Zawsze z zaciekawieniem przyglądałem się postaci Jarosława Kaczyńskiego, długo natomiast trwał proces, w którym pozbyłem się wszelkich wątpliwości w ocenie celów jego działań politycznych. Moje wątpliwości były związane z niepokojem, który budził jego zbyt tolerancyjny stosunek do ludzi niszczących Polskę, ulokowanych początkowo w Unii Demokratycznej, potem w Unii Wolności, a wreszcie w PO. Dostrzegałem przecież krytyczne podejście JK do tych środowisk i zasadniczą odmienność polityczną, jednak powszechnie pożądana wersja koalicji POPiS, jako realny wybór po wyborach w 2005 roku, pokazała istotę tych obaw i była ostrzeżeniem, że Polska może jeszcze głębiej pogrążyć się w drodze do upadku. Łyżka dziegciu jaką była UW w koalicji z potężną AWS, pokazała toksyczny charakter takiej współpracy.

Zasadniczo zmieniłem swoje nastawienie dopiero w 2005, gdy Kaczyńskiemu udało się sformować trudną koalicję, przeszedł do czynów i zaczął realizować swój plan dla Polski. Dość szybko pozbyłem się wcześniejszych wątpliwości i stwierdziłem, że właśnie JK jest tym politykiem, na którego pojawienie się czekałem. Dla mnie spełniał trzy warunki, jakie każdy patriota powinien uznać za niezbędne i wystarczające do poparcia polityka. Na początek było tylko pobudzenie nadziei, że jest takim politykiem, a później w szybkim tempie i na wielu przykładach potwierdziło się, że:
a) Jest autentycznym i gorliwym patriotą, który służbę Polsce stawia jako cel główny swojego uczestnictwa w polityce.
b) Potrafi osiągać skuteczność pozwalającą realizować wielkie zamierzenia.
c) Jest wybitnie kompetentny, potrafi rządzić, kierować polityką, stawiać ważne, ambitne cele i działać w każdych, także w najtrudniejszych warunkach.
Z biegiem czasu nabierałem pewności, że w Prezesie PiS warto ulokować możliwie pełne poparcie, a kilka sytuacji, w których miałem wątpliwości i nie rozumiałem jego decyzji pokazało, że zawsze należy poczekać i nie rezygnować przedwcześnie z zaufania. Taką decyzją była na przykład rekonstrukcja rządu, w której powołano premiera Mateusza Morawieckiego. Choć wielu Polaków wciąż jeszcze źle ocenia tę decyzję, jestem przekonany, że sama znakomita poprzedniczka na tym stanowisku, pani premier Beata Szydło potrafiłaby im wytłumaczyć, dlaczego ta zamiana była bardzo korzystna dla Polski.

Dzisiaj mamy znowu sytuację, w której rodzą się wątpliwości, wielu ludziom puszczają nerwy, a ja spokojnie czekam na rozwój scenariusza i murem stoję za Jarosławem Kaczyńskim. Nie wiem, co będzie, ale na bieżąco podam moją roboczą interpretację burzy, która niesie ryzyko, jednak była nie do uniknięcia, a może otworzyć nowe, o wiele lepsze perspektywy.
Trzeba zacząć od faktu, który jest raczej trywialny i nikt chyba go nie zakwestionuje. J.Kaczyński jest mianowicie znany jako miłośnik zwierząt i nikogo nie mogło dziwić, że ustawa o ochronie zwierząt była od dawna w zasięgu jego zainteresowania. W aktualnej sytuacji było jasne, że taka ustawa może liczyć na poparcie większości sejmowej znacznie wykraczającej poza liczebność klubu PiS. Nie było więc żadnego powodu, by złamać obyczaj praktykowany przy tego typu ustawach i wprowadzić w klubie dyscyplinę głosowania. Skoro projekt ustawy był zgłoszony dość niespodziewanie i wprowadzono tę zbędną dyscyplinę, główny cel całej inicjatywy musiał być całkiem inny, niż nadzwyczajna troska o dobrostan zwierząt. Oczywistym celem był test mający wykazać, czy przy buzujących wewnętrznych sporach koalicja Zjednoczonej Prawicy jest jeszcze sterowalna. Narzędziem tego testu miała się stać ustawa o ochronie zwierząt, a sednem konieczności jego przeprowadzenia był ciąg wydarzeń związanych z narastającą alienacją koalicjantów Zjednoczonej Prawicy – Solidarnej Polski i Porozumienia, która utrudniała wspólną realizację coraz trudniejszych celów. Najwyraźniej te narastające nieporozumienia i wybujałe ambicje dwóch partnerów, wykraczające poza ich rzeczywistą wagę, musiały się mocno dać we znaki w przeciągających się pertraktacjach związanych z planowaniem dalszej współpracy i ze związaną z tym rekonstrukcją rządu.
Ta część burzy, która jest związana z Jarosławem Gowinem i jego partią o nazwie Porozumienie, jest raczej oczywista. Majowa fronda Gowina blokująca wybory była oczywistą próbą zainicjowania generalnej zmiany polskiej sceny politycznej. Wybory prezydenckie zablokowano, ale postawa większości posłów Porozumienia wykluczyła możliwość tworzenia nowej parlamentarnej większości wraz z totalną opozycją. Gowin nawet nie krył faktu swoich rozmów z przeciwnikami politycznymi i ujawnił tak skrajny brak lojalności, że wprost narzuca się analogia z zachowaniem Giertycha w latach 2006/7, który nieco później przechwalał się stałym kontaktem z D. Tuskiem za plecami premiera Kaczyńskiego. Uważam, że nie ma żadnej możliwości dalszej współpracy z Gowinem, tym bardziej nie ma dla niego powrotu na jakiekolwiek stanowisko rządowe. Jeśli koalicja Zjednoczona Prawica się utrzyma, Gowin musi być całkowicie zmarginalizowany, a prawdopodobnie sam powinien odejść.
O wiele bardziej złożona jest sytuacja z Solidarną Polską i Zbigniewem Ziobrą, bo aktywność tej grupy pokazała, że potrafią wnieść wiele pozytywnych działań poszerzających zakres dobrej zmiany. Kompletnie niezrozumiały jest przerost ambicji tych polityków, a zwłaszcza samego przywódcy partii. Z perspektywy wielu minionych lat widać, że Ziobro ma dobre intencje i niemałe kompetencje, by dobrze służyć Polsce. Nie jest jednak typem charyzmatycznego przywódcy, który mógłby zdobyć popularność wystarczającą, by przekroczyć dotychczas pełnione ważne funkcje. Pogłoski o jego rywalizacji z premierem Morawieckim o potencjalne przywództwo, by przejąć po JK kierowanie dalszym biegiem naprawy Rzeczypospolitej, przyjmowałem jako głównie medialne intrygi prowokujące zamieszanie, by nadwyrężyć spoistość ZP. A jednak okazuje się, że nie są to tylko pogłoski i ta okoliczność musiała być poważnym argumentem, by przerwać ostrym cięciem taki stan rzeczy. Odłożona z konieczności, a wyjątkowo ostro negowana przez SP tzw. ustawa covidowa, z polityczną motywacją nazywana też „ustawą o bezkarności”, to wyraźna wskazówka, że Ziobro dąży do osłabienia premiera Morawieckiego. W normalnym systemie prawnym sędzia ma obowiązek, by rozważyć wszystkie okoliczności i motywacje oskarżonego, który przekroczył prawo i nie pominie stanu wyższej konieczności. Jednak w Polsce mamy kastę sędziowską, która realizuje specyficznie polityczną sprawiedliwość. Pamiętny wyrok skazujący szefa służb Mariusza Kamińskiego jest tutaj ostrzeżeniem przed taką sprawiedliwością, w której dopiero ułaskawienie przez prezydenta kraju naprawia zło. Czy narażenie Morawieckiego na takie trudności dałoby satysfakcję Ziobrze, czy też wierzy on w jego winę?
Trzeba przywołać wcześniej odnotowane dziwne przejawy ambicji politycznych Zbigniewa Ziobry. We wczesnych latach w krakowskim PiS zwolenników partii mocno smucił wyraźnie zarysowany konflikt Ziobry ze Zbigniewem Wassermannem. Nie wiem o co chodziło poza politycznymi ambicjami, ale jestem przekonany, że to wyjątkowa mądrość i powściągliwość Wassermanna ograniczyła wizerunkowe szkody, które mogły być skutkiem tego konfliktu. Dużo później był długi okres, w którym Ziobro próbował samodzielnie budować SP i potraktowałem to ze zrozumieniem, jednak tylko do momentu, w którym okazało się, że nie jest to próba sięgnięcia po nowy elektorat, ale próba politycznej rywalizacji z PiS. Pamiętam z tego trudnego okresu demagogię i bezpośrednie ataki na PiS, które skłoniły mnie do skreślenia całej partii SP z wszelkich rozważań. Długo więc trwał mój powrót do ponownej aprobaty dla Zbigniewa Ziobry i całej SP, gdy zrozumieli kompletne fiasko wysiłków zbudowania samodzielnej siły politycznej w konkurencji do PiS i powrócili pod skrzydła Kaczyńskiego. Byłem przekonany, że to doświadczenie wykluczy ponawianie dalszych podobnych prób i będą trwałym uczestnikiem biało-czerwonej drużyny, w której z oczywistych powodów nikt nie kwestionuje przywództwa Prezesa PiS. Chybotliwa sytuacja polityczna wymaga szczególnej dyscypliny, a prominentny udział SP w rządzie otwiera wystarczające pole dla realizacji swoich ambicji, a także do wpływania na całą linię polityczną.
Nie mam wątpliwości, że Jarosław Kaczyński jest otwarty na głosy wielu polityków ZP i bierze pod uwagę przedstawiane przez nich idee i poglądy, ale dotychczasowy bieg spraw jasno pokazuje, że ma dobre powody, by sam wybierał rozwiązania i podejmował decyzje w oparciu o własne, pełne i głęboko przemyślane widzenie całości spraw. To się dotychczas zawsze okazywało optymalne dla Polski i jego polityczni partnerzy powinni to przyjąć. Nie znam przykładu, by jakiś genialny pomysł SP czy Porozumienia został odrzucony i to odrzucenie zaszkodziło Polsce. W wielostronnie trudnej sytuacji politycznej Kaczyński zawsze szedł po linie i dowiódł, że potrafi to robić, ale nie wolno innym politykom pchać się na tę samą linę, choć nie mają podobnych umiejętności. Tak więc w tym przypadku liczne zasługi Ziobry i polityków SP są mniej ważne, niż spoistość biało-czerwonej drużyny w działaniach, które wymagają zdyscyplinowanego ustawienia się w szeregu wyznaczonym przez przywódcę.
Wszystkich, którzy kwestionują potrzebę takiej dyscypliny zapytałbym, czy nie widzą, że SP zapomina wcześniejsze doświadczenia i zwolna powraca do budowy samodzielnego bytu w konkurencji do PiS. Mają prawo do takiej decyzji, ale nie mają prawa wymagać od Kaczyńskiego, by to tolerował. Dlatego Kaczyński słusznie wywołał tę burzę, która praktycznie uderzyła w formie jednoznacznego ultimatum: „Albo staniecie w szeregu i pójdziemy ostro do przodu, albo idźcie sami swoją drogą”.

Szczególnie obfity wysyp różnych anonimowych porad i prognoz przyjął linię wieszczącą koniec politycznej drogi Jarosława Kaczyńskiego. Porady są jak zwykle wzajemnie sprzeczne, nawet wykluczające się, a prognozy są tylko powieleniem wielu wcześniejszych i nietrafnych prognoz. Zabawne są głosy tłumaczące, że Kaczyński, tak jak każdy inny polityk musi wysłuchać krytyczne uwagi, bo inaczej wsparcie pochlebców zakłóci jego widzenie spraw. Zabawne, bo przecież od wielu lat JK jest zasypywany taką krytyką, że mógłby obdzielić nią wszystkich aktywnych polityków, a ta krytyka, dla której bardziej właściwym słowem jest „nienawiść” będzie kiedyś pokazana w specjalnym muzeum czasu przełomu. Tę batalię Jarosław Kaczyński wygra, a jeśli dojdzie do wyborów, to Polacy staną przed najpoważniejszym wyzwaniem, decydując czy chcą kontynuacji tego rozwoju Polski, który rozpoczął się w 2015, czy wolą powrót do tego co było wcześniej. Rozwój będzie przyspieszony, ale ze swej natury i tak powolny, za to powrót do katastrofy sprzed 2015 nastąpi błyskawicznie.

TEKST UKAZAŁ SIĘ NA  SALON24.PL 19 WRZEŚNIA 2020

 

Pin It