Dehumanizacja przeciwnika, satysfakcja z jego nieszczęścia, choroby, dręczenie pokonanego - wszystko to są zachowania spoza naszej cywilizacji. Jak na ironię, w taki właśnie sposób wobec Zbigniewa Ziobry zachowuje się grupa ludzi, którzy twierdzą, że są najbardziej cywilizowani i europejscy. Tymczasem są najbardziej „mongolscy”.
Zachodnia cywilizacja niesie ze sobą różne wzorce. Niektóre, choć historycznie mają w niej miejsce, nie są uznawane za godne powielania, a raczej za takie, które z czasem, wraz z rozwojem moralności, głównie pod wpływem chrześcijaństwa, zostały trwale zwalczone. Jeśli zaś wracały, to w bardzo złym kontekście.


Mamy zatem historyczny wzorzec spartański, w którym nie było miejsca na słabszych, upośledzonych, chromych. Dla nich była tylko jedna droga: skała, z której zrzucano ich do morza. Inny wzorzec, z gruntu sprzeczny z zachodnim, europejskim etosem rycerskim, nawiedzał nasz kontynent ze wschodu. Był to wzorzec skrajnego okrucieństwa i całkowitej dehumanizacji przeciwnika, charakterystyczny dla Mongołów, Tatarów czy Moskwy. Przebijał się on oczywiście do Europy – czasem, gdy takiego zdziczenia było wyjątkowo wiele, był choćby okres wojny 30-letniej. Co charakterystyczne, poza interesami politycznymi, na poziomie zwykłych uczestników tego trwającego trzy dekady starcia, był to konflikt motywowany religią i ideologią, które w głowach wielu usprawiedliwiały najdalej posunięte okrucieństwo wobec wroga i sprzyjających mu cywilów. Te negatywne wzorce, sprzeczne z ostatecznym kierunkiem zachodniego dziedzictwa, powielały chętnie europejskie totalitaryzmy, z narodowosocjalistycznym na czele.
Bez większego problemu możemy wskazać cechy zachodniej cywilizacji, stanowiące pozytywny fundament w sytuacji konfliktu, sięgające etosu rycerskiego. To godne traktowanie pokonanego, poszanowanie jego praw, niepastwienie się nad nim, a przede wszystkim – to ogromna zasługa chrześcijaństwa – dostrzeżenie w nim w obliczu ostateczności drugiego człowieka. Jeśli zastanowimy się nad naturą antyhumanitarnych totalitaryzmów – przede wszystkim narodowosocjalistycznego i komunistycznego – dostrzeżemy, że dehumanizacja była w obu przypadkach absolutnym fundamentem. Żyd, Polak, więzień obozu koncentracyjnego, kułak, „pan”, „wróg ludu pracującego” – żaden z nich z punktu widzenia systemu nie był właściwie człowiekiem, czyli nie przysługiwały mu względy takie przysługujące człowiekowi.

Przerażające jest, że dzisiaj ta właśnie część dziedzictwa – bo to także jest jednak niestety nasze dziedzictwo – zaczyna wybijać w Polsce niczym szambo. Co więcej, choć obie strony plemiennej wojny są tu winne i mają swoje za uszami, w dehumanizacji przeciwnika celuje sekta Silnych Razem – twardzi zwolennicy Koalicji Obywatelskiej. I to nie tylko anonimowi. To ci, którzy jednocześnie twierdza, że reprezentują grupę najbardziej oświeconą, „europejską” (cokolwiek to ma oznaczać) i cywilizowaną – podczas gdy w istocie reprezentują część najbardziej mongolską. To nawet nie jest specjalnie zaskakujące. Przecież ci, którzy winni są największych nowożytnych okrucieństw – od przywódców rewolucji francuskiej poczynając – zawsze twierdzili, że to właśnie oni są przedstawicielami warstwy oświeconej. Krzyczeli o tym tym silniej, im większe zbrodnie popełniali.
Wylew szamba pod wpisem byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, który pokazał swoje zdjęcie ze szpitala i opisał dokładnie historię swoich zmagań z nowotworem, jest tego idealną ilustracją. Trzeba to napisać wprost: mamy do czynienia ze zdziczeniem na poziomie hord Czyngis Chana. A także z sytuacją, w której nienawiść zakłóca rozumowanie. Hipoteza, że Zbigniewa Ziobro udaje, jest niedorzeczna. W leczenie pacjenta zaangażowanych jest zbyt wiele osób, i to niekoniecznie przychylnych temu konkretnemu politykowi. Gdyby w grę miało wchodzić oszustwo, dawno mielibyśmy na ten temat konkretne informacje. Byłoby to po prostu nie do utrzymania w tajemnicy.
Wydawałoby się, że ostatnie wątpliwości powinien był rozwiać wpis pana dr. Jakuba Kosikowskiego, ale tak się nie stało. Nienawiść – jak to kiedyś ujął pan Stefan Niesiołowski, odnosząc się oczywiście do własnych przeciwników politycznych – zalewa im mózg.

W naszej cywilizacji umiemy oddzielić emocję polityczną od osobistej sytuacji danej osoby. W niedalekiej przeszłości zdarzało się, że osobiste nieszczęścia spotykały ludzi z różnych stron. Pan Tomasz Lis przeszedł wylew, Wojtkowi Czuchnowskiemu z „Gazety Wyborczej” na jego rękach umierała ukochana żona (Wojtek – znamy się jeszcze z dawnych czasów „Życia” – opowiedział o tym później w naprawdę poruszającym wywiadzie), pan premier Leszek Miller stracił syna, podobnie pan marszałek Adam Struzik. W każdej z tych sytuacji cywilizowany człowiek wyłącza przynajmniej na jakiś czas swoje polityczne pasje i dostrzega po prostu człowieka, którego dotyka nieszczęście. Pamiętam, że do tych osób popłynęło mnóstwo słów otuchy i współczucia ze wszystkich stron, również od zaprzysięgłych przeciwników światopoglądowych czy politycznych. Każdy z nich mógłby bez problemu argumentować wtedy podobnie, jak dziś argumentuje dzicz pastwiąca się nad chorym ministrem: że żadne współczucie mu się nie należy, że niszczył ludzi, że nie zasługuje na empatię. Lecz gdyby ktoś po takie argumenty sięgnął, ustawiałby się poza granicami naszej cywilizacji. W ostateczności zawsze pozostaje milczenie – nie mamy przecież obowiązku kierować do kogokolwiek wyrazów współczucia, ale możemy przynajmniej skorzystać z okazji, aby nic nie pisać i nie mówić.
Porażające jest nie tylko to, jak pokaźna jest grupa troglodytów, którzy bez śladu autorefleksji zapisują się do barbarzyńców, ale też milczenie liderów obozu politycznego, któremu ci troglodyci kibicują. Pani prokurator Wrzosek nie doczekała się nawet słowa upomnienia ze strony swojego zwierzchnika. Pan premier również ani słowem nie odniósł się do sprawy i nie zmitygował swoich akolitów. A przecież wystarczyłoby kilka normalnych – podkreślam: normalnych – słów: „W chorobie jesteśmy tylko ludźmi. Życzę panu ministrowi powrotu do pełni sił”. Nic więcej.

Do jeszcze jednego trzeba się tu odnieść. Pojawiają się głosy, że pan Ziobro nie zasługuje na współczucie większe niż on sam wykazywał choćby wobec chorych przebywających w nadzorowanych przez niego więzieniach. To pomieszanie porządków. Na chorą, cierpiącą osobę patrzymy właśnie jak na osobę, nie jak na decydenta, który podejmował takie czy inne decyzje na poziomie państwa – na tym właśnie polega cała kwestia. Za te decyzje możemy w normalnych okolicznościach tę osobę ostro krytykować, ale stwierdzenie „nie współczuję mu, bo nie dbał o chorych więźniów” pokazuje, że nie rozumiemy, o czym w ogóle jest rozmowa.
Nikomu, absolutnie nikomu – niezależnie od tego, jak skrajnie mogę się z tą osobą różnić w poglądach – nie życzę, żeby spotkało go osobiste nieszczęście, czy to w postaci choroby jego samego czy jego bliskich. Próbuję sobie jednak wyobrazić reakcję troglodytów spod znaku Silnych Razem, gdyby w podobnej sytuacji w przyszłości znalazł się przywódca ich obozu i gdyby jego przeciwnicy z satysfakcją pisali, że to słuszna kara za wszystkie spowodowane przez niego nieszczęścia albo że to wyszukane oszustwo, którego celem jest uniknięcie odpowiedzialności karnej.

Tekst ukazał się na Salon24.pl 17 marca 2024r

Pin It