Po przejęciu władzy przez PiS pisałem, że największym problemem, z jakim przyjdzie się zmierzyć nowej władzy w budowie prawdziwie niepodległej i praworządnej Rzeczpospolitej będzie wymiar sprawiedliwości (nazywany często przez tzw. lud „wymiarem niesprawiedliwości”). To, że działa on niewydolnie i źle, że stanowi prawdziwą kulę u nogi potencjalnego rozwoju Polski, to zarówno powszechne przekonanie, jak i wieloma przykładami i artykułami udowodniona teza (wiele przykładów przytoczono ponownie w okolicznościowych notkach i komentarzach na S24; bardzo dobre przykłady przytacza też Stankiewicz w onet.pl).

W mojej opinii, jak i wielu innych obserwatorów sceny politycznej, głównym powodem jest fakt, że wymiar sprawiedliwości nie został zdekomunizowany i nigdy nie przeprowadził rachunku z niechlubną komunistyczna przeszłością. A przecież powstał wprost z wymiaru niesprawiedliwości PRL i do dziś utrzymała się tam władza, zwyczaje i mentalność rodem z PRL. W imieniu niepodległej Rzeczpospolitej orzekają nawet dziś jeszcze ci, którzy wydawali wyroki polityczne w stanie wojennym, a także ich liczni młodsi duchowi następcy – nierzadko synowie i wnukowie (bo nepotyzm trwa tam w najlepsze) albo ci, którzy umieli udowodnić, że rozumieją mentalność swoich komunistycznych mentorów.

Słynna jest historia sędziego Adama Strzembosza, b. Prezesa Sądu Najwyższego RP, który za młodu zaangażowany w tworzenie struktur „Solidarności” przy Ministerstwie Sprawiedliwości, odwołany ze stanowiska sędziego w stanie wojennym, w porozumieniach okrągłostołowych pełnił rolę rzecznika strony solidarnościowej w dziedzinie sprawiedliwości. Słynne są jego słowa „że środowisko sędziowskie  samo się oczyści”. Słowa te niestety miały tę moc, że przyczyniły się do zablokowania lustracji w wymiarze sprawiedliwości. Po latach Strzembosz przyznał, że się mylił: środowisko nie oczyściło się, wymiar sprawiedliwości jest zawalidrogą na drodze do budowy sprawnego państwa. (Nie mogłem znaleźć tych słów, może już „wygumkowano”, ale znalazłem link do artykułu w Newsweeku z 2002 roku, gdzie redakcja i Strzembosz nie pozostawiają suchej nitki na stanie polskiego sądownictwa). I oto dzisiaj sędzia-nestor idzie ramię w ramię z postkomunistycznym establishmentem. (Jest rzeczą wyjątkowo przykrą patrzeć jak starym zasłużonym ludziom miesza się w głowach, i jedną nogą w grobie, zabiegają jeszcze o ostatnie okruchy z pańskiego stołu, o uwagę i o ostanie blaski reflektorów – brr!).

W poszukiwaniu uznania pogrobowców komunizmu prof. Strzembosz ogłasza oto publicznie, że „wymiar sprawiedliwości musi być absolutnie niezależny od władzy ustawodawczej i wykonawczej”. To znaczy co? Państwo w państwie? Nie podlega żadnym ustawom? Żadnym regulacjom suwerena? Jakaś nowa koncepcja funkcjonowania prawa? Czy raczej prawników? Żenujące. Aż nie chce mi się wierzyć, że pan profesor zapomniał (?), że organizację pracy sądów i całego wymiaru sprawiedliwości regulują ustawy,  i że władza sądownicza jest w tym sensie zależna od władzy ustawodawczej, tak jak władza wykonawcza jest zależna od władzy sądowniczej, i że jakaś absolutna niezależność tych władz, rozłączny trójpodział, to tania demagogia.

Diagnoza moja pozostaje aktualna. Uzdrowienie wymiaru sprawiedliwości, to jest jedno z najtrudniejszych zadań nowej władzy. Szczególnie, że „wymiar” ten, w osobach tysiąca swoich przedstawicieli, postanowił kontratakować wypowiadając władzy ustawodawczej i wykonawczej wojnę polityczną. Co powinien zrobić PiS? Oczywiście PiS może podjąć tę walkę, otworzyć nowy front wojny z III RP, z pełną świadomością, że umocni tym swój międzynarodowy wizerunek antydemokratycznej dyktatury. Ze świadomością, że gdy społeczeństwo zmęczy się tą wojną (a społeczeństwo generalnie pragnie pokoju i zwykle szybko męczy się wojnami), może przegrać wybory i wszystko – niepodległą i praworządną Rzeczpospolitą.

Wydaje mi się, że w obecnej sytuacji lepsza jest inna droga – pozwolić środowisku sędziów… oczyścić się samemu.  To prawda, że nie oczyściło się do tej pory, ale być może dlatego, ze zabrakło katalizatora – w postaci nacisku opinii publicznej, mediów i oczekiwań aktualnej władzy.  Teraz ten katalizator jest. Z pewnością rośnie ilość młodszych sędziów, którzy dość mają postkomunistycznej władzy w środowisku, postkomunistycznej mentalności i zwyczajów. (W koću 90% sedziów uprawnionych do udziału w kongresie została w domu). Z pewnością młodsi, chętnie zastąpią starych. Jeśli będzie coraz więcej artykułów i informacji o wszelkich patologiach w sądownictwie, o skandalicznych wyrokach, to prawdą jest, że autorytet sądów będzie jeszcze bardziej upadał, ale to właśnie stępi kły postkomunistycznej nomenklatury, spowoduje dystansowanie się od tego zwykłych sędziów, i wymusi w końcu jakąś spektakularną odnowę, oczyszczenie, konieczne dla odbudowy autorytetu. Czasami trzeba osiągnąć dno, żeby się odbić. Sądownictwo czeka na swoją pokojową rewolucję Solidarności.

Tak więc, moja rada, jeśli można: Rząd powinien unikać kroków, które jednoczyłyby środowiska prawnicze przeciwko PiS-owi. Powinien demonstrować dobrą wolę uregulowania problemów sądownictwa, nie odstępując jednak od pryncypiów praworządności (na przykład od tego, że TK działa na podstawie ustawy).  Rząd powinien działać w tej sprawie ostrożnie i delikatnie: proponować tylko takie ustawy uzdrawiające, które zdobędą poparcie środowiska prawniczego, a przynajmniej znacznej jego części, albo takie, które bedą miały oczywiste wsparcie społeczne. Jednocześnie powinien dać zielone światło dziennikarzom i obywatelom do obnażania wszelkich nieprawidłowości w wymiarze sprawiedliwości, do dyskusjiI. Warto wyrazić życzliwe zainteresowanie projektem Kukiza, pracować nad nim i dyskutować, chociaż w obecnych realiach jest on nie do zrealizowania. Niech choroba wymiaru sprawiedliwości stanie się dla wszystkich oczywistością. I czekać. W pewnym momencie wybuchnie sędziowska "Solidarność". 

Tekst ukazał się na Salon24 4 września 2016r

Pin It