We wczorajszym poranku radia TOK FM Robert Kropiwnicki, poseł z PO, sekretarz stanu w ministerstwie aktywów państwowych, dr prawa i politolog, musiał mocno kluczyć, by wytłumaczyć Dominice Wielowiejskiej, jak „praworządnie” działa nowa koalicja rządowa. Na początku rozmowy dziennikarka zapytała wiceministra o zasady powoływania członków zarządów i rad nadzorczych spółek podległych skarbowi państwa, bo przed wyborami ówczesna totalna opozycja zapewniała, że oni stanowiska w państwowych przedsiębiorstwach będą obsadzać po wcześniejszych konkursach, w których będą startować sami fachowcy.. Z tego, co można zaobserwować, jak te zmiany w państwowych firmach następują, jasno wynika, że wyborcze łupy są najpierw dzielone między „swoich”, a o konkursach, „ani widu, ani słychu”.

Kropiwnicki kręcił w wyjaśnieniach, Wielowiejska naciskała i wyszło na to, że może i konkursy będą, ale później, bo teraz nie ma na to czasu, a zmiany w firmach trzeba już dokonywać, bo to konieczność dziejowa. Można przypuszczać, że to „później” nastąpi, kiedy nowe „tłuste koty” zostaną nakarmione, a ochłapy (niższe stanowiska) trafią do konkursów, które i tak wygrają ci, co wygrać mieli, czyli też „nasi”, choć trochę mniej ważni. I nic tu nie zmieniają zapewnienia Kropiwnickiego, że przecież koalicja rządząca musi mieć swoich zaufanych ludzi w państwowych firmach i, że są to siły fachowe, bo działania Tuska dowodzą czegoś zupełnie innego (m.in., wyrzucił córkę Róży vThun, ledwo zatrudnioną w ministerstwie cyfryzacji, rzekomo dlatego, by rządzący nie byli podejrzewani o nepotyzm, ale tu trafił, jak kulą w płot, bo to właśnie była osoba merytorycznie przygotowana), że to działania pozorowane, a ostatnie słowo i tak należy do wszechmocnego DT. W tej decyzji pewnie miało też znaczenie to, że matka wyrzuconej w pewnym momencie swojej kariery porzuciła PO, a takich wstąpień DT nie zapomina. Tusk rzekomo „pogonił” też Czarzastego, który przyszedł do niego ze swoimi kandydatami na intratne stanowiska, jakby jeszcze nie skapował, że Lewica teraz Tuskowi „dynda i powiewa”. To jednoznacznie dowodzi, że „zwycięzca jest tylko jeden” i on rozdziela łupy wyborcze, a koalicja była potrzebna tylko po to, by przegrany Tusk (przegrał z PiS-em) mógł chodzić w chwale zwycięstwa.
       Jeszcze ciekawiej się zrobiło, kiedy D.Wielowiejska zapytała Kropiwnickiego, co nowy rząd zamierza zrobić z TK, skoro bez legalnych ustaw Trybunału zmienić się nie da, a uchwały Sejmu, gdyby je podjęto w tej sprawie, będą miały tylko symboliczne znaczenie. Kropiwnicki znowu stękał, kręcił, aż w końcu wyjąkał, że sejmowe uchwały są dla rządu potwierdzeniem, że idzie w dobrą stronę, choć może nie do końca zgodnie z prawem. Wszyscy możemy obserwować, jak to „nie do końca zgodnie z prawem” działa, chociażby na przykładzie ministrów, Adama Bodnara i Bartłomieja Sienkiewicza, którzy kierują ministerstwami sprawiedliwości i kultury. Jeden i drugi „idzie na rym pał”, w nosie mają obowiązujące prawo, robią to, czego od nich wymaga „konieczność dziejowa”, czyli Donald Tusk. Jest między ich poczynaniami pewna, acz, summa summarum, niewielka różnica, pierwszy, dawny RPO, a obecnie min. sprawiedliwości, omc prof. prawa, demoluje prokuraturę i sądy, a Sejm będzie teraz się zastanawiał, jak takie działania uchwałami zalegalizować, choć wszyscy wiedzą, że zgodnie z prawem zrobić się tego nie da. Drugi z wymienionych panów, historyk z wykształcenia, a zamiłowania podpułkownik UOP (emerytowany?), dawny min. spraw wewnętrznych, obecnie min. kultury, dostał dla zachęty najpierw uchwałę Sejmu, która wg marszałka Hołowni wprawdzie żadnego prawa nie stanowi, ale jest wskazówką, wg której minister kultury może wprowadzać zmiany w mediach, bo i tu taka konieczność dziejowa zachodzi.
      Tusk idzie do przodu jak taran, zmienia Polskę w kraj bananowy, czyli taki na wzór niektórych krajów azjatyckich i afrykańskich, bo nawet ci z bliskiego wschodu tyle odwagi nie mieli, co on, kiedy pacyfikowali swoje kraje i polityczną opozycję, tamci najpierw ustanawiali dyktatorskie prawa, a dopiero potem, wg tych praw, wprowadzali dyktatorski porządek. U nas nawet takich lichych praw nie ma, ale, jak to ujął wiceminister Kropiwnicki, wspomniane ustawy Sejmu, te już podjęte i te, które Sejm ma podjąć, choć nie bardzo wie, jak to zrobić, są i będą „miękkim prawem”, którym obecny rząd będzie się kierował. Takie działania składają się w pewną „logiczną” całość, „konieczność dziejowa”, czyli DT, ma wizje, a rząd (też T) i Sejm (Hołownia) je przemienia w rzeczywistość.
Kiedyś się mówiło, „twarde prawo, ale prawo” i trzeba było tego prawa przestrzegać, z „miękkim prawem” nikt się nie liczy, bo ono żadnym prawem nie jest. Koalicja 13 grudnia już zawsze będzie kojarzona z tym chaosem, jaki teraz wprowadza, a ci, którzy się „miękkim prawem” posługują powinni pamiętać, że miękkie jest gorsze od twardego, nim bardziej można się ubabrać.

Tekst ukaał się na Salon24.pl 7 lutego 2024

 

Pin It