Dzieją się przedziwne rzeczy, toczy się praktycznie wojna ukraińsko-rosyjska, a równocześnie prezydenci obydwu wojujących krajów spotykają się ze sobą jakby chodziło o spór o „czapkę śliwek”, jak się niegdyś mówiło o sprawach błahych. Co ciekawe, że z tytułu tego konfliktu, to prezydent Polski nie może się spotkać z prezydentem Rosji, mimo, że stosunki na granicy polsko rosyjskiej, a mamy jej przeszło 200 km, układają się całkiem spokojnie.

Obrona przez Ukrainę swoich granic dotyczy, jak dotąd (a to już 7 lat), wyłącznie pilnowania obszaru zajętego rosyjską agresją, bez próby odebrania czegokolwiek napastnikowi.
Wyglądało na to, że obecna mobilizacja rosyjskich sił zbrojnych wokół ukraińskiej granicy związana była z próba rozszerzenia okupacyjnej strefy, zwanej przewrotnie, jak to u Rosjan w zwyczaju – „republiką doniecką”. Najwyraźniej jednak po rozmowie z przyjaciółką Putin doszedł do wniosku, że to jeszcze nie czas, a może dostał takie polecenie? Bowiem, tak jak to pisałem poprzednio, wszystkie posunięcia w skali międzynarodowej uzgadnia on z przyjaciółką Angelą.
Musiał jednak symbolicznie zademonstrować swoją niezależność i wymuszone spotkanie z prezydentem Ukrainy uzależnił od wewnętrznych rozmów władz ukraińskich z władzami „swojego” Donbasu. Pomijając osobiste ambicje, stworzył sytuację, w której Ukraina nie jest traktowana jako kraj suwerenny, albowiem donieccy rebelianci posługują się emblematami rosyjskimi i zapewne uważają się za część Rosji, a Putin im przynajmniej udziela wsparcia.
Ze strony ukraińskiej uczestnictwo prezydenta w spotkaniu z prezydentem Rosji stanowi kontynuację postawy kapitulanckiej, gdyż jedyne, co może prezydent Ukrainy oświadczyć rosyjskiemu odpowiednikowi to żądanie bezwzględnego wycofania się ze stref okupowanych z zastrzeżeniem sobie prawa do żądania odszkodowań. Dalsze rozmowy mogą być prowadzone wyłącznie pod wstępnym warunkiem wycofania wojsk okupacyjnych i zaprzestania pomocy rebeliantom.
Putin, dokonując inwazji na Ukrainie, musiał mieć gwarancje braku oporu na Krymie, możliwość łatwego opanowania Donbasu pod firmą rebeliancką, a nade wszystko akceptację niemiecką blokującą jakąkolwiek ostrzejszą reakcję międzynarodową. Powiodło mu się to znakomicie, możliwe więc, że uznał iż nastała dogodna chwila do rozszerzenia ekspansji.
Celowe byłoby przejęcie portów czarnomorskich i w ten sposób pogłębienie uzależnienia Ukrainy od Rosji, a najlepszym rozwiązaniem – dokonanie rozbioru Ukrainy, przyłączając do Rosji cały jej przemysłowy potencjał z możliwością zwrotu Polsce wschodniej Małopolski ze Lwowem, a Niemcom oferując polskie zachodnie województwa. W ten sposób Rosja uzyskuje pełnię władzy na Ukrainie, z Polski czyni rosyjskiego zakładnika, a z Niemiec wdzięcznego sojusznika. Takich zamiarów w różnych wariantach jest wiele, tylko że każdy ma swoje słabe strony, przede wszystkim w postaci niepożądanej przez Niemcy zmiany konfiguracji wpływów.
Przede wszystkim sprawa odzyskania przez Niemcy utraconych ziem ma zupełnie inny obraz aniżeli przed laty. Dzisiaj Niemcy mają wielki kłopot ze spadkiem po NRD ze względu na gwałtowne wyludnianie się wschodnich rubieży obecnych Niemiec, a co dopiero mówić o obsadzaniu odzyskanego terytorium III Rzeszy.
Ponadto, stworzenie podporządkowanej Niemcom UE i dominacja gospodarcza spowodowały nowy układ sił i wpływów. Powstała realnie „mitteleuropa” z gospodarką całkowicie uzależnioną od Niemiec.
Po cóż więc bawić się w odzyskiwanie jakichś skrawków, kiedy ma się w swoim ręku całość. Fakt, że Rosja ma kłopoty z Ukrainą, zresztą nie jedyne i nie największe, to niech sobie ma, najwyżej skończy się tym, że Ukraina i Białoruś przejdą do niemieckiej strefy. Stąd najlepsze wyjście nie przeszkadzać, ale też i nie pomagać, a owoce same się znajdą. Grunt to utrzymać poziom zależności, a nawet go podnosić ku zadowoleniu samych poddanych cieszących się ze wzrostu zamożności, wprawdzie znacznie odbiegającej od Europy zachodniej, ale za to przewyższającej równie znacznie strefę rosyjską.
Dopatrujący się w niemieckiej grze szerszego kontekstu mogą uznać, że to jest tylko drobny fragment gry o światowe panowanie przez stworzenie konkurencyjnej, trzeciej siły w panowaniu nad światem, czyli „Grossdeutschland” z UE pod pachą i Rosją z przyległościami.
Przy niemieckim kapitale i możliwościach techniczno organizacyjnych, połączonych z rosyjskimi zasobami można stworzyć potęgę większą od Chin, czy układu amerykańskiego, problem leży tylko w tym, czy mentalnie współczesne Niemcy dojrzały do takiego programu. Z tego co dzieje się obecnie można wnosić, że niemiecka uwaga skupiona jest na drobnych interesach, jak NS2, czy walką z polskimi ambicjami w kierunku samodzielności.
Na podstawie obserwacji i pewnych doświadczeń z własnych kontaktów, podejrzewam że skłonni są do upartej walki o utrzymanie się w granicach ekspansji nakreślonych jeszcze przez Bismarcka. Możliwe, że działa na nich obraz klęski światowych planów Hitlera, chociaż rozporządzają środkami znacznie większymi i skuteczniejszymi, a mianowicie nie przewagą militarna, ale możliwościami wpływów gospodarczych i organizacji zarządzania.
Tego wszystkiego nie wiemy, być może nawet w Niemczech nie bardzo orientują się w jakim kierunku zmierzają. Ukształtuje się to w miarę powstawania nowych faktów. Jednego możemy być pewni: jeżeli powstanie taki potężny układ, formalnie niemiecko-rosyjski, ale sterowany przez Niemców, to będzie oznaczało definitywny koniec naszych marzeń o niepodległości i odrębnej tożsamości kulturowej.
Sprawa Ukrainy nabiera w świetle tych zagrożeń innego znaczenia, aniżeli tylko przygraniczna awantura. Przypomina to nieco konflikt czeski w 1938 roku, oficjalnie potraktowany jako peryferyjny, dotyczący wyłącznie Niemców sudeckich. Gdyby wówczas Daladier, którego stać było na wyobrażenie dalszego biegu wydarzeń, zorganizował arbitralnie opierając się na traktatach sojuszniczych z Polską i Czechosłowacją – sprzeciw wobec żądań Hitlera, grożąc oporem wojennym wszystkich trzech państw z udziałem Wlk. Brytanii i ewentualnie Belgii, to Hitler musiałby ulec grzebiąc wszystkie swoje plany podboju świata.
Główny problem polegał na tym, że sami Czesi liczyli bardziej na udział innych „ze Związkiem Radzieckim na czele” w ich obronie niż na własnej i to mając zmobilizowaną armię na poziomie ówczesnych dyspozycyjnych sił niemieckich.
Współczesna Ukraina ma rzeczywiście dość skromne siły obronne, około 200 tys. żołnierzy i niewielkie ilości postsowieckiego sprzętu. Na otwartą konfrontację z Rosją nie stać ją, ale na zdławienie rebelii w Donbasie, a nawet podjęcie próby odzyskania Krymu tego może wystarczyć.
Problem jednak leży w tym, że Ukraina nie chce walczyć, oczekując na pomoc innych. W postawie społeczeństwa ukraińskiego nie widać chęci do obrony własnego kraju. W wojsku są tylko ci, którzy nie zdołali się wykupić, na co mam osobiście kilka relacji. Zjawisko niechęci do obrony własnego kraju nie jest na Ukrainie czymś nowym.
W historycznym ujęciu tylko Bohdan Chmielnicki zdołał zorganizować rzeczywiście liczną armię, ale głównie w obronie interesów samego wojska kozackiego istniejącego zawdzięczając finansowaniu, organizacji, szkoleniu i wyposażeniu przez Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Po Chmielnickim już nigdy to się nie zdarzyło, pod Połtawę miał Mazepa przyprowadzić 15 tys. wojska w związku z czym Karol XII liczył na zwycięstwo z Rosją, przyprowadził faktycznie 1,5 tysiąca i Karol przegrał, grzebiąc nadzieje nie tylko szwedzkie.
W polskich powstaniach brali udział Białorusini i Litwini, ale nie Ukraińcy, dla których przecież ta walka miała ich własne znaczenie narodowe. A już całkowitą kompromitacją była armia „wolnej Ukrainy” Skoropadzkiego, jeszcze gorzej z armią ludowej Ukrainy Petlury. Piłsudski zdobył dla niej Kijów, ale wojska ukraińskiego wystarczyło z trudem do defilady w wolnym Kijowie, ale do jego obrony już nie. Zamiast bowiem 300 tys. żołnierza nie osiągnęła nawet 30 tys.
Najwięcej Ukraińców walczyło w formacjach sowieckich, jak mówił Stalin – milion i w formacjach niemieckich chyba łącznie w podobnej liczbie. Z tego około 200 tys. przewinęło się przez formacje SS „Galizien” i SD. Natomiast UPA, mimo zasilania przez sformowane przez Niemców ukraińskie jednostki militarne, nie osiągnęła nigdy więcej niż kilkadziesiąt tysięcy.
Zdolność obrony Ukrainy przed dalszą eskalacją rosyjskiej agresji jest istotnym czynnikiem nie tylko dla powstrzymania rosyjskiej ekspansji, ale też i dla możliwości umocnienia koncepcji niemiecko-rosyjskiego imperium, które tworzy się na naszych oczach z możliwością wszelkich, dla nas najgorszych skutków.
Stąd nasz żywotny interes utrzymania Ukrainy przynajmniej w obecnej formie, sytuacja może ulec zmianie w przypadku przekształceń w Europie i zmiany oblicza Rosji, ale do tego daleka droga. Jak na razie musimy się bronić przed hegemonią Niemiec i Rosji, a do tego potrzebna jest pomoc na poziomie NATO, a nie Polski. Władze na Ukrainie muszą jednak realnie podjąć się obrony własnego kraju, a nie liczyć wyłącznie na pomoc zewnętrzną.
Mając jednak na uwadze poziom odpowiedzialności tych władz baczniejszą uwagę należy skierować na poczynania Rosji i wzmóc wysiłek w kierunku zastosowania konkretnych sankcji odwetowych za wszelkie działania agresywne. To, co dotychczas narozrabiała kwalifikuje się przynajmniej do zatrzymania NS2, lub innej akcji w podobnym rozmiarze.

Tekst ukazał się na Salon24.pl 24 kwietnia 2021r

 

Pin It