Nie powinniśmy mieć obaw dotyczących istnienia Trybunału Konstytucyjnego w Polsce, ponieważ on już nie istnieje. Został skutecznie, choć niezgodnie z prawem zlekceważony w ważnej sprawie, a to złamanie Konstytucji przebiegło w ciszy wewnętrznej i międzynarodowej. Wyłom publicznego pominięcia, czyli zlekceważenia pokazał, że sędziom Trybunału można bezkarnie zagrać na nosie, że można się z nimi kompletnie nie liczyć, a więc można też bez konsekwencji (na razie) w najbliższych dniach ich dobić.
Zapowiedzi dobicia zostały wypowiedziane wprost przez obóz rządzący, bo, cóż, TK rządzącym przeszkadza.

Oczywiście Trybunał teoretycznie istnieje, prezydent nawet przesłał do niego ustawę budżetową po podpisaniu, zbiera się nawet i orzeka, ale nie ma to żadnego praktycznego znaczenia, ponieważ został skutecznie zmarginalizowany i pozbawiony niezbędnego szacunku. Akcja pozbawiania szacunku była przemyślana, wieloetapowa i skoordynowana, przejawami tej akcji było na przykład nazywanie Trybunału Konstytucyjnego Trybunałem Przyłębskiej, albo akcentowanie, że prezes TK jest tylko magistrem, czyli sugerowanie, że przy profesorach prawa brak jej rzekomo wykształcenia i kompetencji. Powszechny szacunek do Trybunału mógłby być gwarantem ewentualnej społecznej walki o sąd konstytucyjny, czyli najważniejszy w Polsce sąd, ale takiej walki nie będzie, oczywiście nie licząc stanowiska aktualnej opozycji.

Wystarczająco dobrze znamy chronologię zdarzeń, żeby obiektywnie stwierdzić, iż proces psucia TK rozpoczęła Platforma, a twórczo rozwinął go PiS. PiS wprowadził do Trybunału polityków, a Jarosław Kaczyński publicznie nazwał prezes Julię Przyłębską „odkryciem towarzyskim” i przyznał, że bywa u niej w domu, choć powinien być bardziej powściągliwy w słowach i czynach. Ale tego prezesowi nikt powiedzieć nie może, bo jakakolwiek krytyczna uwaga jest zdradą i odsyła krytykującego w otchłań nieistnienia.
Nic dziwnego, że TK był i jest postrzegany jako przedłużenie linii partyjnej. To czy jest, czy nie jest tym przedłużeniem, nie powinno jednak decydować o skazaniu TK na nieistnienie, a tak właśnie zrobili sędziowie Sądu Najwyższego, a potem Sądu Okręgowego w Warszawie. W sprawie Kamińskiego i Wąsika TK stwierdził, że prezydent mógł zgodnie z Konstytucją skorzystać z prawa łaski przed prawomocnym skazaniem i to kończyło sprawę. To znaczy powinno skończyć sprawę na podstawie artykułu 189 Konstytucji: „Trybunał Konstytucyjny rozstrzyga spory kompetencyjne pomiędzy centralnymi konstytucyjnymi organami państwa.” i art. 190 punkt 1. „Orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego mają moc powszechnie obowiązującą i są ostateczne.”
Ostateczne, powszechnie obowiązujące, ostateczne. Mimo to Sąd Najwyższy spektakularnie zlekceważył to orzeczenie i Sąd Okręgowy wydał wyrok na Kamińskiego i Wąsika. Najbardziej oczywista logika mówi, że w związku z orzeczeniem TK Sąd Najwyższy nie miał prawa skierować sprawy dwóch posłów do Sądu Okręgowego, Sąd Okręgowy nie miał prawa sprawą się zająć, a prawomocny wyrok na podstawie, którego Kamiński i Wąsik trafili do więzienia w ogóle w przestrzeni prawnej nie istnieje. Tak byłoby, gdyby w Polsce przestrzegano prawa, ale pospiesznie zrobiono by-passy prawne, żeby TK całkowicie pominąć, jakby go nie było. Osadzenie posłów w więzieniu po niebywałym wtargnięciu policji do Pałacu Prezydenckiego pokazało, że skutecznie zlekceważono orzeczenie najważniejszego w Polsce sądu, i że zrobić można wszystko, jeśli dysponuje się policją i postanowieniem podrzędnego sędziego, którego sympatie polityczne nie były po stronie posłów.

Jeszcze raz, żyjemy w państwie, w którym można już teraz całkowicie i bezkarnie zlekceważyć orzeczenia sądu konstytucyjnego. Konstatacja jest prosta, TK już nie ma, bo istnienie tego sądu potwierdza jedynie stosowanie się do wyroków, a resztę można traktować jak nic nieznaczący teatr.
Czeka nas ostatni akt, który zapowiedział minister Jan Grabiec słowami równie znamiennymi, co szokującymi: „Jeśli jakieś decyzje, orzeczenia czy postanowienia państwa zasiadających w Trybunale będą niezgodne z prawem, będą kwestionowały porządek prawny w Polsce, będą głupie po prostu, to trudno, żeby władze publiczne odpowiadały za współudział w tych nielegalnych działaniach i trudno, żebyśmy respektowali tego rodzaju decyzje, czy ogłoszone komunikaty”.
Jeszcze prostszym językiem ujął to publicysta Jacek Żakowski: „Może trzeba będzie uznać, że nie istnieje Trybunał Konstytucyjny formalnie, jak będzie wydawał wszystkie te idiotyczne wyroki. Może trzeba będzie olać pana prezydenta, ale nie może to być w atmosferze wojny na śmierć i życie”.
Oto dowiadujemy się wprost, że wyroki w sprawie wyroków Trybunału Konstytucyjnego wydawać będzie rząd, czyli władza wykonawcza, a jak się wyrok rządzącym nie spodoba, to nie będzie go respektować. Szokujące? Owszem, w najwyższym stopniu. Anarchia? Tak, całkowita. I co? I nic. Ta żaba została przełknięta przez polskie społeczeństwo, które w dużej części żąda najtwardszych działań wobec PiS i jego instytucjonalnej spuścizny, bo uważa, że to sprawiedliwe.
Chociaż radykalny elektorat koalicji demokratycznej domaga się radykalnych działań, chociaż przynieść one mogą doraźny efekt, to co do zasady są błędem, są też błędem w dłuższej perspektywie.
Zasadą jest bowiem szacunek do instytucji państwa, nawet jeśli w sposób oczywisty przez jakiś okres skażone są partyjniactwem. Wtedy niestety trzeba czekać, bo zniszczenie instytucji to zaproszenie dla przyszłych rządzących do takiego samego bezprawia motywowanego mandatem wygranych wyborów.
Czy rządzący zrozumieją, że ich działania na skróty przyniosą im w dłuższej perspektywie oczywistą stratę? Nie. Następcy będą brutalniejsi.

 Tekst ukazał się na Salon24.pl 4 lutego 2024r

Pin It