy granicy na Odrze i Nysie od potwierdzenia przez niepodległą Polskę, że deklaracja rządu Bieruta z 1953 r. zachowuje moc prawną. Jednocześnie zniknęła nagle powtarzana przez kilkadziesiąt lat teza strony zachodnioniemieckiej, iż konieczne jest podpisanie traktatu pokojowego (jeszcze w listopadzie 1989 r. podkreślał to kanclerz Kohl). W Bonn zdano sobie bowiem sprawę, że w traktacie tym musiałaby się pojawić sprawa odszkodowań, a tego chciano za wszelką cenę uniknąć. Po latach, 14 września 2017 r., niemiecki publicysta Michael Stürmer nazwał na łamach dziennika Die Welt "dyplomatycznym majstersztykiem” zamiecenie w 1990 r. pod dywan sprawy reparacji i odszkodowań za zbrodnie i zniszczenia wojenne. Musimy się więc zadowolić frazesami o pojednaniu i przyjaźni, które nic oczywiście nie kosztują, są medialne i budują pewnego rodzaju fatamorganę - zielona i słoneczna oaza ładnie wygląda na pustyni realnych relacji polsko-niemieckich. W tej oazie już wyściskali się już Mazowiecki z Kohlem, ale to wciąż tylko złudzenie, miraż który drwi z historycznych podróżników, poszukujących sympatycznych i kochających Polskę Niemców.

https://instytutwolnosci.pl/sprawa-odszkodowan-wojennych-dla-polski-czyli-pojednanie-w-wersji-niemieckiej/
https://obserwatorpolityczny.pl/naprawde-jestesmy-niemcami-przyjaciolmi/

Niektóre treści notki oparte są na tomie artykułów i esejów historycznych dr. Leszka Pietrzaka, byłego pracownika Urzędu Ochrony Państwa, Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Instytutu Pamięci Narodowej łamiącego tabu milczenia, wokół "zakazanych” i przemilczanych tematów. Głównie dotyczy to tekstu "Złodzieje Europy”.

Tekst ukazał się na Salon24.pl 10 września 2020r

 

 

Pin It