„Trumpizm, trumpiści. Słowa na wyrost. O dziesięć numerów za duże na tego grandziarza. Wrogowie Trumpa, kolejne wielkie słowo. Największym wrogiem Trumpa jest Trump.” Tymi paroma zdaniami pożegnałem się z notką pod tytułem „USA - oszustwa wyborcze, których nie było”, odpowiadając na komentarz kolegi po klawiaturze, i od tych paru zdań zaczynam niniejszą notkę. Trump to jeden wielki zawód i jedno wielkie rozczarowanie. Wszystko zmienił, a potem wszystko własnoręcznie zrujnował.

Jego żelazny elektorat nic nie mówi, ale i on musi się czuć zawiedziony i rozczarowany. Idol tych ludzi przegrał wybory, został luzerem, tego się nie da ominąć. Dla Amerykanina słowo luzer jest najgorszą obelgą. Lud Trumpa próbując odreagować upokorzenie poszedł na Kapitol i niczego nie odreagował, natomiast doczekał się kolejnego upokorzenia – ich idol został impeachowany. To również wymaga odreagowania, dlatego Washington w następnych dniach zamienił się w garnizon, w którym jest więcej wojska niż łącznie w Iraku i w Afganistanie. W Washingtonie Trump i jego lud nic już nie wskórają, ale coraz głośniej słychać o „miękkich celach” gdzie indziej. Dzień 20 stycznia może się niewesoło zapisać.

Możliwe, że nic się nie stanie. Ale sam fakt pojawienia się takich obaw, zaistnienia tak wielkiego napięcia, jest wystarczająco kompromitujący dla establishmentu, który nie potrafił się między sobą dogadać i znaleźć wspólnego gruntu. Nie wiadomo, kto bardziej zawiódł, Trump czy amerykańske elity. Trump, wysyłając swoje „wojsko” do szturmu na Kapitol, po raz kolejny udowodnił, że nie potrafi przegrywać. Abstrahując od skali zjawiska, można powiedzieć, że zachował się jak typowy szkolny grandziarz. Elity z lewej strony ukarały go za to impeachmentem, ale to na nic, bo mają obecnie na głowie te „miękkie cele”. Wychodzi na to, że próbowały dać grandziarzowi klapsa, ale on szybko odwrócił się bokiem, wskutek czego karząca ręka spadła na kość biodrową i teraz boli.

Nie musiało być tego wszystkiego. Washington Post nie musiał dzień po inauguracji Trumpa w 2017 roku obwieszczać na pierwszej stronie ogromniastymi literami: "The campaign to impeach president Trump has begun" ("Kampania w sprawie impeachmentu Trumpa rozpoczęta"). Ten sam Washington Post nie musiał 9 miesięcy później dawać na całą stronę ogłoszenia: „Masz brudy, które doprowadzą do impeachmentu Trumpa? Larry Flynt zapłaci za nie 10 milionów dolarów”. Bob Woodward nie musiał wydawać plotkarskiej książki pod tytułem „Fear: Trump in the White House” („Strach: Trump w Białym Domu”). Stacje telewizyjne CNN i MSNBC oraz śledcza komisja Muellera nie musiały rozpętywać kilkuletniej nagonki Russia, Russia, Russia, która zresztą zakończyła się wielką klapą, gdy prokurator generalny ogłosił, że nie znaleziono żadnych dowodów na konszachty Trumpa z Putinem. Demokraci nie musieli unurzać w ekskrementach Bretta Kavanaugh tylko dlatego, że Trump nominował go na sędziego Sądu Najwyższego. Nancy Pelosi nie musiała wszczynać procedury impeachmentu w związku z domniemanymi naciskami Trumpa na Zełeńskiego, też zakończonej wielką klapą w postaci uniewinnienia oskarżonego. Gubernatorzy i merowie wielkich miast w niebieskich stanach nie musieli miesiącami tolerować rozkradania i palenia sklepów, obalania pomników historycznych postaci i zawłaszczania przez motłoch całych dzielnic, utrzymując bezczelnie, że wszystko to było szlachetnym protestem przeciwko dyskryminacji Afroamerykanów pod rządami Trumpa. Dziennikarze nie musieli się popisywać latami agresją wobec „nie ich prezydenta”. Moderatorzy debat prezydenckich też mogli sobie agresję odpuścić.

Nie musiało tego wszystkiego być, mogło być trochę kulturalniej. Może wtedy w Trumpie nie obudziłby się aż taki grandziarz, jakim na końcu się pokazał. Niestety są to bajki dla grzecznych dzieci. Było, co miało być. Demokraci musieli flekować Donalda. To są poniekąd dobrzy ludzie, w każdym razie dobrze chcą, ale na luksus kultury nie mogli sobie pozwolić. Przechodzili w agresji samych siebie. Niekoniecznie z powodu Trumpa. Trump nie był dla nich najważniejszy. Poddawali go latami bezlitosnej obróbce, bo przyświecał im wielki cel. Po odejściu Obamy i po katastrofie z Hillary Clinton może każdego republikańskiego prezydenta traktowaliby w ten sposób. Nienawidzili Trumpa do upojenia, ale nienawiść była tylko paliwem, które ich napędzało. Najważniejszy był cel.

Pięknoduchowie wyobrażają sobie, że stosowanie brudnych chwytów w polityce nie popłaca. Tymczasem popłaca i to jeszcze jak. Dowody mamy przed sobą jak na dłoni. Demokraci dostali swojego prezydenta, Izbę Reprezentantów, Senat. Dostali wszystko. Wróć! Sądu Najwyższego nie dostali. Tak, ale obsadzenie przez Trumpa Sądu Najwyższego i innych sądów „swoimi” sędziami zdało się psu na budę. Ani Sąd Najwyższy, ani sądy niższego szczebla nie kiwnęły palcem w bucie, żeby mu pomóc wywalczyć drugą kadencję. Demokraci nie osiągnęliby tego wszystkiego, gdyby byli grzeczni. Trump owszem swoim dzikim zachowaniem bardzo im przez cały czas pomagał. Tyle że obróbka była również po to, żeby wzmóc jego dzikość i żeby jeszcze bardziej odpychająco się zachowywał. To wypaliło, Demokraci dostali na deser jego impeachment.

Można sobie kpić, że półki sklepowe w okolicy kwatery głównej Demokratów zostały ogołocone z butelek szampana, ale co z celami, które przyświecają Demokratom. Prezydent elekt mówi o walce z pandemią i wielotrylionowym kryzysem. Pięknie, wszyscy tego chcą. Ale na pierwszym posiedzeniu Kongresu w niedzielę 3 stycznia Partia Demokratyczna zamiast zacząć od pandemii i od kryzysu, zaczęła od prac nad uchwałą zakazującą genderowych słów. To pierwsza dyskretna odsłona tego, co się szykuje.

Demokraci chcą wykreślić z języka kongresmenów i urzędników państwowych słowa „matka”, „ojciec”, „brat”, „siostra”. Jak już wyżej było zasygnalizowane, detrumpizacja nie jest nadrzędnym celem Demokratów. Ich hasłem, co prawda głośno niewypowiadanym, też jest Make America Great Again – ale make inaczej. Dla kogoś z szarego tłumu wykreślenie matki to coś niepojętego. Detrumpizację można zrozumieć, dehumanizacji zwyczajnie się nie da. Demokraci już zaczynają piłować gałąź, na której dopiero co usiedli. Ale zanim obudzą się na glebie, mogą narobić szkód za trzech Trumpów.

Opublikowano na Salon24.pl : 15 stycznia 2021,

Pin It