Pouczając republikańskich senatorów pan premier wykazał się szkodliwą dla naszego interesu arogancją. Polski rząd powinien już teraz działać na rzecz dobrych stosunków z potencjalną administracją republikańską po wyborach w USA.
Dear Republican Senators of America. Ronald Reagan, who helped millions of us to win back our freedom and independence, must be turning in his grave today. Shame on you.
„Szanowni republikańscy senatorowie USA. Ronald Reagan, który pomógł milionom z nas odzyskać wolność i niezależność, musi się dzisiaj przewracać w grobie. Wstydźcie się” – napisał na X pan premier Donald Tusk, komentując opór Republikanów w Senacie przed przegłosowaniem ustawy, zawierającej między innymi decyzję w sprawie pakietu 60 mld dol. pomocy dla Ukrainy.

Żeby było śmieszniej, ustawa w końcu przeszła (napotka zapewne opór w Izbie Reprezentantów), ale to raczej nie za sprawą połajanek pana Tuska. Znamiennym chwytem erystycznym było podparcie się Ronaldem Reaganem, który politycznie znajdował się akurat setki mil od poglądów pana premiera.
Swego czasu śp. Władysław Bartoszewski ukuł bardzo zgrabny termin „dyplomatołki” na określenie władzy nieradzącej sobie z subtelnościami gry dyplomatycznej. Dziś okazuje się, że modelowym przykładem dyplomatołka jest przywódca tego obozu politycznego, który był pod koniec życia panu Bartoszewskiemu najbliższy.
Przy okazji wypowiedzi pana premiera poczyniłem kilka spostrzeżeń.
Po pierwsze – zauważyłem, że krytyka, jaka spadła na pana premiera za ten wpis, była oddolna i spontaniczna. Wyjątkowo milczący byli dziennikarze dziś jedzący władzy z ręki, którzy pilnie śledzili każdą wpadkę dyplomatyczną poprzedników.
Po drugie – zauważyłem, że wyjątkowo milczący byli politycy Prawa i Sprawiedliwości. Może by i chcieli dokopać przy tej okazji panu premierowi, ale jak to zrobić, skoro oni sami są wciąż na kolanach przed Ukrainą i dopiero co gremialnie głosowali za przedłużeniem Ukraińcom wszystkich korzyści socjalnych związanych z pobytem w Polsce?
Po trzecie – pamiętam znakomicie czas, gdy w USA trwała kampania wyborcza w 2020 r., a potem, gdy wygrał Joe Biden. Politycy PiS najpierw jednoznacznie opowiadali się po stronie Donalda Trumpa, mimo iż słusznie zwracano im uwagę, że dbając o dobre relacje z USA powinni zajmować w tym wyścigu stanowisko neutralne, a do tego starać się nawiązać dobre stosunki ze środowiskiem Demokratów. Później, już po zwycięstwie Joego Bidena, pan prezydent Duda spóźniał się z przesłaniem gratulacji zwycięzcy, a potem, aż do 24 lutego 2022 r., stosunek rządzącej w Polsce partii do demokratycznej administracji był zimny, żeby nie rzec: wrogi. Przy czym przejawiało się to właściwie wyłącznie nie dojrzałymi analizami rozbieżności ideowych, ale sztubackimi przytykami typu: „O, dziadek Biden znów nie wie, gdzie jest”. Nie chce mi się teraz szukać, ale idę o zakład, że pan Dominik Tarczyński nie skasował jeszcze wszystkich tego typu wpisów ze swojego konta na X.
Po wybuchu wojny Rosji z Ukrainą nagle okazało się, że Joe Biden to nasz największy przyjaciel, którego kochamy i uwielbiamy, i któremu poprzednia władza rozściela pod nogami czerwony dywan w Warszawie, a pan prezydent jest tak zaangażowany w pielęgnowanie tej przyjaźni, że gotów był robić nawet za support przed wystąpieniem Joego Bidena, mówiąc do pustego krzesła.
Było to wszystko żenujące i niedojrzałe.
Wygląda na to, że historia się teraz powtarza, tyle że z odwróconymi rolami. Zamiast Joego Bidena możemy mieć Donalda Trumpa, zamiast Mateusza Morawieckiego i Andrzeja Dudy – Donalda Tuska.
Oto bowiem pan Tusk z wyżyn swojego premierowskiego stanowiska w RP postanowił pouczyć – ba, nawet skarcić – senatorów Stanów Zjednoczonych. Podejrzewam, że większość z nich, jeśli w ogóle tego tłita zauważyli, nie miało pojęcia, kto go napisał i musieli zajrzeć do opisu delikwenta, żeby następnie pomyśleć sobie: „Ależ mnie opinia tego pajaca kompletnie nie obchodzi”. Kilku jednak pofatygowało się, aby panu Tuskowi odpisać – i nie były to miłe odpowiedzi.
Skomentowali także wpis pana premiera niektórzy analitycy spraw międzynarodowych – w tonie w zasadzie wyłącznie krytycznym. Elbridge Colby, były analityk Pentagonu, napisał na przykład: „Gdy Ameryka staje naprzeciwko głębokich problemów strategicznych, ekonomicznych i imigracyjnych, wielu Amerykanów ma wątpliwości, czy wciąż warto angażować się za granicą. Twierdzę, że tak, choć bardziej selektywnie i przechodząc do modelu bardziej partnerskiego niż zależności. Takie [jak Donalda Tuska] podejście nie pomaga”.
Nile Gardiner, były doradca Margaret Thatcher i publicysta „Daily Telegraph”, napisał z kolei: „Oto jak nie zdobywać przyjaciół w Waszyngtonie i spalić mosty z najbliższymi sprzymierzeńcami Polski w USA. Donald Tusk nie rozumie dyplomacji i demokracji, traktując wybranych senatorów USA z pogardą. Tusk jest arogancki, chamski, obraża naród amerykański”.
Tak złego politycznego piaru dawno nikt Polsce nie zrobił jednym wpisem. Można zatem, a nawet trzeba zadać sobie pytanie, jakie są tego przyczyny. Czy pan Tusk zrobił to ze zwykłej popędliwości i głupoty? Bo przecież nie licząc na to, iż cokolwiek zmieni. Jest wystarczająco inteligentny, żeby doskonale wiedzieć, że dla amerykańskich senatorów jego opinia ma mniej więcej takie znaczenie jak cena banana na targu w Kuala Lumpur. Czy może zrobił to na użytek wewnętrznej opinii – choć naprawdę trudno dociec, jakie miałby tu uzyskać korzyści? A może – i jest to niestety wersja całkiem prawdopodobna – jest to celowe działanie, mające właśnie uderzyć w stosunki polsko-amerykańskie po ewentualnej zmianie władzy w Waszyngtonie, aby z konieczności powiązać Polskę mocniej z Berlinem? Trudno doprawdy w inny racjonalny sposób ten wyskok wytłumaczyć.
Oczywiście po stronie wielbicieli obecnej władzy znajdą się niechybnie tacy, którzy zachwycą się moralizatorstwem pana premiera na zasadzie „ale im powiedział!”. To lustrzane odbicie podobnej grupy po stronie zwolenników PiS, która także zachwycała się naszą wyższością moralną szczególnie w kontekście wojny na Ukrainie. Tym osobom trzeba przypomnieć, że zadaniem premiera RP nie jest nieodpowiedzialne kozakowanie na portalu Elona Muska, ale używanie dyplomacji po to, żeby zapewnić Rzeczypospolitej jak najlepsze z naszego punktu widzenia stosunki z naszymi sprzymierzeńcami, w tym z USA, które – chcemy czy nie – pozostają głównym gwarantem naszego bezpieczeństwa.
Może więc niech lepiej dyplomatołek Donald Tusk pozostanie przy umieszczaniu w sieci słodkich fotek z wnusiem na nartach. To idzie mu lepiej i przynajmniej nie szkodzi Polsce.

Autor: Łukasz Warzecha

Tekst ukazał się na Salon24.pl 9 lutego 2024r

Pin It