Inflacja nie musi być zła - pisze Rafał Woś. Z inflacją jest jak z dzikim zwierzem. Można się przed nim całe życie chować i drżeć, że nas rozedrze na strzępy. Ale dużo lepiej podjąć wysiłek jego… udomowienia. I zaprząc tego zwierza, by pracował dla nas.Po pandemii inflacja wróciła na scenę dziejów. Jednych to przeraża. Inni zwietrzyli okazję do zbicia na cenowych strachach politycznego kapitału. Ale jest i dobra wiadomość. Może wreszcie - po epoce neoliberalnego płaskoziemstwa - zaczynamy coś z tej inflacji rozumieć. Kto wie, może nawet nauczymy się wykorzystywać ją do maksymalizacji społecznego dobrobytu w warunkach realnego kapitalizmu.

Prawda pierwsza: inflacja nie musi być zła


Przez lata karmiono nas opowieścią, że inflacja to jest zawsze i wszędzie wielkie nieszczęście. „Śmierć pieniądza” - powiadali niektórzy. I dlatego trzeba inflacji pilnować. Choćby nie wiem co. A jak się nie będzie pilnowało, to w jednej chwili zrobi nam się drugi Weimar, trzecia Wenezuela i czwarte Zimbabwe.
Ale przecież ostatnie lata pokazały, że w prawdziwym życiu działa to zupełnie inaczej. Jesienią 2021 roku londyński think-tank Centre for Macroeconomics zorganizował sondaż wśród wiodących europejskich ekonomistów różnych pokoleń. Kluczowe pytanie brzmiało: czy banki centralne powinny pozwolić na to, by inflacja utrzymywała się przez dłuższy czas na poziomie przekraczającym cel. Badanie było pokłosiem przeglądu strategicznego EBC z lata 2021 roku. Bank centralny eurolandu był po kryzysie 2008 roku dużo bardziej ostrożny niż na przykład amerykański Fed. Ale teraz nawet monetarni konserwatyści z Frankfurtu zakomunikowali światu, że… żyjemy w nowych czasach.
Czasach, gdy polityka monetarna musi brać pod uwagę inne czynniki niż tylko gołe ceny. Jeśli więc - sugeruje EBC we wspomnianym dokumencie - inflacja powyżej celu służy innym ważnym celom społecznym (jak choćby walce z plagą wysokiego bezrobocia albo pomaga rządom w stabilizowaniu finansów publicznych po takim szoku jak covid czy lockdowny) to nie trzeba jej za wszelką cenę zbijać. Tylko raczej trzeba poluzować nieco antyinflacyjne obawy. I dać gospodarce więcej luzu.
Tu właśnie pojawia się koncepcja „nadgonienia inflacji”. Inflacja – powiadają ludzie z EBC – zbyt długo była na zbyt niskim poziomie – wyrządzając przy tym gospodarce i dobrobytowi społecznemu wiele szkód. W związku z tym banki centralne powinny być w najbliższych latach gotowe na dopuszczenie nawet dłuższych okresów podwyższonego wzrostu cen. Właśnie po to, by inflacja mogła trochę nadgonić. Także w formie rosnących płac, które nie powinny być traktowane jako zagrożenie (bo będzie inflacja!) ale jako szansa na wyjście z wielu pułapek, w które nas neoliberalna ortodoksja zapędziła.
Dlaczego? Analityk EBC Sebastian Schmidt (w pracy napisanej do spółki z japońskim ekonomistą Taisuke Nakatą) dowodzi na przykład, że pułapka niskiej inflacji nosi wszelkie znamiona tzw. samospełniającej się przepowiedni. Działa to tak: trwa stagnacja, a inflacja jest niska. Dzieje się tak właśnie dlatego, że uczestnicy rynkowej gry nie wierzą w perspektywę gospodarczego ożywienia. A bank centralny nie ma już większego pola manewru, bo stopy procentowe znajdują się w okolicach zera. To sytuacja, w której gospodarka dławi się na jałowym biegu. I za nic w świecie nie chce ruszyć do przodu. Mało tego, nikt już nawet nie wierzy, że mogłaby ruszyć. To był problem bogatego zachodu aż do wybuchu pandemii covid-19.
Oczywiście ta stagnacja ma swoje głębsze przyczyny. Dobrze opisuje je z kolei Holender Servaas Storm. Przypomina on, że główną przyczyną trapiących zachodnie społeczeństwa nierówności jest właśnie strukturalna stagnacja płac. Strukturalna to znaczy trwająca od połowy lat 70. i przejawiająca się w nienadążaniu płac za wzrostem produktywności gospodarki. To sprawiło, że na Zachodzie w ciągu tych minionych 40 lat zaczął dominować pracownik niepewny swego i sprekaryzowany.
Pozbawiony wsparcia ze strony instytucji (państwo, związki) i wręcz skazany na prace coraz bardziej niepewne. Ten pracownik jest - pisze Strom - podstawowym gwarantem… niskiej inflacji oraz niskiego popytu w gospodarce. Nierówności to zaś konsekwencja takiego stanu rzeczy. Niska inflacja i słaby popyt to z kolei zachęta do uciekania pieniędzy z gospodarki realnej na rynki finansowe ze szczególnym uwzględnieniem rynku nieruchomości. A także hamulec dla wzrostu i rozwoju. Pocovidowa inflacja jest więc sposobem, by się z tego zaklętego kręgu wyrwać.
Cytowani tu ekonomiści to tylko jakieś drobne i odosobnione przykłady takiego myślenia. Raczej wygląda na to, że zmiana w postrzeganiu inflacji jest coraz bardziej powszechna. I tak wracamy do wspomnianego panelu Center for Mackroeconomics. Czy „inflacja powinna nadgonić?” - pytano w nim grupę europejskich ekonomistów. Opcje „zgadzam się” oraz „zdecydowanie się zgadzam” zaznaczyło 59proc. badanych. „Przeciw” lub „zdecydowanie przeciw” opowiedziało się 35proc. badanych ekonomistów.

Prawda druga: Inflacja uderza przede wszystkim w interesy kapitału

Od lat sensowną rozmowę o inflacji blokuje pewien mit. Głosi on, że inflacja - oczywiście i bezapelacyjnie - uderza w najbiedniejszych. Ale to nie jest prawda. Owszem, inflacja może uderzać w najbiedniejszych, ale tylko po pewnymi warunkami. Pierwszy warunek jest taki, że płace będą rosnąć wolniej od cen. Dzieje się tak zazwyczaj właśnie z powodu deflacyjnej polityki rządów i władz monetarnych. Ale to nie jest żadne prawo natury.
W praktyce rządzący mogą przecież iść zupełnie inną drogą. Mogą pilnować interesów najbiedniejszych poprzez stałe podwyżki płacy minimalnej. Albo poprzez zwiększanie emerytur. Albo poprzez różnego typu osłanianie ludziom skutków wzrostu cen kluczowych towarów. Sposobów jest naprawdę wiele. „There is a will, there is a way” - jak powiadają Anglosasi. Trzeba po prostu świadomie porzucić drogę polityki deflacji płac.
Dlaczego tak wiele rządów w przeszłości (zwłaszcza w ostatnich 30 latach) tego nie robiło? To ważne pytanie z dziedziny ekonomii politycznej. Odpowiedź na nie kryje się w samej naturze neoliberalnego zwrotu, który się wtedy dokonał. Nie czas pisać o głębszych przyczynach tego zjawiska. Warto raczej zwrócić uwagę na skutek. A on był taki, że rządy w minionym trzydziestoleciu domyślnie przyjmowały raczej perspektywę posiadaczy kapitału. I to ich interesom, chciały dogodzić.
Oczywiście nigdy nie odbywało się to pod hasłem „pilnujemy interesu sektora bankowego i zakumulowanych w nim miliardów”. Zamiast tego w grze była figura „drobnego ciułacza”. To nim się zasłaniano głosząc, że inflacja „pustoszy dorobek jego życia”. Tylko, że w praktyce ktoś taki, jak „ciułacz rentier” nie istnieje. To oksymoron. Wewnętrzna sprzeczność. Jak masz w banku kilka tysięcy złotych oszczędności to… nie jesteś żadnym rentierem. Nie możesz przecież żyć z odsetek od takiego kapitału. Tak naprawdę mamy więc jedynie „ciułaczy”.
Ale uwaga! Ciułacz nie będący rentierem musi być jednak jednocześnie pracownikiem. To jasne jak słońce. Inaczej nie miałby z czego żyć. Inflacja, która odbywa się w warunkach wyższego od inflacji wzrostu płac nie zmniejsza więc jego realnych dochodów. Taki ciułacz-pracownik jest na plusie. Nawet jeśli wydaje mu się, że traci. Bo trudno by mu się tak nie wydawało skoro kładą mu codziennie do głowy, że inflacja zżera jego oszczędności.
Ale jest ktoś, kto na inflacji traci. Właśnie ci prawdziwi rentierzy. To znaczy tacy, których dochód pochodzi raczej ze zakumulowanego kapitału niż z bieżącej aktywności zawodowej. Dla nich inflacja faktycznie jest rodzajem podatku majątkowego. I to oni chcą wyższej stopy procentowej. Bo jest ona dla nich niczym innym, jak podwyżką płacy minimalnej dla kapitału. A że wyższa stopa niszczy wzrost gospodarczy? A do tego przy jej pomocy (o czym za chwile) nie poradzimy sobie z postpandemiczną inflacją w obecnym wydaniu? A cóż to rentiera obchodzi?!

Prawda trzecia: stopa procentowa nie jest lekiem na całe zło.

Ortodoksja głosi, że starczy podwyższyć stopy procentowe. A inflacja zniknie. Jest w tym jakaś dziecinna fascynacją bankierem centralnym-Johnem Rambo. Takim, co przyjdzie i „zrobi porządek”. Tak, jak zrobił w Ameryce przełomu lat 70. i 80. „Długi Paul” Volcker. Faktycznie ówczesny szef Fedu zbił inflację. Przy okazji wywołał jednak w Ameryce największą recesję od lat 30. Z bezrobociem na poziomie dwucyfrowym. I z przypominającymi późniejsze polskie lepperiady najazdami zadłużonych farmerów na Waszyngton i oblewaniem gnojówką siedziby Rezerwy Federalnej.
Volcker wyświadczył też niedźwiedzią przysługę prezydentowi Carterowi, który go do banku centralnego nominował. W warunkach głębokiego kryzysu Ronald Reagan wygrał w cuglach wybory roku 1980. Ale bałagan jaki wywołał Volcker w polityce amerykańskiej był niczym w porównaniu z sytuacją na międzynarodowych rynkach kredytowych. Oto w ciągu ledwie kilku miesięcy szokowe podwyżki stóp procentowych dramatycznie zwiększyły zadłużenie dolarowych kredytobiorców. Wpychając pół świata w największy w historii kryzys zadłużeniowy.
Każdy, kto oczyma wyobraźni widziałby w banku centralnym nowych Volckerów powinien jednak pamiętać o prawdziwych przyczynach obecnej inflacji. Które nie są bynajmniej skutkiem nadmiernego wzrostu płac. Lecz mają swoje przyczyny w zbiegu dwóch okoliczności. Forsownej polityki klimatycznej wdrażanej przez Zachód (pod batutą Niemiec) celem osiągnięcia dekarbonizacji gospodarki do roku 2050. Oraz właśnie pandemii covid-19, która mocno zaczopowała globalne łańcuchy dostaw. W tych okolicznościach nawet volckerowskie podwyżki stóp na nic by się zdały. Bo to po prostu byłoby jedzenie zupy widelcem. Ani to efektowne ani tym bardziej efektywne.

Rzecz czwarta: inflacja (zwłaszcza dziś) nie bierze się ze wzrostu płac.

Zgodnie z anachronicznym podejściem do inflacji jej przyczyną jest oczywiście „spirala cenowo-płacowa”. W konsekwencji trzeba trzymać płace nisko i dopuszczać bezrobocie. A problem inflacji będziemy mieli pod kontrolą. To był przekaz, który kładli nam do głowy od lat 70. monetaryści.
Ale dziś wiemy, że to nieprawda. Albo raczej wiara w przesądy. Uwłaczające zdrowemu rozsądkowi przekonanie, że inflacja to boska kara za złą politykę gospodarczą. W tym kontekście nie dość przypominania, że inflacja jest jednym z najbardziej złożonych zjawisk ekonomicznych.
Ekonomista z Zurychu Enzo Rossi (pomagali mu doktoranci Philipp Baumann i Alexander Volkmann) wyliczył niedawno najważniejsze czynniki, które tu i teraz mają wpływ na zjawiska inflacyjne. Na miejscu pierwszym są oczywiście ceny energii. Chodzi tu zarówno o to, ile wynosi aktualna wartość podstawowych paliw (w coraz większym stopniu chodzi o gaz) na rynkach międzynarodowych. Ale także to jak droga jest energia trafiająca do końcowego użytkownika.
Jeśli te ceny idą w górę - na przykład z powodu zmian w podaży paliw (zatory po covidzie, manewr cenowy Gazpromu) albo za przyczyną rosnących kosztów produkcji energii ze źródeł konwencjonalnych - co ma oczywiście zachęcić do przechodzenia na zieloną energię - to nie ma siły. Inflacja będzie wyższa.
Kolejnym ważnym czynnikiem decydującym o poziomie cen jest zbiór, który można nazwać „wpływem cywilizacyjnym”. Konkretnie chodzi tu o demografię, postęp technologiczny oraz globalizację. Przeważnie przyjmuje się, że starzenie się społeczeństw działa dezinflacyjnie (zmniejsza inflację), ale z kolei postępy w rozwoju technologii komunikacyjnych i internetowych działają odwrotnie, bo proinflacyjnie. Globalizacja ma zaś na inflację wpływ mieszany. Wolny handel trochę ceny obniża. Ale już towarzyszące jej budowanie pozycji globalnych supermonopolistów może ceny w niektórych sytuacjach podnosić.
Dopiero na dalszych miejscach na liście czynników wpływających na poziom inflacji pojawiają się dynamika gospodarcza (płace) oraz kwestie pieniężne. Czyli fizyczna ilość pieniądza wpuszczonego w gospodarkę. A gdzieś na szarym końcu są zaś stan finansów publicznych czy historia inflacyjnych epizodów w zbiorowej świadomości danego kraju. Ale te ostatnie czynniki to już jest zupełne wróżenie z fusów.
Chcecie dziś znaleźć klucz do tajemnicy dynamiki cen? To zacznijcie od rzeczy najważniejszych. Czyli od rynku energii.

Prawda piąta: zielona rewolucja może zadziałać jak szok naftowy

Powiadają nam, że zielona transformacja to proces, który odbywa się gdzieś z boku życia gospodarczego. I powinien być słusznym wspólnym wysiłkiem cywilizowanego i zatroskanego o „przyszłość naszych dzieci” cywilizowanego świata. Problem tylko w tym, że dziś trudno już dłużej bronić takiego stanowiska. A analogie z szokiem naftowym i stagflacją lat 70. nasuwają się wręcz same.
Oto na naszych oczach ceny uprawnień emisji CO2 biją rekordy. Pękła granica 80 euro za tonę. Choć w ubiegłym roku było jeszcze 30 euro. Ale to nie koniec. Weźmy cenę gazu. Czyli paliwa przejściowego, które ma mającego dla zielonej transformacji znaczenie niebagatelne. Tu wzrosty cen są już kilkusetprocentowe. I to już nie są żarty. To są poziomy wzrostów notowane na rynkach paliw po roku 1973. Czyli po pamiętnej decyzji krajów OPEC, które wstrzymały sprzedaż ropy do krajów zachodnich. Co doprowadziło do niesamowitych wzrostów cen surowca na światowych rynkach.
Tamte wydarzenia weszły do historii pod nazwą „kryzysu” lub „szoku” naftowego. I słusznie. Bo to był szok. A wytwórcy w USA i na Zachodzie - mimo całego swojego bogactwa, potęgi geopolitycznej i technologicznej przewagi - po prostu nie byli w stanie sprostać tak nagłym i tak ogromnym podwyżkom cen energii. Rozpoczęła się zabójcza gra w przerzucanie kosztów. Producenci podwyższali ceny towarów tworząc presję inflacyjną. Ludzie się bronili walcząc o wyższe płace.
W normalnych warunkach wyższe płace powinny były przełożyć się na wyższy popyt, poprawę koniunktury i szybszy wzrost płac. Ale się nie przekładały. Właśnie dlatego, że energia była tak droga. Tak właśnie bogaty Zachód wpadł w śmiertelną pułapkę niskiego wzrostu, wysokiego bezrobocia i wysokiej inflacji. Czyli w stagflację.
Tamte wydarzenia trzeba przypominać patrząc na to, co mamy przed oczami dziś. Decyzja największych krajów Unii Europejskiej (głównie Niemiec) jest taka, by realizować ambitny plan dekarbonizacji świata do roku 2050. Choćby się waliło i paliło. To jednak wprowadza nas na kurs ostrego wzrostu cen energii. Do tego doszła pandemia koronawirusa i związane z nim problemy w globalnej wymianie towarów.
Co jeszcze mocniej pcha do góry ceny surowców energetycznych - a w ślad za tym także koszty produkcji oraz prądu dla końcowego użytkownika. Mimo coraz bardziej widocznych kosztów tej przyspieszonej transformacji Unia ani myśli słyszeć o przystopowaniu. Postawy stają się coraz bardziej pryncypialne. Opinia publiczna (zwłaszcza ta liberalna) oportunistycznie się na to orientuje. Niewielu ma ochotę robić za „klimatycznego denialistę”.
Czy możemy w tej sytuacji doświadczyć zielonej stagflacji. Niestety nie jest to wykluczone. To także jest lekcja z tego co się dzieje dziś po kryzysie pandemicznym. Może najważniejsza. Dlatego trzeba domagać się natychmiastowego spowolnienia polityki klimatycznej. Inaczej możemy nie dożyć nowego wspaniałego świata po zielonej rewolucji.
Wybór nie jest więc błahy. Generalnie brzmi on tak: albo nauczymy się zaprząc inflację do słusznych celów. W tym do zwiększania społecznego dobrobytu. Albo inflacja faktycznie zmieni się w potwora, którego nie będziemy już potrafi kontrolować.
To jest właśnie dylemat przed którym stoimy.
Rafał Woś

Tekst ukazał się na Salon24.pl 8 grudnia 2021r

 

Pin It