"Donald Trump doprowadził do tego, co zapowiadał już od dawna: skutecznie podłożył ogień pod amerykański system polityczny. Zrobił to, jak wynika z relacji o jego prywatnych rozmowach, całkowicie "dla sportu”, jak rozwydrzony bachor, bo swoją porażkę wyborczą uznał już ponoć jakiś czas temu".  T

Tak mniej więcej wygląda światowy przekaz dotyczący zamieszek na Kapitolu.

Po tych zamieszkach sytuacja Trumpa uległa pogorszeniu, media i lewicowi politycy tłuką w głowy ludów świata, że to Trump wywołał zamieszki i wzniecił przemoc w Waszyngtonie poprzez ciągłe, bezpodstawne kłamstwa na temat wyniku wyborów – jak np. skomentował to w oświadczeniu były prezydent USA Barack Obama. To Trump rozpalił ten ogień - mamy wszyscy w to wierzyć. Koniec i kropka.

Żeby nie pójść za tą lewicową narracją trzeba mieć dużo odporności emocjonalnej i wierzyć w fakty, rozum, logiczne rozumowanie, a nie w medialną, lewicową propagandę. Mieć odwagę, żeby napisać choćby nieśmiało: tak, Trump ma sporo winy, ale...

Zacznijmy od początku. Gdy Donald Trump wygrał wybory, przez chyba dwa lata Demokraci bez cienia dowodów opowiadali brednie, że Trumpa wybrał Putin i to za sprawą manipulacji rosyjskich służb specjalnych Trump zwyciężył. Trump miał być właściwe przyjacielem Putina, jego agentem, marionetką - w tych kretyńskich określeniach panowała wszelaka dowolność. Ta kłamliwa narracja była tak zmasowana, że konieczne było śledztwo, prowadzone przez poważne instytucje. Pomówienie, stworzone tak naprawdę przez wrogie Trumpowi media, mające rangę plotki wg. zasady "powiedziała baba babie w maglu", już wtedy ośmieszyło powagę całego systemu Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza, że śledztwo nie dało nawet cienia dowodów na to, co Trumpowi zarzucano. Śmieszność tej groteski widać lepiej, kiedy zrozumiemy poziom hipokryzji tego systemu, kiedy po 4 latach prezydentury Trump na podstawie poważnych dowodów zakwestionował wynik wyborczy w kilku stanach. O jakże - według tych mediów ( i polityków) została obrażona demokracja. Nie można przecież kwestionować aktu wyborczego, bo to zaprzeczenie demokracji. Taką narrację przyjęły też "niezawisłe" sądy, które albo odmówiły protestom Trumpa postępowań, albo je zamiotły pod dywan.

Gdy lewicowi ideolodzy i uzbrojone bojówki Antify wespół z Black Lives Matter, podpalili pół Ameryki, czego rezultatem były ofiary śmiertelne, podważenie i częściowy demontaż amerykańskiego systemu egzekucji prawa ( policja, prokuratura), oraz utworzenie całych obszarów bezprawia i zbrojnej przemocy w miastach Ameryki, był to " słuszny bunt, pokojowe protesty obrońców praw człowieka i demokracji". Gdy wkurzeni ludzie zebrali się pod Kapitolem, kiedy tam weszli, to jest to atak "tłuszczy, bandytów i terrorystów", chociaż broni użyli jedynie i tylko funkcjonariusze chroniący to miejsce. Ale to Trump winien jest zamieszek, Trump winien ataku na demokrację , ale już nikt nie mówi i nie pamięta o pochwałach i zachęcaniu bandytów palących amerykańskie miasta, które gęsto padały ze strony Demokratów i samego Bidena.

Trump - i owszem - jest winny. Winny grzechu zaniechania i zadufania we własną "nieomylność", siłę i odporność na brutalne ataki, którymi przez cały czas jego prezydenturę podważano, ośmieszano i degradowano. Najwyraźniej nie docenił siły amerykańskich elit, dla których proponowany przez Trumpa powrót do amerykańskich korzeni, ukształtowanych Deklaracją Niepodległości jest nie do przełknięcia. Slogan "Make America Great Again" stoi im kością w gardle, ale Trump nie potrafił sprawić, żeby się tą kością ostatecznie zadławili. Zabrakło mu determinacji, charyzmy i chyba atrybutów intelektualnych. Temu Trump jest niewątpliwie winny.

Przegrał i odchodzi w niesławie, czemu jest - co tu kryć - sam sobie winny. Nie zmieni tego fakt, że powoli - przynajmniej niektóre - amerykańskie media zmieniają narrację i zaczynają się pojawiać informacje, że atak na Kapitol podjęli poprzebierani za zwolenników Trumpa przedstawiciele Antify i BLM. Pisze o tym "Washington Times.com" i pewnie wiele portali podchwyci temat. Co oczywiście jest klasyczną "musztardą po obiedzie", ale warto to odnotować przy ocenie tego kto i z jakiego powodu wywołał rewolucję na Kapitolu.

Warto to też uczynić z innego powodu. To, w jakim stopniu "tłuszczę " stanowili terroryści Antify i BLM jest sprawą o tyle drugorzędną, że nie można nie zauważyć tych tysięcy zwykłych ludzi, którzy przyszli pod Kapitol domagać się dokładnie tego, co gwarantuje im Deklaracja Niepodległości - m. in. suwerenności ludu oraz prawa do rewolucji. Ci Amerykanie, powołując się na idee oświeceniowe, prawo oporu i suwerenność ludu, poczuli się zobligowani do walki już nie tylko interesy Trumpa, ale o swoje interesy, w ich najgłębszym przekonaniu skradzione przez ekipę Bidena.
Jestem przekonany, że następstwem obecnego zamieszania w Stanach Zjednoczonych, będzie "przebudzenie się ludu USA”. Na zdjęciach z Kapitolu widzieliśmy postacie jakby wyjęte z powieści Jamesa Fenimore’a Coopera, czy Karola Maya. Komunikaty wydawane przez władze Waszyngtonu i miejscową policję mówiły, że nie było tam praktycznie mieszkańców stolicy, lecz sami przyjezdni. Widzieliśmy zatem brodatych twardzieli, którzy ściągnęli z różnych stron USA i szturmowali będące siedzibą liberalnych elit miasto stołeczne. Czapki z daszkiem, kapelusze, bluzy z kapturem, traperskie buty, kamizelki i koszule w charakterystyczne kraty to atrybuty tradycyjnej amerykańskiej męskości – męskości legendarnego już Johna Wayne'a, ikony Hollywood, symbolu amerykańskiego indywidualizmu oraz patriotyzmu. Męskości piętnowanej i zwalczanej jako "toksyczna” przez postępową oligarchię z Nowego Jorku i Waszyngtonu. Wtargnięcie do ich oświeceniowej "świątyni demokracji”, dokonane przez zarośnięte " monstra" i wiejską "tłuszczę", wypełzłą z ciemnych nor patriarchatu, konserwatyzmu, broni palnej, siły pięści i ramienia, jest dla nich poważnym ostrzeżeniem, którego się bać muszą. I się boją, bo wiedzą co zrobili. Jak to mówił klasyk: wszyscy wszystko wiedzą, w tym przypadku od zamiatacza ulicy po Kamalę Harris i Nancy Pelosi.

Ameryka jest w kryzysie z tego powodu, że święte zapisy Deklaracji Niepodległości są teraz definiowane na nowo, przez takie persony, jak wspomniana lewaczka Kamala Harris, która powiada, że nie możesz tak dążyć do szczęścia jak chce Trump i musisz tak, jak my ( "postępowcy") ci to powiemy. Jeżeli robimy przekręt, to musisz to zrozumieć i nas popierać, bo robimy to dla ciebie. Czy można się dziwić tym tysiącom "Johnom", że każą jej się wypchać? To jest dokładnie to samo zjawisko, co u nas w Polce: epidemia lewactwa doskonale szerzy się w miastach, ale na tzw. prowincji ma "pod górkę". I to tym bardziej, im bardziej "tłuszczę" chce się pozbawić tych ideałów, które uosabiał John Wayne - nieważne, że w czarno - białych westernach. Ważne, że ci brodaci twardziele w kraciastych koszulach o tym wiedzą i na to tak łatwo nie pozwolą. I tak koniec prezydentury Trumpa oznacza początek nowego czasu dla Johna Wayne'a. Wszak legendy są nieśmiertelne...

Tekst ukazał się na Salon24.pl 9 stycznia 2021r

 

 

Pin It