felekCzy ktoś wie kto to - już niestety – był? Wie parę osób ze światka nauki oraz usług serwisowych i to na dodatek w niszowym ich fragmencie; naprawy i nadzoru aparatury rentgenowskiej i densytometrycznej.Można powiedzieć, każdy aktywny człowiek ma swoje pole działania i krąg ludzi, którzy go znają czy to z życia prywatnego czy kontaktów zawodowych i bez względu na swe walory osobiste, umysł, dokonania i po prostu - a w dzisiejszych czasach aż – człowieczeństwo, nie jest niestety wcale osobą znaną powszechnie – jak się to potocznie mówi – publiczną. Są to osoby, jeśli je znamy, których odejście silnie odczuwamy i o Nich zawsze pamiętamy. Po prostu ich brakuje. Sporo takich ludzi mam już tylko w swej pamięci. Do ich grona należy właśnie pan śp. Krzysztof Godwod. Poznałem Go jako serwisanta mojej aparatury rentgenowskiej.

Wcześniej był pracownikiem naukowym PAN w Instytucie Fizyki i zajmował się badaniami rentgenowskimi, a że do wyniku zawsze miał podejście nakazujące pytać o jego wiarygodność, to stał się ekspertem w zakresie funkcjonowania aparatury. Tą nie traktował jak czarną skrzynkę wypluwającą wynik, na który z rutyny wręcz należy patrzeć bezkrytycznie.
Klucz nawiązania kontaktu z firmą Godwod-Zagalski wcale nie był tajemniczy, gdyż ta działała w tandemie z firmą Pana inż. Wacława Musiała pracownika naszej uczelni, a moje zainteresowania i potrzeby w zakresie pomiarowym były zbieżne z podejściem Pana Krzysztofa. I tak trafiłem na tandem ludzi, którzy też byli świadectwem – ogólniej patrząc – postkomuszej wady systemowej organizacji nauki - niewykorzystania potencjału pasjonatów. Wspominając osobę chciałbym pokazać ten właśnie ogólny problem, który jako jedna z wad systemowych organizacji pracy nauki jest w wielu przypadkach kosztowna. O niej na końcu w podsumowaniu. Tu powiem tylko, że owa wada systemowa zaważyła też i na losach całej grupy, w której miałem zaszczyt pracować pod kierunkiem prof. Andrzeja Korbla. Cechą wspólną takich zespołów, nie do strawienia przez obecnie wciąż obowiązujące traktowanie pracy naukowców, jest odrzucenie bałwochwalczego, opartego na „bo przecież wiadomo” podejścia do ustalonego już poglądu w danej sprawie. To wymaga rzetelnej i krytycznej oceny wyniku doświadczalnego i mówienia rzeczy nie do zaakceptowania wobec obowiązującej rutyny poglądów w sprawie. Rzecz tak naprawdę, nie jest nowa, bo w końcu płaskość ziemi niegdyś była oczywista i też „naukowa” a i pokonanie tego poglądu wcale nie szło prosto, tyle, ze teraz byłby z tym kłopot właśnie – systemowy.
Wspominając samego Pana Krzysztofa oprócz powiedzenia – ciekawy człowiek – warto we fragmencie pokazać i te myśli ogólniejsze.
Oto zauważmy, że w naszym systemie organizacji nauki możemy mówić o następujących grupach nie tyle właścicieli co dysponentów aparatury.
1/ Naukawcy* nie posiadający wiedzy w zakresie dotyczącym znaczenia wyniku badań. Im aparatura jest potrzebna, by była w ich dyspozycji, gdyż jej posiadanie dodaje szans na pozyskanie grantu dokumentując możliwości badawcze. Pracujący w tym układzie organizacyjnym pod kuratelą naukawca - naukowcy owszem korzystają z takiej aparatury ale w zakresie, który pozwala wynikami uzasadnić w jakiejś części zaistnienie sprawozdania z badań, które po miłych recenzjach kolegów zostanie chwalebnie przyjęte.
2/ Naukawcy posiadający orientację co do znaczenia wyniku. Ci dają naukowcom swobodę w zakresie wypełniania treścią informacyjną sporządzanych raportów. Reszta j.w.
3/ Naukowcy – szefowie grup naukowych, wspólnie, w grupie rozwiązujący postawiane problemy (przez kogoś czy dla swojej wiedzy – obojętne a zazwyczaj to bywa zbieżne). Tu często dążenie do wyjaśnienia problemu wymaga narzędzi o specjalistycznych – nierutynowych cechach. Takowe bywa, że już leżą w istniejącej aparaturze tyle, że rutyniarze do nich nawet nie sięgają. Posłużę się przykładem telefonu komórkowego. Ilu użytkowników sięga po całe – dokładnie całe, spektrum możliwości tego urządzenia? Bywa, że potrzeby badacza muszą być rozwiązane rozszerzeniem możliwości aparatury pod ich kątem. I tu mamy systemowy problem. Na ogół grupa naukowców, o której mowa, nie dysponuje stosownymi możliwościami finansowymi mając najczęściej do dyspozycji aparaturą starszej generacji i taką z pomocą takich firm jak Godwod-Zagalski przerabiają, bo jeśli dostają granty – to nie ma mowy o większych możliwościach. Czasem wręcz tworzą własne systemy i sposoby badawcze.
Powyższy oczywiście bardzo uproszczony opis grup użytkowników aparatury był niezbędny by wskazać na czym polegała niezwykłość postaci – teraz powiedzmy – dr. Krzysztofa Godwoda, tak - bo ów serwisant- a takim Go poznałem swą firmą wpasował się w niszę potrzeb ostatniej, trzeciej z wymienionych, grup. Był doktorem nauk w dziedzinie fizyki pracującym w zakresie dyfraktometrycznych badań rentgenowskich. W konsekwencji opisanego na początku podejścia do spraw pomiarowych – a za tym i interpretacyjnych, po latach pracy, w której zgłębiał za każdym razem pytania o wiarygodność pomiaru, kwestie działania aparatury rentgenowskiej stały się Mu bliskie. Jeszcze w czasach kontaktów z NRD-owskim producentem takiej aparatury uzyskał formalne certyfikaty (jako hobbysta!) uprawniające do serwisowania tej aparatury. Przechodząc na emeryturę założył stosowną firmę i parę lat temu, też z potrzeb rynkowych swojej firmy – uzyskał uprawnienia serwisowe aparatury też rentgenowskiej – tym razem do badań densytometrycznych czyli dla potrzeb medycyny
Tak się złożyło, że miałem zaszczyt pracować w grupie naukowców należącej do trzeciego z wymienionego powyżej typu podejścia do spraw oceny wyniku pomiarowego. Byłem w takiej oto sytuacji; wiem co mam za pomocą pomiaru się dowiedzieć, wiedziałem jak ma działać, co ma wykonywać „mój” aparat (miałem to nawet opatentowane), lecz nie wiedziałem jak go do tego nakłonić. I tak, sformułowanie moich potrzeb, złożone z natrafieniem na ów tandem ludzi lubiących wyzwania i nietypowe dróżki, dało możliwości pomiarowe.
Te były niestety nie do przełknięcia przez, symbolicznie mówiąc, czcicieli płaskości ziemi w zakresie mojej dziedziny techniki pomiaru i skutków podejścia do jego rezultatu.
Tyle, że niestety takie traktowanie niechcianych, nie pasujących do owego „przecież wiadomo” dotknęło – w innych oczywiście zakresach – całą naszą grupę. I to jest fakt, który powinien być wzięty pod uwagę przez poważnie a nie tylko sztampowo myślących o wadach systemu organizacji i wykorzystania pracy nauki.
Teraz mam swoje lata i mam już tylko ochotę powtórzyć frazę chyba pana Bronisława Pawlika, który niechcący jej użyl zamykając okienko jako prowadzący audycję dla dzieci „Miś z Okienka”. nie wiedząc, że jest na wizji
Teraz ci, którym zależy na lepszym funkcjonowaniu organizacji nauki niech się zastanowią nad tym co wynika z opisanej historii i postaci Pana dr.Krzysztofa Godwoda doktora nauki w zakresie fizyki.
Smaczku tej opowieści niech doda, że Pan Wacław Musiał już jakoby niepotrzebny w macierzystej Alma itd. został godnie przyjęty do pracy w innej uczelni gdzie o dziwo – jest bardzo potrzebny.
Dlaczego - to też warto rozważyć.

Dr inż. Feliks Stalony-Dobrzański
Kraków 14.01.24 r
*Termin naukawcy wymag

Pin It