- Czas potrzebny na przeczytanie tego tekstu to około 10 minut i 25 sekund.
Znów sobie o mnie przypomnieli, zwłaszcza jedni i ci chcą mnie zagłaskać za moje zresztą pieniądze. To gazetka miejska. Drudzy wydają swoją gazetkę ale nie za moje pieniądze i piszą rzeczy oczywiste ale co najmniej ukrywane przez tych pierwszych, za to wyraźnie wspierając moje myśli i elementarną wiedzę w sprawach, o których obie te gazetki opowiadają. To gazetka inicjatorów zorganizowania Referendum w sprawie odwołania obecnego Prezydenta i jego de facto – popleczników - RMK
Tę pierwszą wydaną jakby za moje pieniądze (cząstkowo, bo via kasa Miasta) ale bez pytania mnie o zgodę, znalazłem drogą jakby oficjalną - w skrzynce pocztowej. Tą drugą – już wcześniej sam wziąłem na ulicy od pana w niebieskiej kamizelce.
Treść tej oficjalnej brzmi - jak wspaniale jest w Krakowie po dwuletnich rządach ośmiogwiazdowca. Wobec tego co widzę i doświadczam w realu nie ulega najmniejszej wątpliwości, że reklamówka wypełnia znamiona świetnie opisane w anegdocie z czasu Stanu Wojennego. Wedle niej – w kryzysie zaufania społecznego – Generał W. Jaruzelski prosił Pana Boga by dał mu moc uczynienia czegoś, po czym ludzie by mu uwierzyli. Cud! Powiedział Pan – będziesz mógł chodzić po wodzie suchą stopą. Niedzielne popołudnie – deptak nadwiślański pełen ludzi – a tu sam Generał stąpa po wodzie. W tłumie zaś rozniosła się natychmiast wieść – patrzcie on nawet pływać się nie nauczył.
Ta anegdota wyjaśnia – wyczynami władz Krakowa została już przekroczona czerwona linia, po której o jakiejkolwiek ich – nie tylko ośmiogwiazdkowca - wiarygodności można zapomnieć. Jak się skończy a właściwie jako zostanie rozegrane Referendum – stało się już prawie nieistotne, choć sam fakt jego skuteczności - czyli udziału – ma wielkie znaczenie. Wystarczy samo to, jak masowo ludzie wyrazili swą opinię żywiołową chęcią złożenia podpisu.
Czas wygłupów – akcji na dachu magistratu, malowania na czole i totalnego automatycznego i bezmyślnego posłuszeństwa wobec bujd zieloności i poprawności politycznej, braku wizji Krakowa wobec jego wartości, klimatu i co ważne i nośne - powinności wobec Polaków – już się skończył. Reklama i chwalba nie przykryją tych pustostanów myśli. Wszak np. Wawel wykupywał i potem remontował i odnawiał cały Naród nie z nakazów a z poczucia patriotyzmu.
Każda decyzja powinna być poprzedzona nie tylko analizą jej wpływu na życie mieszkańców ale i rozsądkiem. To Miasto ma być dla mieszkańców a nie kłopotem i przeszkodą dla światłych wyczynów władców.
Dam tylko dwa przykłady, które mnie dotykają osobiście a są zapewne tylko jednymi z wielu. Takie jednak doświadczenia decydują o sposobie przyjęcia treści każdej z tych gazetek przez każdego samodzielnie myślącego mieszkańca.
Pierwszy przykład to owa nieśmiertelna już Strefa Czystego Transportu i w ogóle podejście do spraw z przedrostkiem ego – sprowadzonych już do bałwochwalstwa wobec zieloności, walki z rozsądkiem a tak naprawdę pod dyktando wszelakich interesów. To pozwala np. – i nie tylko - na panoszenie się interesów deweloperki nad środowiskiem i warunkami życia mieszkańców. Umotywuję swą opinię. Jestem jednym z wielu założycieli Polskiego Klubu Ekologicznego (1980r). Ten, z później nazwanego Kołem w AGH, rozrósł się do struktury ogólnopolskiej. Po tym co się stało z wcześniejszymi założeniami i w obliczu siły wyczynów lewactwa po hasłem eko – rozwiązaliśmy to nasze Koło. Ręce opadają wobec porównania tego od czego zaczęto, z tym co dziś się robi. Hasła chwytliwe – realizacje co najmniej groźne i szkodzące tak środowisku naturalnemu jak i ludziom. Niemniej – po tym, co doświadczyłem na tej niwie w działalności społecznej i też zawodowej, każe mi wciąż zadawać pytanie, o dziwo jakoby teoretycznie najważniejsze dla ekoentuzjastów. Skierowane jest ono – na ustalenie choćby tylko jednego fragmentu z głównego katalogu zasad. Brzmi ono jako warunek wyjściowy oceny każdej działalności człowieka – popartą jak dane rozwiązanie, urządzenie, technologia, zarządzenie, prawo itd. wpływa na zachowanie równowagi między z interesami środowiska naturalnego i stanem bytowym człowieka. W pełnej, a nie fragmentarycznej ocenie globalnych zysków i strat w środowisku. Człowiek jako istota, ze swym istnieniem a więc i działalnością w danej cywilizacji jest wszak częścią środowiska. Tymczasem eko – za przeproszeniem zideologizowani – zieloni potrafią na przykład poważnie mówić, że depopulacja czyli eliminacja człowieka jest dobrem dla – czego? Dla środowiska. Za to doskonale znał i stosował zasady oraz rozsądek w połączeniu ze swą głęboką wiedzą łączoną z praktyką jeden z najważniejszych ludzi jakiego mam w swej pamięci z tych troszczących się o stan przyrody i środowiska - śp. prof. J. Szyszko. Ten choćby pracując i na stanowisku ministerialnym a także naukowym, na rzecz dobrostanu Puszczy Białowieskiej nie na darmo był traktowany jak wróg przez ekobiznes a za nim przez zaczadziałych w niewiedzy i ślepym pędzie za polipoprawnością pożytecznych w entuzjazmie i niewiedzy. Dlaczego? To oczywiste - pokazywał to co nie było politycznie poprawne za to raziło wiedzą i rozsądkiem. Warto takie rzeczy rozważyć przed przyjęciem etykietki oszołom często przyklejanej jako trucizna umysłu.
Wracając do takich rzeczy jak SCT czy elektromobilność.
Z punktu widzenia przytoczonego wcześniej pytania należy się dowiedzieć czy przed decyzjami i wprowadzaniem i to jako prawnie obowiązujących rozwiązań jak choćby te dwa, jakoby wielce korzystne dla środowiska, ktokolwiek wykonywał bilans - pełny a nie cząstkowy – ich wpływu na straty środowiska. Wprowadzenie rozwiązania musi być wszak poprzedzone porównaniem efektów spodziewanych i udokumentowanych wiedzą, a nie interesami polityków, ze stanem jakim był wcześniej. I tak – taka elektromobilność, przecież też oznacza zapotrzebowanie na energię – tyle, że generowaną gdzie indziej, przetwarzaną, przesyłaną (straty) – czyli pytajmy jak wygląda całkowity bilans emisji choćby tylko w tym zakresie. Emisji tu, w Krakowie, z zasilania autobusu „zeroemisyjnego” na Alejach niby nie ma, ale jest ona ulokowana gdzie indziej. Co do mechanizmu zauważmy też co oznacza handel uprawnieniami emisyjnymi – ten przecież nie zmienia globalnej sumy emisji. Do tego, w przypadku bałwochwalstwa wobec samochodów elektrycznych dodajmy energię konieczną do otrzymania np. litu potrzebnego do akumulatorów, koszty środowiskowe tych procesów czy też koniecznych wymian i to sporych zespołów akumulatorowych w trakcie całego okresu technicznej sprawności pojazdu. O kosztach środowiskowych i monopolu w zakresie dostępu do choćby np. litu jeśli przy nim jesteśmy i, nie wiedzieć dlaczego tak określanej, utylizacji złomowanych akumulatorów, jakoś się nie mówi – określając elektromobilność jako coś bezwzględnie chroniącego środowisko. Warto postawić problem jak taka pełna ocena wpływu na środowisko ma się do podobnej, zrobionej dla - przykładowego – o tej samej konstrukcji samochodu z napędem diesla albo np. dwutaktu, choć te ostatnie technicznie nie są już zbyt udoskonalane. To samo ze SCT. Pięknie – czysto, ale jak się to ma nie tylko do faktycznej obniżki poziomu emisji w mieście i jakie skutki przynosi i to nie od wczoraj radosna tfurczość (to nie błąd literowy) w zakresie zmian organizacji ruchu jak w miasteczku komunikacyjnym wymuszających krążenie pojazdów po ulicach. Były takie badania wykonane w PK – wykazujące, że ważniejsze składowe niskiej emisji generowanej ruchem samochodów nie pochodzą głównie ze spalin a od ścierających się opon i klocków hamulcowych oraz okładzin sprzęgieł. Ale to zakopana historia – lepiej wszak o takich rzeczach nie mówić – grunt to SCT. Tak więc nie tylko z punktu widzenia interesów środowiska SCT nie wygląda na sprawę przemyślaną – raczej wygląda na działalność zmierzającą do przyzwyczajania ludzi do urzędniczej samowoli.
A na szczyty Ziemi zlatują się samolotami, z których emisja to dopiero jest jakby już nieistotna.
Przecież w tym samym mechanizmie kapral przyucza rekruta – wy Kowalski będziecie tymi widłami, przenosili ten piach, z tej kupy, do południa i tak jest ćwiczony mieszkaniec Krakowa takimi pomysłami jak owa SCT. Dlatego się lud buntuje a światła władza się dziwi. Jest przecież tak wspaniale jak mówi pierwsza gazetka – operująca zresztą też obietnicami projektowymi. To też już było razy 100.
Drugi przykład wręcz modelowo pasujący do racjonalności a nawet konieczności inicjatywy referendalnej. To hotel Miastoprojekt zwany obiegowo z racji Inwestora – De Niro. Rzecz już była opisywana – ale w skrócie.
W terenie zamkniętego naturalnie obszaru enklawy miasta (ok 3 km 2 szpital, duża Przychodnia, ekspozytura UMK Wojewódzki (nie Gminny czy Zwierzyniecki Urząd Pracy, trzy stadiony sportowe, dwa sklepy wielkopowierzchniowe, 3 duże hotele, hostele itd ) mało? Dziś – tylko dwie nitki ulic z początków XX w przenoszą ruch z Mostu Zwierzynieckiego i Węzła Autostradowego w kierunku Błoń i w północne części prawie milionowego miasta. Inwestycja to pod pierwotnym hasłem założenie konferencyjno – hotelowe, zlokalizowane na obszarze dwóch dawnych budynków biurowego i nazwijmy to mu służebnego. Teren otoczony zabudową willową. W ciągu miesiąca od uprawnomocnienia się pierwszego pozwolenia na budowę, jego rozszerzającymi zezwoleniami urzędników, inwestycja rozrosła się do rozmiarów 1000 - ca miejsc konsumpcyjnych, 100 apartamentów, czterech kondygnacji podziemnych i „aż” 70 miejsc parkingowych w parkingu podziemnym.
Jako mieszkaniec parokrotnie zadawałem – i nie ja jeden – pytanie czy przed udzieleniem zezwoleń rozpoznawano obecny stan sytuacji w przepływie pojazdów w dzielnicy i w zakresie możliwości parkingowych. I drugie pytanie jak wygląda oszacowanie zmian w tym zakresie po uruchomieniu inwestycji. Czy udzielając zezwoleń w obecnym kształcie – wzięto pod uwagę to, co już powoli jest realizowane – wykup i zajmowanie budynków i działek okalających całą inwestycję w obrębie kwartału ulic, co wprost oznacza perspektywę dalszego ograbiania okolicznych mieszkańców z ich elementarnych potrzeb i - środowiska. Odpowiedź – milczenie albo wprost – nie wiem.
Dziś inwestor ma zezwolenia, a mieszkańcy go nie muszą i nie obchodzą.
Powiedzmy wprost – ta władza – urzędnik, jest a może nawet już nie być ale skutki zostają. Samym wydaniem papierka, nie ten urzędnik a miasto przejęło obowiązek dbania o mieszkańca – i go ignoruje. Władza mówi sobie – mieszkaniec ma się przyzwyczaić albo – jak się nie podoba to wynosić.
Stąd moje pełne poparcie dla akcji referendalnej.
I proszę nie myśleć – że ot tak sobie mówię o sprawie lokalnej.
Grozę pokazuje to, co może dotknąć każdego i wszędzie a co pokazuje też ciąg dalszy.
Czy naprawdę ludzie odpowiedzialni za sprawę w UMK nie zdawali sobie i nie zdają sobie sprawy co sprowadzają na mieszkańców i to nie tylko tej ograniczonej przestrzeni miasta a i szerzej? Nie sądzę – lecz wiedzą, że właściwie są bezkarni.
Warto za to zauważyć jaką techniką posługuje się decydent uciekając na wszelki wypadek od odpowiedzialności. Mieliśmy próbę skierowania protestu w kwestię apelu (jakoby społecznego) do inwestora by uszanował zabytek modernizmu i to wtedy, gdy ten „zabytek” już zgodnie wszak z zezwoleniami został w obrębie ścian zewnętrznych dosłownie wybebeszony do spodu a nawet głębiej. Ciekawą jest ścieżka dalszej ucieczki przed koniecznością rozwiązywania problemów – bo to po udzieleniu zezwoleń powtórzmy leży po stronie miasta. Władze do tego zostały wybrane, a nie do tańców na dachu i poprawnościowych iventów.
Następnie został przedłożony inny pomysł – zablokowania jednej z wspomnianych nitek komunikacyjnych utworzeniem na jej końcówce terenu zielonego – tak przypadkiem faktycznie służebnego frontowi inwestycji. Skoro pojawił się protest – to pojawił się piękny inny pomysł ustanowienia Parku Kulturowego. Tak jakby jeszcze było co chronić, ale zawsze będzie można powiedzieć – nic nie możemy zrobić, nic zmienić – bo Park, kultura i w ogóle, co chyba miało chyba tłumaczyć niemoc działania władców. Nie da się rozwiązywać szamba, do którego wmanewrowano mieszkańców - i już
Znów sprzeciw – to pada następna propozycja poszerzenia owej nitki wylotowej i uczynienie z niej ciągu dwukierunkowego. Przetłumaczmy to na realia. Kamienic nie da się przesunąć a zresztą i tak te się stykają podwórkami takich leżących w równoległej ulicy. Poszerzenie jezdni to zwężenie chodników (koszty – już po stronie miasta czyli i mieszkańców) likwidacja a nie dodanie miejsc parkingowych (tu co najmniej 100), podwojenie ruchu samochodowego w ulicy zabudowy z XIX/XX w (czyste eko antysmogowe) o znacznym utrudnieniu – nie mówiąc o prawie już czasem uniemożliwieniu jakiś warunków życia. Jak się to ma do haseł – miasto dla mieszkańców i zielono mi – nijak. Mówmy o tresurze mieszkańców do zgody na samowolę urzędniczą i uległości wobec wymyślnych zasad poliprawności. Tego samego cyklu - konia z rzędem na przykład – temu kto wyjaśni cyrk z nadaniem Odrze osobowości prawnej inaczej jak przez utworzenie jakiejś tarczy ochronnej dla interesów sąsiadów czyli Niemiec a nie żadne eko itd. Czysta ściema obliczona na to, że ludzie nie myślą samodzielnie. Historia jednak nauczyła Polaków w tym zakresie dużo co wcześniej czy później udowadniali czynami.
Na ten pomysł zrobienia dobrze urzędnikom z dodatkowym obciążeniem warunków bytowych – bo nawet już nie komfortu mieszkańców – sprzeciw. Nie? – to pada następna propozycja – tym razem - oczywiście społeczna. Objęcie całej enklawy (z wyjątkiem pasa przy Wiśle – to taka dweloperska ciekawostka) opieką konserwatorską czy jej fleksją. Może by to było nawet i dobre, bo pomagałoby bronić się przed wyczynami i światłymi inaczej koncepcjami inwestorów. Wszak jeszcze podwórka nie są zabudowane a parę pomysłów już się ujawniło. Jednak pojawiają się dwa elementy A/ Jeden – jedynowładztwo i to praktycznie jednego urzędnika nawet nie pochodzącego z wyboru. Skutki takich rozwiązań widzimy na każdym kroku. Mamy nie tylko opisywany tu hotel ładnie zwany jako inwestycja - remont, czy praktyczny zakaz docieplenia kamienicy (a jakże – mimo eko) z roku 1930 – co skutkuje rachunkami za media. B/ Drugim jest kluczowa sprawa – podobnie jak i w poprzednich niby propozycjach zrobienia dobrze mieszkańcom by uniknąć odpowiedzialności za podjętą decyzję, to przy tym rozwiązaniu brak powiedzenia rzeczy podstawowej. Jest chyba oczywiste, że jako warunek wstępny powinno być powiedziane - w taki a taki sposób, takimi działaniami, najpierw zapewniamy kompensatę wzrostu ruchu i uzupełniamy stosownie liczbę miejsc parkingowych wywołanych działaniem inwestycji po jej uruchomieniu, stworzymy warunki by dalsza działalność i jej rozszerzanie przez inwestorów uwzględniała potrzeby i warunki życia mieszkańców.
W tym zakresie – milczenie społecznych inicjatorów – kto tu kogo buja.
Patrząc szerzej na sytuacje tej części miasta trzeba zauważyć, że takie 49 ha wolnego terenu Błoń w świetnej, dobrze skomunikowanej lokalizacji to prawie grzech. Oczywiście z punktu widzenia biznesowego. Takie Oleandry – o czym w Polsce się nie wie – już są na widelcu i o z dzielną pomocą zdeklarowanych obrońców Pamięci i Niepodległości. Nie takie cuda Kraków już widział.
Kto ma oczy ten widzi a inwestycja, o której tu była mowa leży w ścisłym otoczeniu Błoń. Dziś powiem – gdzie jest napisane, że ex Hotel Cracovia ma być nienaruszalnym świadkiem czasów gierkowskiego blichtru. Stadion klubu o tej nazwie dziś wydaje się być nienaruszalny, ale ani to pewne bo już jedna batalia o to już była, a jest pociągające to, że dalszy ciąg tej pierzei oraz całe Błonia mogą być użyteczne inaczej.
A mieszkańcy? Któż każe im się upierać z mieszkaniem w tym miejscu.
Powstają i pozostają dwa pytania?
Pierwsze o docelową funkcję miasta – co to - jakieś świadectwo przeszłości, historii, pamięci patriotyzmu – to wszak takie nienowoczesne.
To kwestia, którą warto dać pod rozwagę każdemu wyborcy w tym i na ten czas po referendum – bez względu na jego rezultat. Nie mówimy tylko o Referendum a o perspektywach rozwojowych czyli istotnym interesie Miasta czyli jego mieszkańców.
Odnosząc się do samego referendum i tego co nam mówi zestawienie wspomnianych na wstępie gazetek warto powiedzieć. Najwyraźniej nadszedł czas, iż to mieszkańcy już tak przeszkadzają włodarzom, że ci używają pieniędzy z odchudzonej do granic kasy miasta do propagandy i obrony fotela.
Na czas przed w trakcie i po referendum w kontekście nieuchronnych, wcześniejszych lub późniejszych wyborów - zapytajmy w czym leży interes – powiedzmy wprost – Miasta. Czy w realizacji pomysłów Niemców z czasów okupacji zabudowy Błoń i utworzenia tu specjalnej dzielnicy dla elity, przejęcia biznesowego każdego skrawka miasta – czy w realizacji roli jaką Kraków miał odwiecznie – i co najbardziej niebezpieczne dla współczesnych agresorów – funkcji materialnego świadka do którego zjeżdżała się jak do źródła cała Polska jeszcze w czasach zaborów. Dziś są inne czasy, ale to tylko zmienia formy tej powinności Miasta wobec każdego Polaka.
Rozważmy – miasto świadek podstaw i świętych, w którym właśnie Oleandry już zostały sprowadzone do poziomu mitu a nie materialnego dowodu.
Tego wątku nie rozwijam – choć zachęcam do samodzielnego rozważenia takich spraw w kontekście post referendalnym lub przed wyborczym.
Feliks Stalony-Dobrzański
Kraków 28.04.26 r

