Błoto stwarza czasem pozory głębi. - S.J. Lec
Obserwuję ostatnie informacje dochodzące z frontu ukraińsko-rosyjskiego i odczuwam sympatyczne déjà vu. Recz jasna gaworzenie o totalnej klęsce wojsk Federacji Rosyjskiej jest z pewnością przedwczesne, ale to co się dzieje przywołuje w myślach wydarzenia sprzed lat, które z punktu widzenia mieszkańca Odrowiśla trzeba oceniać pozytywnie. Jakże bowiem nie cieszyć się efektów ofensywy Sił Zbrojnych Ukrainy? Dlaczego miałyby mnie smucić paniczne ucieczki całych kompanii i batalionów Moskali z terenów Obwodu Charkowskiego?

Czyż widok Tuwińca, Buriata, Czeczena i Rosjanina przystrojonych w czapki z demobilu, kurtki ukradzione z szaf ukraińskich gospodyń wiejskich i dziurawe trampki, zwiewających gdzie pieprz rośnie nie powinien mile łechtać fragmentu mózgu odpowiedzialnego za dobre samopoczucie? Ależ tak! Takie obrazków z pewnością chcielibyśmy widzieć więcej. Czy jednak są one jakoś ekstraordynaryjne? No nie.
Nie mam zamiaru drapować się w szaty proroka. Niech tym zajmą się inni. Nie mogę jednak odmówić sobie przyjemności przypomnienia, iż od dawna wspominałem, że Chanat Moskiewski, a tym samym jego administracja, gospodarka, służby, system polityczny, stosunki społeczne, relacje międzyludzkie, metody zarządzania i wreszcie armia to bardak nad bardakami. Sorki za rusycyzm, lecz to właśnie słowo (przyznaję brzydkie) opisuje idealnie stan, który mam na myśli. Najpewniej znajdą się obrońcy dobrego imienia Rosjan oraz stosunków panujących na obszarze zarządzanym z Moskwy, ale fakty świadczą same za siebie. Rosja to kraina (uwaga zapożyczenie!) Zulu Gula. Ba! I do tego wcale nie wesoła jak niegdyś kraj nad Wisłą, ale szara, brudna, opryskliwa, połączona na sznurki, wroga samym jej mieszkańcom, zapyziała, niebezpieczna i okrutna. Wprawdzie jej elity, a raczej gangi nią zarządzające, potrafią prowadzić sprytne działania marketingowe mające na celu przypudrowanie skrajnie brudnego i chorego oblicza państwa pozostającego w ich władaniu, ale takie sztuczki prędzej czy później wychodzą na jaw. Szczególnie w okresach kryzysu. A z takim mamy dziś do czynienia. Jak wspomniałem wyżej – nie jest to czymś wyjątkowym. Aby krótko uzasadnić to spostrzeżenie, powoli przeradzające się w aksjomat, przywołam przykłady dotyczące niezbyt odległej historii i zogniskowane na zdolnościach wojennych, bo te są zawsze flagowym emblematem Rosji.

       Analizując przyczyny klęski Rosji w Wojnie Krymskiej prof. A. Chwalba doszedł do następującego wniosku: „Wojna krymska była pierwszą od wieków wojną, którą Rosja przegrała. Jej przebieg wykazał, że w istocie Rosja nie była gotowa do realizacji imperialnych planów, gdyż „zapomniała” o potrzebie stałej modernizacji administracji, struktur władzy i armii”.
Pominę pewną nieścisłość dotyczącą „wieków”, które rzekomo minęły od ostatniej porażki Rosji do czasu klęski w Wojnie Krymskiej, lecz reszta się zgadza. Podobna sytuacja zaistniała pół wieku później, gdy władca Wszechrusi oraz jego generalicja zapewniali w Petersburgu ambasadorów państw europejskich zgromadzonych na raucie, że następne spotkanie w tym gronie odbędzie się niebawem pod auspicjami cara na dworze byłego (!) cesarza Kraju Kwitnącej Wiśni. Wiemy, że marzenia Moskali okazały się majakami sennymi. W obu przypadkach.

    Kreml obserwował degrengoladę Imperium Osmańskiego oraz wewnętrzną walkę tureckich koterii i w 1853 r. postanowił zgodnie z wielowiekową zasadą („kąsaj krwawiącego!”) wykorzystać zaistniałą sytuację. Rzucił się niczym hiena na „padlinę”, która jeszcze nią nie była, bo potrafiła stanąć przeciw wrogowi wraz z sojusznikami. W przypadku Japonii kręgi decyzyjne Petersburga i Moskwy w głupi sposób zlekceważyły Nippon, nie zauważając, iż przez kilka dekad Tokio zapalczywie przeprowadzało głębokie i radykalne reformy. Jednak prawdziwe przyczyny niepowodzeń rosyjskich tkwiły znacznie głębiej. A mianowicie w jej ustroju opartym na kłamstwie, nieposzanowaniu drugiego człowieka, mafijnych relacjach wewnętrznych, niepohamowanym grabieniu mienia wspólnego, kulcie siły oraz czynieniu niemal wszystkiego byle jak.
Oczywiście rojenia o wszechpotędze są w Rosji powszechne i dotykają zarówno tych ze świecznika, jak i zwykłego mieszkańca Jegoriewki pod Omskiem, ale to jedynie objaw specyficznej choroby. Choroby podsycanej… paradoksami. Bo na przykład to do rdzenia przegniłe państwo potrafiło (choć zajęło mu to dwa lata!) spacyfikować Powstanie Styczniowe, stłumić bunty na Kaukazie i wyrżnąć prawie wszystkich Czerkiesów, lecz w konfrontacji z koalicją państw nowoczesnych (Wojna Krymska 1853-56), czy też krajem dobrze zorganizowanym i patriotycznym społeczeństwem (wojna rosyjsko-japońska 1904-05) poległo na całej linii. Nie w wyniku spisku, przemożnej przewagi przeciwnika, zdrady, gargantuicznej katastrofy naturalnej czy czegoś podobnego. Po prostu Rosja już taka jest.

    Pragnę jeszcze zwrócić uwagę tych wszystkich, którzy na słowa Россия не любит Польшу dostają natychmiast biegunki i oczyma wyobraźni widzą ruskie czołgi na rogatkach Warszawy, że mit Wojny Ojczyźnianej także zbudowany jest na kłamstwie. Dla jasności obrazu zaznaczę, iż z historycznej perspektywy dobrze się dla nas stało, iż ZSRR pokonał III Rzeszę, lecz dla tego zwycięstwa nie wystarczyła miłość do Stalina i partii, czy też heroiczna odwaga tego czy owego sowieckiego żołnierza. Bez wsparcia Anglosasów d..a byłaby blada. To dzięki Amerykanom i Brytyjczykom Sowieci mogli wystawić przeciw Niemcom 18 000 samolotów, 12 000 czołgów, dziesiątki tysięcy ciężarówek i armat. Wszystko to przewoziły lokomotywy wyprodukowane w Chicago i Yorku. Ba! Według rosyjskiego badacza II Wojny Światowej w 1944 r. ponad połowa krasnoarmiejców przemierzała bezkresne obszary Europy Wschodniej w butach Made in USA. Wspominam o tym nie dlatego, aby dyskredytować wysiłek i poświęcenie symbolicznego Iwana z Rostowa. Absolutnie – nie! Przypominam tylko, iż bez zastrzyku technologii, sposobów zarządzania, procedur logistycznych i zwykłej gumy do majtek Rosja jest tylko przysłowiowym kolosem na glinianych nogach. Ratuje ją li tylko to, że posiada broń atomową. Oczywiście zbudowaną w oparciu o… ukradzione technologie.

       Na zakończenie przestroga. Cieszą mnie niepomiernie kłopoty Moskali na Ukrainie. Zdaję sobie jednak sprawę z faktu, że nie powiedzieli oni jeszcze ostatniego słowa. Ani nawet przedostatniego, gdyż radość polskich i europejskich dziennikarzy, polityków oraz komentatorów przywołujących wypowiedzi rosyjskich funkcjonariuszy medialnych gardłujących o tym, iż posiadanymi na dziś zasobami Rosja nie będzie w stanie wygrać z Kijowem, na dowód tego, iż Rosja upada, uważam za naiwność. Odczytuję bowiem te „orędzia” jako apele do kremlowskich władz o częściową lub powszechną mobilizację, a nie jako przyznawanie się do klęski. Mogę się mylić, ale mental Moskali jakoś tam poznałem i wiem, że należy ich słowa odczytywać nie wprost, lecz niczym zaszyfrowany meldunek służb specjalnych. Jak sytuacja się rozwinie? Poczekajmy. Na dziś władca kraju Zulu Gula ma sporo powodów by uronić przynajmniej kilka łez. I dobrze.

Tekst ukazał się na Salon24.pl 13 wrzesnia 2022r

 

Pin It