Niemcy przekażą Ukrainie transportery opancerzone Marder a także baterię rakiet Patriot. To, co zdaniem wielu polskich „ekspertów” - zwłaszcza po tym, jak minister Błaszczak zaproponował przekazanie Kijowowi tych ostatnich systemów - miało być niewykonalne, z wojskowego punktu widzenia trudne, a politycznie niezwykle ryzykowne (niektórzy nawet poważnie twierdzili, że potrzebna w tym celu jest zgoda NATO), teraz stało się możliwe, a nawet łatwe.

Niemiecka polityka
Wystarczyła rozmowa telefoniczna Joe Bidena i kanclerza Scholza, aby Niemcy zmieniły swoją politykę. Naszym „ekspertom”, najczęściej zresztą powiązanym z opozycją i zawsze rozumiejącym każdą niemiecką decyzję, którzy krytykowali namiętnie jeszcze w listopadzie ubiegłego roku sam fakt, że Warszawa miała czelność coś Berlinowi narzucać, zamiast podziękować za wielkoduszną propozycję Niemców, doradzałbym powściągliwość w formułowaniu kategorycznych sądów na temat polityki Berlina, bo jak powiedział w tym tygodniu w Oslo minister Habeck ta „nigdy nie była statyczna”, podlega ewolucji, a Berlin patrzy na kroki podejmowane przez sojuszników. Oznacza to, że możemy mieć do czynienia z kolejnymi zwrotami w niemieckiej polityce. Tak było i w tym przypadku, bo po niedawnej rozmowie Zełenski – Macron, Paryż poinformował o tym, że dostarczy na Ukrainę swe pojazdy kołowe AMX-10 RC, określane w mediach mianem „lekkich czołgów”, a o tym, że Amerykanie myślą o przekazaniu Bradleyów, media za oceanem pisały już od kilku dni. Mamy zatem do czynienia ze zmianą polityki Niemiec, która to zmiana najprawdopodobniej otwiera przestrzeń do przekazania w nieodległej przyszłości Ukrainie czołgów Leopard 2. Mamy też wypowiedź na ten temat Joe Bidena, który w toku spotkania w Białym Domu powiedział o tym, że odbył z Scholzem „długą rozmowę o wszystkim”. „Wcześniej tego popołudnia odbyłem – powiedział Biden - długą rozmowę z Olafem Scholzem i o Ukrainie i o naszych sojuszach w Europie i UE. I mamy duży — znacznie większy kontyngent krajów, które podzielają nasz pogląd, w tym Japonię i inne. Ale rozmawialiśmy o tym, co będziemy robić”. Ta lakoniczna wypowiedź pozwala nam zrozumieć, co przeważyło i skłoniło niemieckiego kanclerza do zmiany swojej dotychczasowej linii.

Strach przed osamotnieniem

Otóż Biden wyraźnie powiedział Scholzowi, a po decyzji Paryża było to oczywiste, że Berlin będzie osamotniony w gronie państw G-7. Tym bardziej, że tego samego dnia Jake Sullivan rozmawiał z Francesco Talo, doradcą włoskiej premier ds. bezpieczeństwa. Utrzymywanie przez Berlin dotychczasowej linii, zwłaszcza w obliczu zwrotu Francji, byłoby absurdalne i świadczyło o braku wyobraźni Scholza co do konsekwencji takiego uporu. To zapewne dlatego Biden rozmawiał z niemieckim kanclerzem „o sojuszach w Europie”. W całej sprawie interesujące jest co najmniej kilka kwestii. Po pierwsze, co mogło spowodować, że nieźle do tej pory funkcjonujący tandem niemiecko – francuski w tej istotnej dla Berlina i samego Scholza kwestii zaciął się. Po drugie, czy obwieszczona przez Amerykanów decyzja oznacza rewizję dotychczas obowiązującej w polityce Stanów Zjednoczonych zasady, aby nie dostarczać Ukrainie broni, której dostawy zostaną uznane przez Rosję jako działanie eskalacyjne? Jest wreszcie trzecia kwestia, a mianowicie dlaczego mamy do czynienia akurat teraz z przyspieszeniem w zakresie podejmowania decyzji?

Szybkie podejmowanie decyzji

Zacznijmy od końca. Nie można wykluczyć, że jest to wynik wizyty Zełenskiego w Waszyngtonie, ale warto też wziąć pod uwagę słowa samego Bidena, który powiedział, że jego zdaniem „obecnie wojna na Ukrainie znajduje się w krytycznym punkcie”. Warto się zastanowić, co to oznacza, tym bardziej, że niektórzy nasi komentatorzy już zastanawiają się, czy może Amerykanie wiedzą o czymś, co ma dopiero nastąpić i reagują z pewnym wyprzedzeniem. Może oczywiście chodzić o przygotowywaną przez Rosjan wiosenną ofensywę, o prawdopodobieństwie której mówił niedawno w wywiadzie dla The Economist generał Załużny. Zdaniem rosyjskich komentatorów niedawne deklaracje ministra Szojgu o reformie armii i zmianie wieku poborowych jest też zapowiedzią kolejnej, tym razem ukrytej, w ramach wiosennego poboru mobilizacji. Komentatorzy zwrócili też uwagę na informacje, które pojawiły się zaraz po Nowym Roku, z których wynika, iż 8 mln ludzi nie może z powodu niespłaconych długów wyjechać legalnie z Federacji Rosyjskiej. Wśród tych jest niemała grupa „alimenciarzy”, co skłania do formułowania tezy, iż tak, jak to było w przypadku kryminalistów, teraz Moskwa może ogłosić kolejną „amnestię” - tym razem obiecując anulowanie długów tym, którzy zdecydują się iść walczyć. Ewentualność kolejnej ofensywy jest niewykluczona, jednak warto zwrócić też uwagę na uspokajające deklaracje Pentagonu, którego przedstawiciele podkreślali ostatnio, że póki co nie obserwują koncentracji rosyjskich sił na żadnym z kierunków ewentualnego uderzenia Moskali. Dlaczego zatem Biden twierdzi, że „wojna jest w punkcie przełomowym”? Wydaje się, że w grę może wchodzić inna możliwość. Otóż, jak powiedział politico.eu generał Jérôme Pellistrandi, francuskie pojazdy AMX-10 RC są konstrukcją z lat 70-tych i 80-tych ubiegłego stulecia, która została wówczas stworzona po to, aby zwalczać rosyjskie czołgi. Oznacza to, że na Ukrainie będą one spełniały tę rolę, do której zostały zbudowane, czyli niszczycieli czołgów. François Heisbourg, francuski ekspert pracujący w International Institute for Strategic Studies, powiedział portalowi, że pojazdy, które Paryż ma dostarczyć na Ukrainę, są „zbudowane, aby iść do przodu, szczególnie ten model. Jest to opancerzony pojazd rozpoznawczy i ich przekazanie jest wkładem mającym pomóc Ukrainie w odzyskaniu okupowanych terytoriów”. W podobny sposób charakteryzowane są amerykańskie Bradleye, eksperci zwracają uwagę na ich mobilność i lepsze uzbrojenie, w tym w rakiety służące do zwalczania czołgów wroga.

Zmiana taktyki Rosjan

Warto w tym kontekście napisać kilka słów o tym, jak Rosjanie zmienili swą taktykę na Ukrainie, bo nie jest prawdą, że obecnie walczą w taki sam sposób, jak na początku wojny. Jak zauważył Mike Ryan, australijski generał i wykładowca akademicki, w mniejszym stopniu niż w pierwszych tygodniach używają oni swego potencjału pancernego. Czołgi odsunęli od linii frontu na pewną odległość, bardziej traktują je w kategorii mobilnych baterii artyleryjskich, a jeśli dążą do przełamania obrony ukraińskiej to raczej małymi grupami pancernymi działającymi już teraz zawsze wraz z piechotą. Nie tak, jak na początku wojny, kiedy mieliśmy do czynienia z długimi, nie chronionymi kolumnami czołgów i innych pojazdów, co w efekcie umożliwiało stronie ukraińskiej niszczenie ich przy użyciu przenośnych wyrzutni przeciwpancernych. Teraz to się zmieniło, taktyka ukraińska musi też ewoluować. Zaczyna liczyć się zdolność do manewru, szybkiego przemieszczania się i ewentualnego zaskoczenia formacji przeciwnika, jeśli oczywiście pierwej uda się dokonać wyłomu w jego liniach obrony. A zatem, jeśli siły zbrojne Ukrainy mają mieć możliwość dokonania wyłomu i odbicia nowych terenów, to winny, w świetle tego opisu sytuacji, być w stanie wykonać szybkie, niespodziewane uderzenia. Po to potrzebują mobilnego i nieźle uzbrojonego sprzętu. Wydaje się, że mówienie o tym, iż wojna znajduje się „w punkcie przełomowym” wynika raczej z oceny możliwości ewentualnego uderzenia, czy serii lokalnych uderzeń, strony ukraińskiej.

Przygotowania do wiosny

Kilka słów trzeba poświęcić chronologii działania. Otóż jak zauważył generał Ben Hodges, już obecnie należałoby szkolić ukraińskie załogi w obsłudze czołgów typu Abrams, bo na uzyskanie elementarnej sprawności potrzeba będzie kilkunastu tygodni. Z podobną sytuacją mamy do czynienia w przypadku pojazdów opancerzonych, które mają być dostarczone Kijowowi. Sam proces przygotowania ich do wysyłki i ostatecznego przekazania też zajmie co najmniej kilka tygodni. Wszystko to razem wzięte oznacza, że ostanie decyzje Białego Domu i sojuszników (w tym Paryża i Berlina) mają służyć wzmocnieniu ukraińskiego potencjału ale dopiero w perspektywie kilkunastu tygodni, w grę raczej nie wchodzą dni. Wydaje się więc zaten, że w tym wypadku mamy do czynienia z działaniem, które ma dać stronie ukraińskiej możliwość przeprowadzenia operacji zaczepnych na większą skalę wiosną tego roku. Potwierdzają to zresztą informacje Guardiana, który powołując się na źródła w niemieckim ministerstwie obrony napisał, że 40 maszyn Marder trafi na Ukrainę do końca marca.
Podjęte decyzje są też sygnałem o charakterze politycznym, wysłanym do Moskwy i jej partnerów. Przed miesiącem John Kirby ostrzegał, że Iran staje się głównym partnerem wspierający wysiłek wojskowy Rosji, a media ukraińskie informują, że o ile Teheran dostarcza już Moskwie drony – kamikadze, które zresztą też są montowane na Białorusi i w Tadżykistanie i stamtąd trafiają na wyposażenie rosyjskiej armii, o tyle kwestia dostaw irańskich rakiet balistycznych jest jeszcze otwartą. Przede wszystkim z tego względu, że należałoby dostarczyć również wyrzutnie zdolne obsługiwać rakiety Fateh-110 i Zolfoghar, a to nie jest takie proste i trudno będzie zrobić to niepostrzeżenie. Wydaje się zatem, że decyzja o zwiększeniu przez Zachód dostaw na Ukrainę może być traktowana także w rodzaju sygnały wysłanego zarówno do Moskwy, jak i Teheranu, „aby nie iść tą drogą”, bo przełomu w relacji sił i środków na froncie w ten sposób się nie osiągnie, a koszty trzeba będzie ponieść. Portal politico.com przywołuje zresztą opinię dwóch anonimowych urzędników administracji Bidena, którzy mówią, że przekazanie Kijowowi Bradleyów można traktować w kategoriach sygnału o gotowości do wysłania Abramsów. Niedawne przybycie pierwszej partii tych czołgów do Polski wraz z wozami obsługi technicznej i dużym pakietem części zamiennych również przybliża i uprawdopodabnia tego rodzaju decyzję, bo ukraińscy mechanicy mieliby gdzie się szkolić. I to też jest czytelny sygnał, który z pewnością zostanie odnotowany w Moskwie.

Wyraźne sygnały dla Moskwy

A zatem mamy do czynienia, jak można przypuszczać, z wyraźnym sygnałem, a właściwie dwoma sygnałami, których odbiorcą jest przede wszystkim Moskwa. Po pierwsze, Stany Zjednoczone i sojusznicy nie dadzą Ukrainie upaść, co oznacza, że szukanie rozstrzygnięcia przez Rosjan na polu boju jest obarczone poważnym błędem kalkulacji strategicznej, zwycięstwa bowiem nie będzie. Po drugie, Zachód na kroki o charakterze eskalacyjnym, a za taki trzeba byłoby uznać dostawę irańskich rakiet do Rosji, odpowie w sposób lustrzany, zwiększając skalę i charakter dostaw na Ukrainę. Nie mamy w tym wypadku do czynienia z prostą rewizją zasady „nieeskalacyjnych dostaw”, ale poruszamy się drogą prowadzącą w takim właśnie kierunku.
Wydaje się również, że ostatnie rozmowy Putina z Erdoganem na temat zakończenia wojny na Ukrainie też miały wpływ na podjęte decyzje. Jak informuje Reuters Putin miał powiedzieć tureckiemu prezydentowi, że „Ukraina będzie musiała pogodzić się z utratą terytoriów”, jeśli chce myśleć o pokoju, a jednocześnie oskarżył Zachód o „destrukcyjną rolę” przede wszystkim dlatego, że dostarcza broń i amunicję Kijowowi. A zatem informacja o zwiększeniu dostaw jest kolejnym sygnałem wysłanym do Moskwy, że żadnego uznania aneksji terytorialnych nie będzie. Dziennikarze Reutersa, powołując się na informacje z otoczenia tureckiego prezydenta, napisali, że ten miał powiedzieć Putinowi, iż pierwszym krokiem wiodącym do pokoju jest „jednostronne zawieszenie broni”. Co ciekawe, rosyjski prezydent właśnie ogłosił, że w związku z prawosławnymi świętami Bożego Narodzenie rosyjska armia zawiesza na dwa dni swe działania. Może to być odczytane jako „operacja propagandowa” Rosjan i tak decyzję tę interpretuje się np. w Kijowie, ale również krok ten można traktować w kategoriach słabości czy chwiejności pozycji Moskwy, która musi uzyskać przerwę w walce, aby dać odpocząć swym żołnierzom i móc ich przegrupować. Jeśli jest to sygnał słabości, to byłoby nieroztropnie godzić się na zawieszenie broni i dlatego Kijów odrzucił tego rodzaju opcję, a Zachód nie wywierał presji za jej przyjęciem.

         Trzeba wreszcie na koniec kilka słów napisać na temat tego, co mogło się „zaciąć” w sprawnym do tej pory mechanizmie, jakim był tandem niemiecko – francuski. Otóż Paryż jest wściekły, że Niemcy uchwaliły pod koniec października wart 200 mld euro plan pomocowy dla własnego przemysłu w związku z wysokimi cenami energii. Le Monde przypomniał w związku z tym podobnie egoistyczne decyzje Berlina z początku pandemii, a także przytoczył słowa Bruno Le Maire, ministra przemysłu, który powiedział, że tego rodzaju działania nie tylko osłabiają Unię Europejską, ale wręcz „mogą doprowadzić do rozpadu strefy euro”. Dlaczego? Z tego względu, że Paryż nie ma wystarczających środków, aby zaproponować własnym firmom podobny pakiet, a nie kontrolując emisji pieniądza, bo centrum decyzji znajduje się we Frankfurcie, niewiele może zrobić. Francuzów zirytowało również to, że Scholz nawet ich nie poinformował o tym, co zamierza przeforsować w Bundestagu. Potem, już w grudniu, w Paryżu miało miejsce forum ekonomiczne z udziałem premiera Ukrainy, na którym rozmawiano na temat udziału francuskich firm w procesie odbudowy po zakończeniu wojny, a w Krakowie też odbyło się podobne spotkanie, w toku którego francuscy przedsiębiorcy rozmawiali o wspólnych polsko – francuskich projektach w zakresie odbudowy Ukrainy. Wygląda na to, że w Paryżu postanowili dać Niemcom nauczkę pokazując, iż Francja może zacząć własną grę, również o wymiarze gospodarczym, i zarobić w przyszłości na Ukrainie. Niedawna wizyta francuskiego ministra obrony w Warszawie i kontrakt na zakup satelitów zwiadowczych jest też sygnałem, iż udział francuskiego sektora przemysłowego pracującego na rzecz armii w odbudowie europejskiego potencjału wojskowego nie jest wykluczony. Sporo o tym też zapewne rozmawiano w trakcie wizyty Macrona w Białym Domu. To oczywiście nie jest żadne „odwrócenie sojuszy”, ani też nie może być uznane za kryzys w relacjach miedzy Francją a Niemcami. Mamy raczej do czynienia z sygnałem, który został zresztą prawidłowo odczytany, że Paryż ma inne opcje polityczne i nie jest skazany na funkcjonowanie w roli junior partnera Berlina.

 Tekst ukazał się na portalu wPolityce.pl 6 stycznia 2023r

PRZECZYTAJ

 📝 Najnowszy artykuł
17 Lipca 2024

To republikanie są dziś lewicą

Trumpowy kandydat na wiceprezydenta USA J.D. Vance jest symbolicznym domknięciem trwającego od lat procesu, w którym amerykańscy republikanie stają się lewicą socjalną. Demokratom zaś pozostaje rola obrońców neoliberalnego status quo.
Fundamentalna zmiana w amerykańskiej polityce
W nadchodzących dniach usłyszycie pewnie wiele na temat J.D. Vance’a. Nasz liberalny komentariat będzie się starał wtłoczyć go w znane

...
(Czas potrzebny na przeczytanie tego tekstu to około 2 minuty i 56 sekund.)


17 Lipca 2024

To republikanie są dziś lewicą

(335) Rafał Woś

Trumpowy kandydat na wiceprezydenta USA J.D. Vance jest symbolicznym domknięciem trwającego od lat procesu, w którym amerykańscy republikanie stają...
(Czas potrzebny na przeczytanie tego tekstu to około 2 minuty i 56 sekund.)


17 Lipca 2024

ANALOGIA Amerykańska sędzia tłumaczy Bodnarowi i Tuskowi. Kolejne wielkie zwycięstwo Donalda Trumpa przed sądem

(377) Dariusz Matuszczak

Sędzia federalna z Florydy Aileen Cannon oddaliła oskarżenia prokuratury wobec Donalda Trumpa o nielegalne, niewłaściwe przechowywanie tajnych...
(Czas potrzebny na przeczytanie tego tekstu to około 5 minut i 23 sekundy.)


16 Lipca 2024

Światło nadziei, które wychodzi z polskiego Sejmu. „Wygląda na to, że ktoś gorąco modlił się o to głosowanie”

(401) Goran Andrijanić

Od ubiegłego piątku możemy czytać w polskich mediach analizy i komentarze po głosowaniu w Sejmie, na którym Koalicji 13 grudnia nie udało się...
(Czas potrzebny na przeczytanie tego tekstu to około 1 minuta i 29 sekund.)


15 Lipca 2024

Niemcy czerwienią się ze wstydu. Upokorzenie na oczach całego świata

(290) Dariusz Dobek

Gdyby już blisko 300 lat temu Niemcy nie ukuli terminu "schadenfreude", musiałby on powstać najpóźniej pod koniec czerwca br. Nie ma bowiem...
(Czas potrzebny na przeczytanie tego tekstu to około 6 minut.)