A niech was wszyscy diabli! - tego Donald Trump nie powiedział, ale taki był sens jego słów. Oczekujecie naszej ochrony, chcecie żebyśmy was bronili, a sami nie dbacie o własne armie…? Basta! Acz innymi słowami, tę myśl wyrażał już wielokrotnie i jak grochem w ścianę. Były prezydent USA, jeszcze nawet nie oficjalny kandydat republikanów na ten urząd stracił cierpliwość. Czy słusznie? Na ile wiarygodny jest sojusz z „pasażerami na gapę”? Tym ostatnim określeniem posłużył się swego czasu akurat prezydent z ramienia demokratów Barack Obama. Można więc przyjąć, że niezadowolenie z postawy większości członków NATO ma za oceanem charakter ponadpartyjny. Tyle, że jedni mówią o tym głośno, inni dyplomatycznie milczą.

To prawda, że szeryfowie globalnej wioski również potrzebują sojuszników, z tym wszakże zastrzeżeniem, że mogą na nich liczyć i polegać. Zarówno Niemcy jak i Francja w ich powojennej polityce dały wiele powodów, by zaszufladkować ich jako sprzymierzeńców w trybie warunkowym.
Słowa Trumpa podziałały jak zimny prysznic. No, jak mógł…?! - szok i lament, tak najkrócej można ująć ton większości komentarzy po jego bezpardonowym wystąpieniu na wiecu w Conway, w Karolinie Południowej. Nawet jeśli przyjąć, że kampanie wyborcze rządzą się swoimi prawami i często nijak mają się do rzeczywistości, to jednak stwierdzenia: „wszyscy mają płacić”, a jeśli nie, to „absolutnie nie będziemy was chronić, niech Rosja robi z wami, co chce”, mają tak mocny wydźwięk, jakiego jeszcze w dziejach NATO nie było. Oznaczają wprost, że ewentualnie przyszły prezydent nie zamierza wykrwawiać Amerykanów za spokojny, niepodległy byt ludności tych krajów, które nie spełniają fundamentalnych wymogów sojuszu. Przy czym, żeby było jasne, nie chodzi tylko o pieniądze.
To tutaj, w Paryżu najdobitniej brzmią słowa „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. To jest filozofia, która legła u podstaw Unii Europejskiej, NATO. To są słowa, które dobrze ilustrują ideę solidarności, która stała się fundamentem nowoczesnej Europy i najważniejszą wartością współczesnej Polski
— nawiązał do powieści Aleksandra Dumasa „Trzej Muszkieterowie” premier Donald Tusk na marginesie spotkania z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem.

Nieco później niemal to samo powtórzył w obecności Tuska kanclerz Niemiec Olaf Scholz:
Wszyscy za jednego i jeden za wszystkich. (…) Jakakolwiek relatywizacja gwarancji wzajemnej pomocy NATO jest nieodpowiedzialna i niebezpieczna i to służy jedynie Rosji, nikomu nie wolno wystawiać na szwank bezpieczeństwa Europy
– dorzucił.
Niestety, w praktyce z tą solidarnością, wartościami i sojuszniczą odpowiedzialnością bywało różnie, zwłaszcza Niemcy jak i Francja przyczyniały się w niedawnej przeszłości do głębokich podziałów w Europie i kryzysów w stosunkach transatlantyckich.
„Amis go home”
Kit, który w czasach zimnej wojny spajał Niemcy z USA w Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego przestał istnieć tuż po zjednoczeniu Niemiec, konkretnie z chwilą… napaści Iraku na Kuwejt. Gdy Amerykanie zwrócili się o sojuszniczą pomoc w ich interwencji zbrojnej, usłyszeli z Bonn (ówczesnej siedziby rządu RFN) jednoznaczne: „nein!”. Co więcej, przez to nadreńskie miasto przelała się wielka manifestacja ponad ćwierci miliona Niemców zwiezionych pociągami i autobusami z całej republiki, wraz z transparentami: „Amis go home”, „Żadnej krwi za ropę” itd. Nie była to pacyfistyczna histeria, lecz przygotowana demonstracja przez ówczesnego kanclerza Helmuta Kohla, że skończyły się czasy, gdy Niemcy tańczyły w tak waszyngtońskiej orkiestry. W odpowiedzi Waszyngton ujawnił „niemiecki eksport śmierci” - listę kilkudziesięciu fabryk wspierających uzbrojenie państw objętych międzynarodowym embargiem. Kanclerz Kohl zmiękł, ratował reputację kraju wielomiliardowym czekiem dla US Army na jej potrzeby w wojnie w Zatoce Perskiej.
Ta pierwszy, antyamerykański spęd w Bonn był wszakże tylko przygrywką do tego, co miało nastąpić. O stanie relacji z USA dobitnie świadczy odwołanie amerykańskiego ambasadora Charlesa Redmana (po 17 miesiącach służby), którego gabinet stał pusty przez półtora roku. Prezydent George Bush (senior) odwiedził niemal wszystkie stolice w Europie, prócz ówczesnej, nadreńskiej siedziby rządu federalnego. Niemcy, odbudowane po wojnie dzięki pomocy zza oceanu i chronione pod amerykańskim parasolem atomowym zaczęły realizować własną politykę, coraz bardziej sprzeczną, a nawet w kontrze do USA.
Amerykanie nie będą nas pouczać, co mamy robić!
— grzmiał Klaus Kinkel, szef MSZ w gabinecie Kohla, gdy Waszyngton oprotestował wydalenie z Niemiec kilkunastu tysięcy uciekinierów bośniackich podczas wojny na Bałkanach. Przykładami bilateralnych konfliktów za kadencji kanclerza Kohla można sypać jak z rękawa. Gdy jego kolega partyjny z CDU, prezydent Roman Herzog odbierał w USA wyróżnienie „European Statesman Award”, prezydent Bill Clinton nie znalazł dla niego czasu na przyjęcie z celebrą należną głowie państwa.
Nowa oś Berlina-Paryża i Moskwy
Chłodem między Berlinem i Waszyngtonem wiało także po zmianie obsady w Urzędzie Kanclerskim. Dość powiedzieć, że Amerykanie odmówili nawet uczestnictwa w Światowej Wystawie EXPO 2000 w Hannowerze, a prezydent Clinton wolał grać na saksofonie w londyńskich knajpkach w towarzystwie premiera Wielkiej Brytanii Tony’ego Blaira, niż skracać dystans dzielący go z Gerhardem Schröderem. Powodów miał po temu wiele. Najważniejsze, to niesolidarna postawa Niemiec (a także Francji), wobec USA w konflikcie z Irakiem, a przede wszystkim niemiecko-rosyjskie zbliżenie; Schröder zaprosił był prezydenta Władimira Putina jako honorowego gościa na inauguracyjne posiedzenie parlamentu w odbudowanym gmachu Reichstagu w Berlinie, po raz pierwszy nazwał Rosję „strategicznym partnerem Niemiec”, a później konsekwentnie budował wraz z prezydentem Francji Jacquesem Chirakiem nową, jawnie antyamerykańską oś Berlina i Paryża z Moskwą.
Niemcy są naszym najważniejszym partnerem, moje dzieci rozmawiają z sobą po niemiecku, w naszym domu niemiecki jest drugim językiem ojczystym
— perorował uszczęśliwiony, były szpieg KGB w Dreźnie, niekoronowany car Rosji Władimir Putin w wywiadzie dla obu kanałów telewizji publicznej ARD/ZDF. Lepiej być nie mogło. Nad Sprewą i Sekwaną królowało wówczas hasło:
Dość jednowładztwa USA!
Równolegle narastał konflikt między tzw. starą a nową Europą, jak nazywano państwa członkowskie NATO z naszego regionu. Warto przypomnieć kuluarowe, ironiczne określanie Polski przez francuskich i niemieckich polityków, jako „konia” czy „osła trojańskiego USA”. W obu tych stolicach pojawiły się także sugestie, że należałoby rozwiązać NATO, jakoby „anachronizm” we współczesnym świecie, były i żądania niemieckich polityków, aby stacjonujący tam amerykańscy żołnierze zabrali swoje manatki. Niemcy i Francuzi byli inspiratorami stworzenia własnego, „zbrojnego ramienia” - europejskich sił szybkiego reagowania, niezależnych od komendy NATO, co de facto postanowiono (z mizernym skutkiem) na szczycie w Kolonii, podczas niemieckiej prezydencji w UE. Nikt nie zadawał sobie pytania, czy Europę stać na samodzielność w polityce globalnej, czy w ogóle potrafi przemawiać jednym głosem przy tak rozbieżnych interesach państw naszego kontynentu. W kwestii formalnej, pierwszy plan utworzenia europejskiego paktu obronnego zgłaszany był i upadł w 1954 roku, na skutek sprzeciwu Francji wobec zbrojenia Niemiec.
O narosłym antyamerykanizmie w RFN przekonał się na własnej skórze prezydent George Bush junior: gdy pod koniec kadencji Schrödera przybył do Berlina, na Alei pod Lipami. powitały go tłumy z transparentami „USA - międzynarodowa centrala ludobójstwa!”, „Fuck U$A”, „Bush go home!”… - powtórka tego, co zdarzyło się w Bonn po anszlusie byłej NRD, Nadzieja na odgruzowanie niemiecko-amerykańskich relacji pojawiła się wraz z objęciem funkcji kanclerza przez Angelę Merkel.
„America is back”
Nowa pani kanclerz zaprosiła prezydenta Busha do na poły prywatnej wizyty w meklemburskiej wiosce, była dziczyzna z rożna, beczka śledzi w prezencie, wspólne spacery, było miło. W świat poszedł przekaz, że od teraz Berlin i Waszyngton ramię w ramię… Tyle, że - jak się wkrótce okazało - w różnych szeregach. Mimo, że Putin i Merkel nie darzyli się estymą, szefowa rządu RFN grała wedle jego partytury. Podczas wizyty w krajach bałtyckich, gdzie miała potwierdzić „solidarność Niemiec” z tym rejonem Europy, uspokoić zaniepokojenie z powodu agresywnej polityki Rosji, zajęcia części terytorium Ukrainy i prowadzonych tam działań wojennych, powiedziała coś dokładnie odwrotnego:„Absolutnie rozumiem zaniepokojenie w państwach bałtyckich oraz w Polsce”, stwierdziła w rozmowie z premier Łotwy Laimdotą Straujumą w Rydze, aliści rozumienie to jedno, a polityka – drugie. Premier Straujuma usłyszała od Merkel zdecydowane „nein” dla stałych baz i stacjonowania wojsk NATO w Polsce, na Litwie, Łotwie i w Estonii. Jej argumenty? Cytuję: „Mamy nie tylko umowę założycielską NATO, ale także porozumienie NATO-Rosja, które w tym momencie nie chcę przekraczać”. O co chodzi z tym „momentem” i „przekraczaniem”, odpowiedzi należałoby szukać raczej w historii.
Rosja robi, co chce, ale nie wolno jej drażnić, bo jeszcze zboczy z drogi demokracji, której gwarantem jest tak uwielbiany przez naród, miłujący pokój, „kryształowo czysty demokrata” Putin - jak nazywał swego rosyjskiego przyjaciela kanclerz Schröder… Mój sarkazm jest w tym miejscu ze wszech miar uzasadniony. Rzekoma odnowicielka relacji transatlantyckich była kostiumową kontynuatorką kursu jej poprzedników. Jeszcze jako szefowa chadeckiej opozycji klaskała z radości w dłonie przy podpisywaniu inwestycji NordStream - niemiecko-rosyjskiej pępowiny gazowej z pominięciem Polski, walczyła jak lwica o budowę kolejnych nitek tego gazociągu, kategorycznie sprzeciwiała się rozszerzaniu NATO na wschód Europy, budowie amerykańskiej tarczy antyrakietowej, dozbrajaniu Polski itd. Wtórował jej w tym prezydent RFN, socjaldemokrata Frank Walter Steinmeier, który nawet ćwiczenia NATO organizowane w Polsce nazywał „prowokowaniem” i „zbędnym machaniem szabelką”, wykluczał też zwiększenie kontyngentu amerykańskich żołnierzy w naszym kraju – ot, taki ponadpartyjny konsensus chadeków i lewicy.
Oczywiście można próbować przedstawić kontrargumenty, że Niemcy są sprzymierzeńcem godnym zaufania, bo np., po ataku na World Trade Center uczestniczyli w międzynarodowej misji wojskowej w Afganistanie. Złośliwie mógłbym powtórzyć kpiny z „New York Times’a” o zaangażowaniu Bundeswehry w budowę latryn, ale darujmy sobie tę pyskówkę. Tak, na Niemców można liczyć, jeśli będzie to leżało w ich politycznym lub gospodarczym interesie. Dowiedli tego także za następcy Merkel, urzędującego obecnie kanclerza Olafa Scholza. Były ambasador nadzwyczajny Ukrainy w Berlinie Andrij Melnyk relacjonował w niemieckiej telewizji ZDF, że gdy w dniu napaści Rosji zwrócił się o pomoc do kilku niemieckich ministrów, usłyszał: „W naszej ocenie pozostaje wam, Ukraińcom, kilka godzin. Teraz nie ma w ogóle sensu, żeby wam pomagać”. To stanowisko potwierdził de facto wicekanclerz, federalny minister gospodarki i ochrony klimatu Robert Habeck, który zakomunikował krótko: „Nie będziemy dostarczać broni na Ukrainę”. Rząd Scholza zdecydował się na tę pomoc w miarę rozwoju wydarzeń i pod międzynarodową presją, przede wszystkim USA.
Na celowniku
Dziś Niemcy mają budyń w kolanach i to z kilku względów: to właśnie ich polityka przyczyniła się pośrednio do inwazji Rosji na Ukrainę, to Niemcy były ambasadorem i adwokatem Putina w Europie, to Niemcy już po rosyjskiej aneksji Krymu wstawiali się za przywróceniem udziału Rosji w strukturach europejskich, to w Niemczech mówiono głośno, że właściwie należy uznać Krym za rosyjski, bo zawsze do niej należał, wreszcie - to Niemcy wespół z Rosją budowali monopol energetyczny w Europie, co doprowadziło do gigantycznego kryzysu, z którym wszyscy borykamy się do dziś, a obecnie sami czują się zagrożeni z powodu gróźb prezydenta Putina i rozprzestrzenienia się wojny.
Dziś w politycznych kręgach Berlina rozlega się żałosny ton: „mogliśmy was wcześniej posłuchać” - was, znaczy nas, Polaków, przestróg tak wykpionego za Odrą prezydenta Lecha Kaczyńskiego z Tbilisi, a później otwarcie zwalczanego rządu PiS. Dla państw naszego regionu obliczalnie nieobliczalna Rosja stanowiła, stanowi i będzie stanowić zagrożenie, dla Niemiec była okrzyknięta „partnerem strategicznym” w realizacji ich politycznych celów, z podziałem Europy na strefy wpływów i lukratywne geszefty. Dziś sami Niemcy sami czują się tym celem, nie tylko Rosjan lecz także… - Amerykanów. Deklarację Donalda Trumpa, że nie będzie bronił krajów NATO, które nie przeznaczają wymaganych funduszy na swe armie, politycy niemieccy uznają za atak na Berlin.
Musimy się przygotować na możliwość wygrania jesiennych wyborów w USA przez Donalda Trumpa, który postrzega sojusz obronny w kategoriach czysto transakcyjnych
— skwitował Norbert Röttgen, chadecki poseł do Bundestagu, były minister w rządzie kanclerz Merkel.
Jego zdaniem, to „pogrążyłoby NATO w egzystencjalnym kryzysie”. Trumpowi „chodzi przede wszystkim o nas, o Niemcy”, więc Röttgen apeluje:
W czasie, gdy w Europie szaleje wojna, możemy wkrótce nie mieć innego wyboru, tylko bronić się, musimy sobie z tym poradzić, jako Europejczycy. Musimy znacznie zwiększyć produkcję broni w Europie.
Mówi to polityk kraju z jedną z najpotężniejszych gospodarek w świecie, którego politycy postulowali rozwiązanie NATO, kraju, który latami ignorował jego wymogi, priorytety i sojusznicze zobowiązania, który teraz po raz „enty” zapewnia, że „już” w tym roku wyda te 2 proc. PKB na własne wojsko. Niemcy są jednym z 20 państw nie wywiązujących się z tego warunku, de facto doprecyzowanego na szczycie w Walii w 2014 roku. Spełnia go tylko 11 członków paktu.
A skoro o pakcie i oczekiwaniach, warto przypomnieć treść Traktatu Północnoatlantyckiego, oto ich fragmenty: art 3 - „Strony, każda z osobna i wszystkie razem, poprzez stałą i skuteczną samopomoc i pomoc wzajemną, będą utrzymywały i rozwijały swoją indywidualną i zbiorową zdolność do odparcia zbrojnej napaści”, art. 4: „Strony będą się wspólnie konsultowały, ilekroć, zdaniem którejkolwiek z nich, zagrożone będą integralność terytorialna, niezależność polityczna lub bezpieczeństwo którejkolwiek ze stron”, i art. 5: „Strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub więcej z nich w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim i dlatego zgadzają się, że jeżeli taka zbrojna napaść nastąpi, to każda z nich (…) udzieli pomocy stronie lub stronom napadniętym, podejmując niezwłocznie, samodzielnie jak i w porozumieniu z innymi stronami, działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego”.
O tym, jak wyglądało to „rozwijanie indywidualnej zdolności do odparcia napaści”, oraz „konsultacje” długo by mówić. Jednak najbardziej istotne jest zdanie o podejmowaniu przez członków sojuszu „działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej”. Zwracam uwagę na „jakie uzna”, pomoc zbrojna nie jest zatem obligatoryjna. można za nią uznać dostarczenie napadniętemu sojusznikowi np. kamizelek kuloodpornych, czy opatrunków… Tymczasem niektóre kraje stać na niewiele więcej.
Nie ważę sobie lekce, w świecie realnej polityki takiej możliwość nie da się wykluczyć. Walczący o reelekcję Donald Trump wstrząsnął członkami sojuszu. To pierwszy efekt jego ostrzeżenia z Conway, oby tylko nie doraźny. Donald Tusk i Emmanuel Macron w Paryżu, oraz Olaf Scholz w Berlinie odwołali się do solidarnej zasady z „Trzech muszkieterów”. W kwestii formalnej, był jeszcze jeden, ten czwarty, D’Artagnan, postać autentyczna, w rzeczywistości muszkieter królewski i jednodniowy marszałek Francji, który tuż po otrzymaniu buławy został postrzelony podczas oblegania Maastricht i umarł.

 Tekst ukazał się na portalu wPolityce.pl 14 lutego 2024r

Pin It