Według Morawieckiego odnieśliśmy podwójne zwycięstwo. Według Budki Morawiecki okazał się podwójnym miękiszonem. Według Ziobry przez Morawieckiego nasza suwerenność może być znacząco ograniczona. Według Gowina dzięki Morawieckiemu nasza suwerenność została wzmocniona. Według Sikorskiego Morawieckiemu dano dupochron przed Kaczyńskim i Ziobrą. Według Tuska Morawiecki otrzymał jedynie sposób na zachowanie twarzy. Według Ziemkiewcza Morawiecki dał ciała. Według Passenta Morawieckiemu nie udało się oddzielić praworządności od pieniędzy. Według Kaczyńskiego udało się zdobyć wszystko, co tylko było teraz do zdobycia możliwe.


Teraz najważniejsze: Co się stało według mnie?
Według mnie stało się dobrze. Przychylam się do autoreklamy Morawieckiego i umizgów Gowina, zaraz napiszę dlaczego, najpierw parę słów wprowadzenia. Otóż frustracja Ziobry, zapiekłość Tuska, knajacki język opozycyjnych polityków i uszczypliwość obydwu publicystów są zrozumiałe wobec fiaska wygórowanych nadziei, jakim wszyscy wymienieni ulegli. A to tylko kilka głosów spośród równie zawiedzionych tłumów. Pragnąć definitywnej porażki oponenta i się jej nie doczekać – to boli. Tak samo jak nie doczekać się pełnego sukcesu swojej strony. Kaczyński na próżno ostrzegał, że w tego typu negocjacjach stuprocentowych zwycięstw się nie odnosi. Zapomniał też dodać, że nie odnosi się także stuprocentowych porażek. W rezultacie wszyscy, którzy nie są Morawieckim lub Kaczyńskim, chodzą z niezadowolonymi minami, zarówno ci, co pragnęli twardego weta, jak ci, co liczyli, że Morawiecki zostanie na szczycie UE rozjechany.
Morawiecki i Kaczyński są ze wszystkich stron zakrzykiwani. Wśród powszechnej wrzawy łatwo ulec wrażeniu, że niezadowoleni mają rację. Pewnie sam bym poszedł za owczym pędem, gdybym nie zauważył, z jaką nienawiścią i zajadłością na temat niedoszłego weta Polski i Węgier pisze się na Zachodzie. Za przykład niech posłuży artykuł w czasopiśmie Bloomberg autorstwa niejakiego Andreasa Klutha. Dostało się w nim również kanclerz Niemiec, wystarczy przeczytać tytuł: „Porozumienie Merkel z Węgrami i Polską to za daleko idący kompromis” („Merkel’s Deal With Hungary and Poland Is a Compromise Too Far”).
Zdaniem autora artykułu Merkel ma zwyczaj rozmywać sprawy, ale tym razem doprowadzi do osłabienia Unii Europejskiej i zszargania własnego dziedzictwa. Kompromis zastał ubity - zżyma się w następnym akapicie Kluth - między jej rządem i dwoma krnąbrnymi państwami, Węgrami i Polską, które zagroziły Wspólnocie zablokowaniem w drodze weta siedmioletniego budżetu i funduszu łagodzenia skutków pandemii o łącznej wartości 1,8 biliona euro celem wymuszenia rezygnacji z mechanizmu wiążącego fundusze UE z praworządnością.
Sztuczka Merkel polega na tym - wyjaśnia autor - że mechanizm pozostaje na papierze, tak żeby Unia mogła twierdzić, że nie ustąpiła, ale jest wykastrowany za pomocą dodatkowych „interpretacji”, by prawie na pewno nie wejść nigdy w życie. Dzięki temu z kolei Węgry i Polska będą mogły ogłosić zwycięstwo i pozwolić unijnym pieniądzom płynąć do ich skarbców.
Na temat pięciu sędziów na zapas, od których batalia o sądy w Polsce się zaczęła nie ma w artykule ani słowa, Kluth woli zacząć od tego, jak to Węgry i Polska od lat podcinają fundamentalne zasady liberalnej demokracji, które wszak zaakceptowały wstępując do UE, i jak to ich populistyczne rządy ukradkiem i cynicznie demontowały niezależność sądownictwa, co w końcu doprowadziło Brukselę do uruchomienia przeciwko nim słynnego artykułu siódmego.
Że legalność procedury była wątpliwa, w artykule też głucho, autor boleje natomiast nad niemożnością wszczęcia sankcji, gdyż Węgry i Polska korzystając z wymogu jednomyślności wszystkich państw Unii udzielają sobie nawzajem poparcia. W tej sytuacji – ze wzruszającą prostodusznością tłumaczy Kluth - koalicja Holandii z paroma podobnie myślącymi krajami i Europarlamentem zaczęła się domagać włączenia na rympał do historycznej umowy z lipca dodatkowego mechanizmu, z którego miała wynikać prosta zasada: nie będzie praworządności, nie będzie pieniędzy. Na wieść o tym Węgry i Polska zagroziły utopieniem całego pakietu.
Autor już nie przebiera w słowach: No i zaczęły się machinacje Merkel. W pierwszej wersji kompromisu tekst został tak rozwodniony, że mechanizm stał się praktycznie bezużyteczny. Może być teraz stosowany tylko w przypadku łamania praworządności w zakresie niewłaściwego wydawania pieniędzy z Brukseli. Nie ma już żadnej mocy w odniesieniu do wszystkich innych nadużyć, od wybierania nie tych sędziów co trzeba do zastraszania dziennikarzy, profesorów i oponentów. Ale nawet to nie zadowoliło Budapesztu i Warszawy – oburza się Kluth – powstaje zatem wersja ostateczna. Na dokładkę do wcześniejszego rozwodnienia mamy jeszcze perspektywę ciągłego odwlekania. Ugoda nie ruszy dopóki Węgry i Polska nie znajdą sposobności skierowania jej do Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, który rozpatrzy sprawę dopiero w połowie 2022 roku. Akurat po wyborach parlamentarnych na Węgrzech – pomstuje autor.
Ciąg dalszy pomstowania: W ten sposób premier Orban zarządzając quasi-autokracją będzie mógł dalej prowadzić swą cyniczną grę inkasowania europejskiej gotówki utrzymującej na powierzchni jego tonącą gospodarkę. Węgry z pandemicznego stimulusu, na który tak łaskawie się zgodziły, dostaną dodatkowo 6,2 miliarda euro. Polska, największy odbiorca unijnych pieniędzy, ze stimulusu może spodziewać się jeszcze więcej, bo aż 23.1 miliarda euro. Nie trzeba dodawać, że skalkulowany według liczebności populacji stimulus należy się wszystkim 27 państwom Unii jak psu micha, i redaktor Kluth tego nie dodaje.
Furię autora potęgują słuchy, że rozumienie kompromisu może zostać poszerzone o dalsze komplikacje: Nawet gdyby luksemburski Trybunał zatwierdził mechanizm praworządności, Węgry i Polska prawdopodobnie będą mogły apelować lub odwracać decyzje, odwlekając je w nieskończoność, a Portugalia obejmująca 1 stycznia prezydencję może też oficjalnie umorzyć odrębne postępowanie w trybie artykułu siódmego.
Sztuczka Merkel - nie przestaje się pienić Kluth – sprawiła tyleż zawodu, co była niepotrzebna. Unia miała w ręku wszystkie atuty. Mogła opóźnić przyjęcie siedmioletniego budżetu i wkroczyć w 2021 rok z tymczasowym budżetem, a 25 krajów poza Węgrami i Polską mogły ufundować własny stimulus, co szybko ustawiłoby Budapeszt i Warszawę w szeregu.
Teraz przychodzi kolej na kazuistykę: Generalnie, rozwadnianie spraw – z talentem Merkel w tej dziedzinie – jest niedocenianym rzemiosłem. To często jedyny sposób osiągnięcia czegoś w polityce, nie tylko w UE. Jednakże praworządność nie jest tylko techniczną sprawą jak powiedzmy fundusz restrukturyzacji czy wytyczne do budżetowego deficytu. Sądownicza niezawisłość i towarzysząca jej wolność prasy i zrzeszania się są niezbywalne dla ponadnarodowego bloku, który utrzymują razem wspólne wartości. Praworządność jest w istocie sprawą egzystencjalną dla Unii. Rozwadnianie jej oznacza początek rozwiązywania UE.
Europa pod przewodnictwem Angeli Merkel, która za niespełna rok przejdzie na emeryturę, stała przed faustowskim wyborem: mogła strzec swoich wartości, nawet kosztem opóźnienia niezbędnego zastrzyku pieniędzy, albo pozwolić płynąć gotówce, ale za cenę zaprzedania swojej duszy. Niestety UE nie zdała egzaminu.
Redaktor Kluth spuszcza kurtynę i teraz niech ktoś powie, czy po tylu wielkich słowach, po takiej erupcji pienienia się, nienawiści, zajadłości, pomstowania, furii, można jeszcze uważać, że Morawiecki nic w Brukseli nie osiągnął, okazał się podwójnym miękiszonem, dał ciała, nie oddzielił praworządności od pieniędzy? Kto chce, może nadal tak uważać. Ja zaś uważam, że jednak wygraliśmy w Brukseli i to bardzo wysoko.

Tekst ukazał się na Salon24.pl 12 grudnia 2020r

 

Pin It