W szeroko komentowanej wypowiedzi Wiceprzewodniczącej PE Katariny Barley, większość zwróciła uwagę na oburzające słowa o "głodzeniu" Polski i Węgier poprzez odcięcie funduszy unijnych, prawie nikt na samą istotę sprawy, w sposób wstrząsający obnażającą sposób myślenia elit unijnych o krajach naszego regionu. O le bowiem kontekst i sam fakt użycia w stosunku do nas słowa "głodzenie" jest przedmiotem sporu, o tyle mowy być nie może o jakichkolwiek wątpliwościach co do samej esencji wypowiedzi.

Otóż czołowa polityk Niemiec uważa, że Polska, Węgry i zapewne inne kraje z Europy Środkowej i Wschodniej - żyją z dotacji unijnych. Nie z ciężkiej pracy własnych społeczeństw, nie z ogromnego poświęcenia przy wyjściu z komunizmu, narzuconego tej części kontynentu w wyniku działań Niemiec właśnie. Co to to nie. Żyjemy z dotacji, z łaski zachodnich dobroczyńców, bezinteresownie obdarowujących nas swoim bogactwem. Wystarczy zakręcić kurek z subwencjami, a umrzemy z głodu zimna i braku dachu nad głową.
Pomijam, że taki stan świadomości dyskwalifikuje tą panią jako człowieka myślącego, ale podobne wypowiedzi niszczą wprost narrację obecnej polskiej opozycji, starającej się na każdym kroku podkreślać wielki postęp gospodarczy i niezwykłą społeczną mobilizację, dzięki której, w ciągu ostatnich trzydziestu lat staliśmy się krajem nowoczesnym i zasobnym. Jak się okazuje to nieprawda. Nic od nas nie zależało i nie zależy. To tylko dobra wola i gruby portfel dobrych wujków z zachodu zapewnia nam znośne warunki życia, ale też obliguje do kłaniania się i zajmowania odpowiedniego miejsca przy stole.
Los sprawił, że w 1987r., w ramach studenckich praktyk robotniczych przepracowałem miesiąc wakacji w FSO. To przeżycie pamiętam do dziś, podobnie jak pamiętam Warszawę mojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Miasto w dużej części przemysłowe, o sporych zbiorowiskach robotniczych, dzielnicach fabryk i zakładów produkcyjnych, jak Służewiec Przemysłowy, zamieniony w osławiony "Mordor". Jechałem z Mokotowa na Żerań pierwszą "12" - 4'37. Po drodze mijały mnie tramwaje i autobusy z tłumem zmierzającym w stronę Służewca, a nie mniejszy tłum czekał na przystankach na "33", w stronę Huty Warszawa, albo "10" na Wolę. W kilka lat później nic z tego nie zostało. Na Warszawie swoje piętno odbił Balcerowicz i cały przemysł po prostu zniknął. Nie wiem co się stało z ludźmi, choć w większości jakoś sobie poradzili.
I choć wiem jak to wyglądało, bo na własnej skórze odczułem "bareizm" Fabryki Samochodów Osobowych, to tym bardziej mnie dziwiło, że ktoś uznał takie zakłady za zdolne do natychmiastowego stawienia czoła konkurencji wpuszczonych szeroko otwartymi drzwiami koncernów zachodnich, dysponujących tym wszystkim, czego Polakom było brak, w tym zwłaszcza kapitałem i kredytem. To starcie musiało się skończyć katastrofą i niesamowita tylko odporność i przedsiębiorczość polskiego społeczeństwa sprawiła, że jesteśmy w przyzwoitej sytuacji, choć za okropną cenę.
Za przerwanie ciągłości życia gospodarczego we wrześniu 1939r. płacimy do dziś. Nie mamy swoich korporacji z długoletnią tradycją. To co się ostało musiało przejść przez rządy postkomunistycznych kacyków, albo turbo liberalnych Lewandowskich Wąsaczy, Tusków i Nowaków. Nowej Warszawy z wepchniętymi gdzie się da szklanymi wieżami nie zasiedlają pracownicy polskich firm. Podobno UE dała nam rynki i szanse. Oczywiście - polskie koncerny medialne, mogłyby mieć taki sam dostęp do rynku niemieckiego, jak niemieckie do naszego. Mogłyby, gdyby istniały. Podobnie we wszystkich innych branżach.
Polacy pracują ciężko, co widać, zwłaszcza jesienią i zimą, po tych biurowcach, w których liczne światła palą się do bardzo późna. Wzięci na smycz kredytów, ciągle zagrożeni u podstaw swojej egzystencji, bo teza, że w Polsce klasę średnią od bezdomności dzielą 2 - 3 raty kredytu, wciąż jest niestety aktualna, słyszą teraz od przedstawicielki kraju w ogromnej mierze za ten stan odpowiedzialnego, że ich praca nie jest nic warta bez unijnych dotacji.
Nie wiem jakim mianem określić polskich polityków, nie potrafiących na takie słowa zareagować, albo polskojęzyczne gazety i ich redaktorów, te słowa usprawiedliwiających. Wiem, że "na zachodzie bez zmian" i o tym pamiętać musimy. Godność możemy wywalczyć tylko sami, nikt dobrowolnie jej nie uszanuje.
I mam tylko wątłą nadzieję, że w końcu polskie służby fiskalne policzą ile obce koncerny wywożą z Polski zysków, w jakiej formie i ile płacą podatku. Bo być może choć lekko przyciśnięte, będą w stanie wytłumaczyć podobnym do tej nieogarniętej niewiasty, żeby wypowiadała się o Polsce przez zamknięte usta.


Opublikowano:  na Salon24.pl 6 października 2020,

 

Pin It