Już dawno po wyborach, Kolegium Elektorów już tydzień temu ogłosiło swój werdykt, a Trump nadal odmawia uznania zwycięstwa Bidena i nadal twierdzi, że wybory były sfałszowane. Kilka sądów amerykańskich, w tym Sąd Najwyższy, odrzuciło jego pozwy z żądaniem unieważnienia wyborów, a Donald jakby nigdy nic czeka, aż 6 stycznia zbierze się Kongres i zakwestionuje listy elektorskich głosów z pozwanych stanów.

Do unieważnienia wyborów może dojść tylko wtedy, gdy zarówno Izba Reprezentantów, jak Senat, przegłosują odrzucenie tych list, na co się raczej nie zanosi, bo kilku republikańskich senatorów, z liderem partii na czele, już odmówiło głosowania wbrew woli narodu. Wiceprezydent Pence musi w Kapitolu oficjalnie ogłosić orzeczenie Kongresu i nikt mu nie zazdrości sytuacji, w jakiej się znalazł. Trump, rzecz prosta, nie przyjmie decyzji ustawodawców do wiadomości i nadal będzie odmawiał kooperacji w procesie przekazywania władzy. Zdaniem opozycji, mediów i zwykłych ludzi, znających Trumpa jak kogoś z własnej rodziny, taki stan rzeczy potrwa do dnia inauguracji prezydentury Bidena, na której zresztą Trump się nie zjawi. Demokraci całkiem na serio się obawiają, że 20 stycznia Donald nie opuści Białego Domu i trzeba go będzie siłą stamtąd wynosić.
Po co on tak rozrabia? Po co stwarza takie obawy?
Postępowaniem polityków kierują czasem sprawy małe, czasem duże. Małą sprawą był na pewno apetyt na seks ze stażystką. Doszło z tego powodu niemal do impeachmentu Clintona. Z kolei troska o dobro kraju z pewnością należy do dużych spraw. Tu o dziwo przychodzi na myśl Nixon, który właśnie dla dobra kraju zrezygnował z kontestowania zwycięstwa Kennedy’ego w 1960 roku, też w związku z podejrzeniami o sfałszowanie wyborów. Później niestety zdarzyło się Watergate, do którego doprowadziła małostkowa chęć ułatwienia sobie reelekcji. Natomiast Clinton na dzień dobry rzucił hasło „Economy, stupid”, żeby w aureoli tego hasła zakończyć prezydenturę. I to była niewątpliwie duża sprawa, niszczeniu której poświęcił się wojowniczy Bush syn.
W przypadku Trumpa, nie było żadnych dużych spraw, które by kierowały jego postępowaniem, były tylko małe sprawy. Trump owszem dokonywał niezwykłych rzeczy – rozkręcił gospodarkę, nie dopuścił do wojny z Iranem i Północną Koreą, dobił ISIS, wyprowadził wojska z Iraku i Afganistanu, wspomógł Izrael, zabezpieczył w sporej częśći granicę z Meksykiem, zmniejszył deficyt w handlu z Chinami, obniżył import ropy naftowej, przyhamował brykanie Rosji, ustanowił USMCA w miejsce NAFTA, powstrzymał budowę Nord Stream 2, narzucił Europie zwiększenie wydatków na obronę, puścił w ruch produkcję respiratorów i szczepionek przeciw covidowi, zwiększył obecność wojsk USA w Polsce – ale żadna z tych rzeczy nie doszła do skutku za sprawą jakiejś idei, która by wykraczała poza partykularne „America First” czy „Make America Great Again”.
Pewien komentator izraelski powiedział o Jelcynie: „W jego głowie nigdy nie było żadnych wysokich myśli. Były w niej tylko pospolite myśli. Gdzie by tu pojeść, popić, potętegować. Jelcyn z dwoma takimi jak on rozwiązał w Puszczy Białowieskiej ZSRR, tylko po to, żeby usunąć Gorbaczowa ze stanowiska prezydenta Związku Radzieckiego i samemu zostać prezydentem Rosji. Jedynie o to chodziło temu pijakowi”.
Trump nie jest pijakiem, ale w jego głowie też nigdy nie było żadnych wysokich myśli. Niezwykłe rzeczy, których dokonywał, rodziły się wyłącznie z pospolitych myśli, takich jak: to załatwię z moim kumplem Xi, tamto z Kimem, tu dogadam się z Merkel, tam z Putinem, my wszyscy bardzo się lubimy, ale oni za dużo oszukują, więc trzeba ich trochę przycisnąć. Te niby duże sprawy - globalne ocieplenie, LGBT, gender, jakieś pro-choice, jakieś pro-life, małżeństwa jednopłciowe, BLM, wspólne wartości – kto by się tym wszystkim przejmował. Ja? Na pewno nie.
Tak widzą Trumpa wszyscy i raczej nie popełniają błędu w ocenie. Zawsze myślał i zachowywał się w ten sposób - na podwórku, w szkole, na studiach, jako biznesmen i jako prezydent. To było źródłem jego sukcesów i zarazem źródłem pogardy do niego ze strony elit.
Pytanie dlaczego Trump walczy do końca jest w gruncie rzeczy pytaniem retorycznym, każdy zna odpowiedź na nie. Bo jest typem człowieka, który zawsze walczy do końca, który nigdy się nie poddaje, który zawsze wyrównuje rachunki. Opozycja przez cztery lata wylewała na niego kubły pomyj, upokarzała go rozpowszechniając prawdziwe i zmyślone historie o jego życiu intymnym, zaprzęgła agencje rządowe do inwigilacji jego komitetu wyborczego, zastawiała pułapki prawnicze (perjury traps) na jego doradców i bez skrupułów pakowała ich do więzienia, do kosmicznych rozmiarów rozpętała na niego nagonkę Russia, Russia Russia, trwającą od rana do nocy przez całą kadencję, rujnowała reputację mianowanych przez niego sędziów i urzędników, urządziła mu fake’owy impeachment, pod byle pretekstem flekowała jego żonę, za jej angielski, za jej ubiory, za renowacje pomieszczeń w Białym Domu, za świąteczną choinkę, za nietrzymanie męża za rękę. Była to po prostu gra na wyczerpanie i za postępowaniem Demokratów niekoniecznie stały duże sprawy.
Teraz za to wszystko Demokraci płacą. Za to wszystko i dodatkowo za głupotę Hillary Clinton, która przed wyborami publicznie zaklinała Bidena, że "w razie nieznacznej różnicy wyników, pod żadnym pozorem nie wolno mu uznać swojej porażki, bo to będzie się przeciągało i na pewno wygra, jeśli nie oddamy ani centymetra i będziemy tak bezwzględni jak druga strona”. Opozycja od 3 listopada wścieka się całymi dniami, że Trump postępuje nieetycznie. Tymczasem on, nie oddając ani centymetra i będąc tak samo bezwzględny jak druga strona, wypełnia tylko ściśle instrukcje nieszczęsnej Hillary, co prawda nie do niego kierowane. Demokraci wiedzą, że Biden wygrał te wybory, mimo to najwyraźniej wciąż się boją, że nie będzie prezydentem, bo Trump nie chce uznać jego zwycięstwa. Jest to strach irracjonalny, który najtrudniej kontrolować. Poza tym rozumieją, że teraz gra na wyczerpanie toczy się w drugą stronę. Trump nie ma zwyczaju nadstawiać drugiego policzka. Szykują się więc cztery lata nagonki Hunter, Hunter, Hunter, na zmianę z China, China, China. Ktoś powinien wreszcie zatrzymać tę wirówkę nonsensu. Ale gdzie takiego herosa szukać?

Opublikowano: na Salon24.pl 20 grudnia 2020,

 

Pin It