Czasem mam wrażenie, że czytam, rozmawiam, dyskutuję z zupełnie obcym mi społeczeństwem. Sorry, ale wobec większości Polaków nie będę używał świętego dla mnie określenia - naród. Gdyż zbioru polskojęzycznych zatomizowanych, pazernych, egoistycznych, cynicznych jednostek, nie złączonych żadną wspólną ideą - narodem nazwać nie sposób, zatem i ja się powstrzymam od profanacji. Jestem po ostrych dyskusjach na temat pracy handlu w niedzielę.

Obraz Polaków (dużej części, a chyba i większości) jaki wyłazi z tych dyskusji - jest paskudny. Nie jestem socjologiem, więc nie u mnie szukać recepty na schorowane polskie społeczeństwo. Nie wiem czym się zajmują socjologowie, ale mam wrażenie że biorą kasę za darmo. Na pewno nie pracują w niedziele, ale akurat oni powinni pracować, bo tak bardzo chora jest polska dusza. 

Od połowy lat dziewięćdziesiątych sporo z Polski wyjeżdżałem. Niestety, ale z powodu tej właśnie polskiej choroby, na która zapadła znaczna część polskiego społeczeństwa, a dopadła również i moją ex. Musiałem się poniewierać po świecie przez kilka lat, więc kontakt z Polakami miałem coraz rzadszy. Nie każdy jest Kijowskim i za długi będzie nagradzany, wcale nie więzieniem... Niemniej te coraz rzadsze kontakty z rodakami, umożliwiały mi świeże, z innej perspektywy spojrzenie na cykliczne zmiany mentalne Polaków.

Pamiętam jako młodziutki chłopak festiwal "Solidarności" 1980-1981. Coś wspaniałego. Ta atmosfera, ta radosć, że komuna ustępuje. Pomimo braków w sklepach, pomimo trudności w życiu codziennym, ta atmosfera wspólnoty była czymś niewyobrażalnie cudownym. Była jak powiem świeżego powietrza w zatęchłej piwnicy. Byliśmy jednością naprzeciw sowieckim namiestnikom. Byliśmy Polakami...

Nawet w latach gierkowskich, sukcesy kadry Górskiego przeżywali ludzie w sposób, w jaki już nikt dziś nie potrafi. Ten szał radości, gdy nasze Orły wygrywały, ci obcy sobie ludzie na ulicach gratulujący sobie, nam, sukcesu. Niezapomniane do dziś, choć to było tak dawno, choć byłem wtedy dzieciakiem.

W latach "Solidarnosci" było nie do pomyślenia dla nikogo, że pielęgniarka może odejść od łóżka chorego. Nikt nawet takiej okoliczności nie rozpatrywał! Pamiętam, gdy w technikum przyjechałem na praktykę do kopalni, a tu strajk. Pytamy z kolegami, o co biega? Mało wam kasy? Ci na bramie, z biało-czerwonymi opaskami odparli: strajkujemy za pielęgniarki, żeby dostały podwyżki, bo tak mało zarabiają, a harują nie mniej od nas. Nieco tylko zdziwieni, bardziej dumni z tych ludzi i z postawy pielęgniarek. Gdy opowiadam to dziś, to te polskojęzyczne cyborgi patrzą na mnie jak na Marsjanina. Nie do pomyślenia. W chytrych i pazernych oczkach polskojęzycznych, zaciekły bój. Jaki to interes mieli górnicy, a jaki pielęgniarki? Coś tu śmierdzi. Eee, zmyśla...

A dziś? Pielęgniarki dla KASY ODCHODZĄ OD ŁÓŻEK CHORYCH DZIECI!!! A to już jest zwyczajne kur....o! I nie tłumaczy ich wcale, że obecnie żadna grupa społeczna i zawodowa nie strajkowała by w ich imieniu. Bo by nie strajkowała, niestety. Każdy ma swoje interesy i kasę ze wspólnego budżetu do wyrwania...

Czytam jak to jedna czwarta studentek zostaje zwykłymi kur.ami, bo tak jest taniej wynająć stancję. Albo sobie dorabiają w agencjach, albo znajdują sponsora w mieszkaniem i ten za cotygodniowe usługi pozwala zaradnemu dziewczęciu mieszkać u siebie. I nie chodzi mi tylko o pogardę dla takich kur..ek. Chodzi o społeczne przyzwolenie na tego typu "zaradność". 1/4 polskich dziewuch na studiach. Obrzydliwość. Pomyśleć, że ktoś później ma taką żonę, taką matkę.

Przykładem jest tu casus "matki Madzi". Polskie cyborgi widziały tylko TV show. Zbrodnia jakie zdarzają się wszędzie, nie wywołała u Polaków współczucia dla bestialsko zamordowanego dzieciaka, zakopanego jak pies pod płotem. Oj tam, oj tam. Pozbyła się bachora i spoko. Niech już nie nudzą, są ważniejsze sprawy. Tak, są. Trzy sprawy. Kasa, kasa i kasa. To się liczy, a nie tam jakiś bachor i spóźniona aborterka. Niech już nie męczą ucha i oka...

Obrzydliwość. Chyba tylko w Polsce możliwe było w takim przypadku robienie z morderczyni własnego dziecka - gwiazdy. Tylko w Polsce było możliwe nazywanie ludzi wrażliwych, przejętych losem malutkiego dzieciaka - idiotami, moherami i durniami, bo mieli coś niepojętego dla robotów. Współczucie i empatię. Dla korpo-robotów ze służbowym Aurisem - cechy kompletnie zbędne, wręcz wrogie. Kasa, misiu, kasa się liczy. Tylko kasa, qu.wa , kasa! Ich człowieczeństwo polega na robieniu kasy. Ciągłym. Są tylko konsumentami, pracownikami, połykaczami reklamowego shitu. I przybywa ich w postępie geometrycznym. Takiego zjawiska, w tak szerokiej skali, nie ma nawet na Zachodzie. Aż tylu robotów tu nie ma. To wybitnie polska specjalność...

Jakieś 10 lat temu na słynnym lotnisku Heathrow w Londynie, na światło dzienne wyszła sex afera. Okazało się, że polskie sprzątaczki w sprzątanych przez siebie toaletach, świadczyły również usługi seksualne klientom. Klientom sralni. Tak, zaraz po sikaniu się z panem stukały. Jedna pilnowała drzwi, druga obsługiwała klienta, kasą się dzieliły. Kilkanaście kobiet, tylko z Polski. Pewnie są tacy, którzy są dumni z takich zaradnych rodaczek. Na tym lotnisku pracują tysiące ludzi. Kilkudziesięciu narodowości. A tylko Polki wpadły na taki pomysł. Pieniądze zdegenerowały Polaków. Najbardziej przygnębiający był fakt, że większość mężów czy partnerów tych dziwek wiedziało o ich "zaradnym dorabianiu" do pensji sprzątaczki. Oj tam, oj tam. Sie nie wymydli. Dla mnie też coś zostanie. A dobra, dodatkowa kasa cieszyła ich niezmiernie. Kasa, tylko kasa się liczy. Jakieś sumienie, jakaś przyzowitość, jakieś hamulce? Oj, to dobre dla frajerów...

Tysiące afer za rządów Tuska i kamaryli. I nic. A co tam. Niech mają, tylko niech mi też się nie wtrącają do moich kantów. Jedyne protesty na większą skalę, to protesty przeciw ACTA. Bo skończyłoby się darmowe ściąganie filmów czy gier. Wszystko małe pazerne ludziki mogą wytrzymać, ale nie gdy im się nie pozwala kraść. O nie! Skoro władza kradnie, to nam też ma pozwalać...

Jedyne co rozpala dyskusje w necie to kasa. Ktoś chce egzekwować należny abonament TV? Niech spada. My nie płacimy. Nie i już. I g. nas obchodzi, że na całym swiecie się płaci na narodową telewizję. U nas ma być za darmo. Gdyby nie widać tych płatności, bo będą ukryte w podatkach - to jest ok. Niech płacę nawet więcej. A co? Ale oficjalnie płacić na narodową TV? W życiu! Musi zostać na zakupy w niedzielę. To polska miara wolności osobistej. Iść w niedzielę na galery. Galery dla ekspedientek, pozbawionych życia rodzinnego. Bo ku*as jeden z drugim nie wyobraża sobie innego spędzania niedzieli niż lizania lodów przez szkło wystawowe. Tzn do galerii. Nie, nie malarstwa. Chyba, że do Castoramy, malarstwa pokojowego. Miara wolności wyboru cyborga, ktory zaprogramowany reklamami w ogłupiającej TV, nie potrafi inaczej spędzić wolnego czasu jak tylko łażąc godzinami po marketach, porównując ceny i licząc ile nadgodzin mu trzeba, żeby kupić jeszcze większy telewizor, żeby lepiej widzieć jeszcze więcej reklam zachęcających go do jeszcze większego wysiłku finansowego i kupna jeszcze większego telewizora. Żałuje taki korpo-robot, że doba ma tylko 24 godziny, a tydzień tylko 7 dni. Jego "życie" to tylko zakupy, kredyty, spłaty, nadgodziny, fuchy. I jego bóg. Pieniądze za wszelką cenę. Nic innego się nie liczy. Nic. Jedyna radość dla tego parszywego odłamu gatunku homo sapiens, to coraz nowszy i droższy sprzęt, żeby się sąsiad, taki sam mongoł, z zazdrości i zawiści posrał w gacie na rzadko...

Tekst  ukazał się na Salon24 19 sierpnia 2016r 

Pin It